Świata stan psychiczny
wtorek, 29 stycznia 2008
Nic nie boli tak jak życie

Przez dwie godziny siedemnastu fachowców dyskutowało co zrobić z jedenastoma skierowaniami z ubiegłego tygodnia.

No bo co tu zrobić, kiedy:
- ojciec nagle umarł w wigilię, dziecko urodziła dwa dni pozniej, musi mieszkać z matką, dwójką dzieci i trzema dorastajacymi braćmi w 3-bedroomed council house;
- 5 lat temu żona go zostawiła, bo pił i bił, brat się zapił na śmierć w zeszłym roku, a kasiorki już brak na wódę, ale pić nie przestanie, bo lubi;
- znów jest bezdomny, bo pije i ćpa ile wlezie i boi się, że jakieś mamrotanie w głowie usłyszy;
- ludzie sie z niego śmieją, bo nie umie czytać ani pisac i zawsze był trochę 'z tyłu', a w zeszłym roku matka zmarła i nikt o niego już nie dba;
- dorosła córka, z którą się pokłociła naskarżyła na nią rodzinnemu, ze matka agresywna;
- pokłócił się z dziewczyną, która nagadała na niego social services i odebrali mu widzenia z dziećmi;

No co zrobić??


Już nawet nie o to chodzi, że takie skierowania nie powinny trafiać do secondary mental health services.
Takie skierowania nie powinny w ogole opuścić komputera lekarza rodzinnego.


Bo z życiem tak już jest, że czasem, kurwa, boli.

18:57, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 28 stycznia 2008
'I chciałabym, i boję się' syndrom
'There are only two tragedies in life: one is not getting what one wants, the other is - getting it"
[Oscar Wilde]



Najpierw chce być znana i czytana, a jak przyjdzie co do czego, to chowa głowę w piasek.
Albo jej dzwięk w transmisji nie działa.
Albo przegapia ogłoszenie wyników.
Ale wyniki wywieszone twardo na stronie mówią jasno, że  wybrano ją jednym z głosów młodych pokolenia internetu, wyrazicielką ich myśli, uczuć, nastrojów, zmartwień, systemów wartości...
Udzwignie ten ciężar?
To się okaże w następnych odcinkach...



Kochani Czytelnicy, dziękuję wam za wsparcie, trzymanie kciuków i wysłane głosy.
I obiecuję, że nie porosnę w piórka.
Przynajmniej nie przed Noblem



:)
22:48, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (13) »
czwartek, 24 stycznia 2008
Niebieska pigułka? Czerwona pigułka? Placebo?

Dekoruję gabinet.

Na głownej ścianie, pod zegarem powieszę wyjątki z artykułu prof. Gordona Parkera z katedry psychiatrii Uniwersytetu w Nowej Południowej Walii (Australia): 'Is depression overdiagnosed? Yes':
"It is normal to feel depressed. In our cohort study of 242 teachers, the 1978 baseline questionnaire defined depression as "a significant lowering of mood, with or without feelings of guilt, hopelessness and helplessness, or a drop in one's self-esteem or self-regard."1 Ninety five per cent of the cohort reported such feelings (with a mean of six episodes a year), indicating the ubiquitous nature of depressed mood states.
A low threshold for diagnosing clinical depression, however, risks normal human emotional states being treated as illness, challenging the model's credibility and risking inappropriate management. "


Z lewej, wnioski z metaanalizy przeprowadzonej przez J. Moncrieff, S Wessely, R Hardy: Active placebos versus antidepressants for depression:
"The more conservative estimates from the present analysis found that differences between antidepressants and active placebos were small."

Trochę niżej Summary points z innej pracy Dr Moncrieff, tym razem z prof. Krisch:
"Recent meta-analyses show selective serotonin reuptake inhibitors have no clinically meaningful advantage over placebo
Claims that antidepressants are more effective in more severe conditions have little evidence to support them
Methodological artefacts may account for the small degree of superiority shown over placebo
Antidepressants have not been convincingly shown to affect the long term outcome of depression or suicide rates
Given doubt about their benefits and concern about their risks, current recommendations for prescribing antidepressants should be reconsidered"
[BMJ 2005;331:155-157 (16 July)]


Po drugiej stronie zaś najnowszą publikację z New England Journal of Medicine o 'zakopanych' przez firmy farmaceutyczne badaniach antydepresantów (link z dziwnego powodu już nieaktualny, tu działający:
http://www.independent.co.uk/life-style/health-and-wellbeing/health-news/drug-firms-bury-poor-trial-results-771275.html


Na środku przyczepię plakaty reklamujące kilka wydanych ostatnio przez powaznych naukowców w poważnych wydawnictwach książek:




A pod oknem przyczepię listę wszystkich używanych antydepressantów i niebieskim mazakiem będę zaznaczać Blue Pills


A potem, wyposażona w badania potwierdzajace moje kilkuletnie obserwacje, każdemu upierającemu się, że ma depresję będę zadawać pytanie:
Niebieska pigułka? Czerwona pigułka?
Czy placebo?




"You take the blue pill, the story ends, you wake in your bed and you believe whatever you want to believe."
[The Matrix]

11:23, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (10) »
niedziela, 20 stycznia 2008
Waląc głową w sztuczną tęczę
- Mam 50 lat i moje życie nigdy nie było takie, jak chciałem. Mogłem miec lepsze wykształcenie, ale byłem zbyt nieśmiały w szkole. Miałem talent do piłki nożnej, ale nie miałem zaparcia, żeby regularnie ćwiczyć. Mogłem awansować w pracy, ale bałem się odpowiedzialności. Nigdy się nie ożeniłem, bo zostawiła mnie dziewczyna, na której mi zależało. Mam tylko kilkoro przyjaciół, bo muszę opiekowac się chorym bratem. Proszę mi pomóc.
- Pomóc? w czym?
- I'm not happy with my life, I'm depressed!



Wrzuć w google 'How to be happy' a wyświetli ci się 31.900.000 stron.
Wrzuć 'happiness' w wyszukiwarkę Amazona a otrzymasz ponad sześć tysięcy tytułów książek podających sposób na szczęscie: The Art of happiness, Authentic happiness, Simple steps to happier life, Happiness now!
Wybieraj, przebieraj, spełniaj się w szczęsciu. Bo cóz ważniejszego w życiu niż szczęście?

Współczesny świat rozwinął cały przemysł szczęścia i spełniania się. Miliardy miliardów wpakowano w poradniki, kursy, mikstury i GADŻETY, bez których człowiek ery informacji nie na szans, by czuć się szczęśliwie.
Nie wierzycie? Obejrzyjcie choć jeden blok reklamowy w całości.
Współczesny świat zmusza nas do tego, by mieć fantastyczną karierę, idealny dom, cudowne gadzety, partnera bez wad, wakacje w tropikach i wszystko, bez czego nasze życie nie będzie spełnione, wartościowe, szczęśliwe.
Co za obciążenie! Co za stres!! Nic dziwnego, ze ludzie padają jak muchy goniąc za tymi celami.
A potem wloką się do gabinetów pomagaczy wszelakiej maści, błagając o receptę na szczęście.

Od szczęścia nie ma ucieczki. Chcesz żyć - musisz być szczęśliwy.
Nie jesteś szcześliwy? - coś z tobą jest nie tak.
Nie chcesz być szczęśliwy? - musisz być chory. 

Wszechobecny w zachodniej cywilizacji pęd za szczęściem uniemożliwia przeżycie życia. Szczęście, jak pisze John Naish w artykule Why the happiness industry can only lead to misery jest z ewolucyjnego punktu widzenia stanem przejściowym, pozwalającym nam angażowac się w pewne zachowania w określonym czasie, po to by zwiększyć nasze szanse na seks czy znalezienie śniadania.
Genetyk Theodosius Dobzhansky głosi, że "Nothing in biology makes sense except in the light of evolution.” Czyli czujemy coś wewnątrz, tylko dlatego, ze ewolucja uznała to za przydatne. W związku z tym wszelkie próby zmiany natury ludzkiej są skazane na porażkę, jak w starym żarcie Zen o nagim człowieku próbującym zdjąć koszulę.
Ba, z badań naukowych wynika, że chociaż optymizm i pozytywne emocje pomagają ludziom pokonac krótkotrwałe kryzysy, w długofalowej perspektywie efekty bycia radosnym są bardziej złożone i niekoniecznie pozytywne.
Psycholodzy nazywają to 'depresyjnym realizmem' i wywodzą z epoki Neolitu, kiedy to lęk, że coś złego może się stać uratował życie niejednemu jaskiniowcowi.

Gonimy za szczęściem, bo tego oczekuje od nas współczesny świat. Bo 'happiness industry' co miesiąc produkuje nową teczę, którą musimy zdobyć, by czuć się spełnionymi.
John Naish nazywa to 'smashing your head against a manufactured rainbow' i namawia, by porzucić ułudę, że więcej znaczy lepiej. Enough wystarczy, by wyrwać się z błędnego koła 'More'.
Zadowolenie z życia jest wystarczająco dobre.


Jak powiedziała amerykańska pisarka Edith Wharton: “If only we’d stop trying to be happy, we could have a pretty good time.”



Wystarczajaco udanego tygodnia życzy wasza
fp


:)
13:38, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (12) »
środa, 16 stycznia 2008
Blogi w teatrze??

Upiór był już w operze, Bolek i Lolek w kinie, kino było na wsi, teatr w telewizji, telewizja to była już chyba wszędzie. A blogi?
Blogi były już w gazetach i w telewizji, i w radiu, nawet w książkach już były. A były w kinie? Bo w teatrze to chyba jeszcze nie...

Ale w teatrze będą.
Teatr Stary z Krakowa we współpracy z kilkoma innymi europejskimi teatrami siedzi po uszy w projekcie BlogTXT Theatre Festival , którego autorzy zamierzają zaczerpnąć z internetowego źródła tekstów wszelakich dialogi, sytuacje, przemyślenia i podać je polane dramatycznym sosem na scenie, w świetle reflektorów, cieniu kurtyny i zapachu kurzu.
Flirt starej muzy z nową?
;-)


Ciekawa jestem, co  z tego wyniknie, także dlatego, że jeden z 'blogołowców' uznał mojego blogaska za na tyle interesującego, by go zgłosić do projektu.
Ba, zostałam wyróżniona zaproszeniem do półfinału.
Odczytywanie wybranych fragmentów półfinałowej dwudziestki odbędzie się 28. stycznia o godz. 18.00 w Teatrze Starym w Krakowie i będzie transmitowane w internecie. Jury, składajace się w 1/3 ze 'społeczności internetowej', w 1/3 - z 'łowców' i 1/3 z przedstawicieli szacownej instytucji Teatru wybierze finałową trójkę, która - hu-hu-hu- w wykwintnym towarzystwie wsiądzie do pociągu do... no, może niekoniecznie Hollywood i nie od razu na Broadway, ale na deski teatrów w Europie.

Na ulubionego blogaska będzie można głosować w trakcie trwania i do pół godziny po zakończeniu prezentacji, wysyłając maile z pełną nazwą bloga w tytule na adres:
blogtxt@stary-teatr.pl

Autoreklama nie przejdzie mi przez nawet elektroniczne gardło, więc:
głosujcie na najlepszych!
Do usłyszenia.



:)

19:13, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (12) »
niedziela, 13 stycznia 2008
W szponach nałogu

Grupa chińskich naukowców postanowila dotrzeć do sedna mechanizmu uzależnień. W tym celu wykorzystała badania, które wcześniej zrobili inni (to się ponoć fachowo nazywa badaniem bibliomu).
Celem swoich poszukiwań uczynili publikacje przyglądajace się od strony genów i ścieżek biochemicznych uzależnienień od czterech, ponoć najbardziej uzależniających substancji: alkoholu, kokainy, opiatów i... nikotyny.

Dr Wei i koledzy potwierdzili, że ścieżki biochemiczne odpowiedzialne za powstawanie uzależnienia są wzajemnie powiązane i kilkakrotnie wzmocnione positive-feedback loops. To właśnie skomplikowane powiązanie sprawia, że proces biologiczny, jaki zachodzi w mózgu wystawionym na działanie któregoś z wyżej wymienionych środków jest szybki i nieodwracalny.
Wniosek: lepiej nie zaczynać, by nie igrać z ogniem.


Wbrew pozorom, to ponoć palenie tytoniu zbiera największe żniwo zdrowotne (efekt skali). Statystyki pokazują, że co drugi palacz umrze wcześniej niż by mu to dane było, z czego połowa w wieku zaledwie średnim, przeważnie z powodu raka płuc, POCP albo choroby ukladu sercowo-krążeniowego. Lista chorób związanych z paleniem jest jednak dłuższa i obejmuje nawet takie ciekawostki jak depresja, utrata słuchu czy zez! No i oczywiście impotencja:
(świetny
filmik uczulający na ten problem (najpier leci trailer jakiegoś filmu, reklamówka później)

Lethal stuff - jak mawiają koledzy - niesamowite, że jeszcze legalny. Choć rządy wielu państw pracują nad tym, by palenie usunąć całkowicie z życia homo sapiens.
Od lipca 2007 w Anglii i Walii jest zakaz palenia w zamkniętych miejscach publicznych. Szkocja wprowadziła ten zakaz wcześniej.

Ja, jako niepaląca, się cieszę, bo wreszcie mogę wejść do jakiejkolwiek restauracji, bez obawy, że zostanę zadymiona. Ale trochę mi żal tych biedaków z dymkiem okupujących wejścia do pubów, zwłaszcza w zimie. Co to nałóg robi z człowieka!
Ciekawe, czy wynalazek właściciela pewnej restauracji w Dolnej Saksonii przyjmie się szerzej?
Pokusa jest wielka: puścić dymka i ulżyć neuronom domagającym się nikotyny, bez narażania się na łamanie prawa i siły matki natury.



[źródło: bmj]



Szpony czy dyby, jeden pies!


;-)

11:20, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (14) »
środa, 09 stycznia 2008
Rozważania nad darmowym lunchem
Jeśli się na coś nie zgadzasz, twój protest powinien być szczery i odzwierciedlony w twoim postępowaniu.
Inaczej będzie to hipokryzja, zwana także podwójną moralnością.
Ale człowiek jest zwierzęciem słabym, nie pozbawionym wad, skłonnym ulegać przyziemnym pokusom.
Przyznaję się pokornie, ze i mnie się to zdarza.

Dlatego ulżyło mi, kiedy dyrekcja zarządziła 'no free lunch': koniec z lanczykami sponsorowanymi przez repów.
Nie chodzi o to, że ich prezentacje miały jakiś większy wpływ na nasze zwyczaje receptowe (a już z pewnością nie na mnie), ale daje to nam/mi możliwość uniknięcia oskarżenia o podwójną moralność.
Bo jak wiadomo, nie istnieje nic takiego jak darmowy lunch.
Choć oczywiście pokusa skonsumowania kanapki czy ciastek z 'posh-sklepu' i uzupełniania wyczerpujących się szybko zapasów długopisów i samoprzylepnych karteczek jest wielka, zwłaszcza jeśli w zamian wystarczy jednym uchem posłuchać 'wykładu'.

Problem jednak nie ogranicza się tylko do darmowych lanczów.
Jak wynika z raportu opublikowanego w 2005r.,  Big Pharma kupuje nie tylko lekarzy, ale także organizacje charytatywne, grupy pacjentów, dziennikarzy i polityków.
Pamiętacie
polski skandal sprzed dwóch lat?

Działalność firm farmaceutycznych nie jest ograniczona tylko do Polski. Oczywiście, tu kwoty są o wiele wyższe. Z raportu, który cytuję powyżej wynika, że ponad połowa podyplomowej edukacji lekarzy w UK i znaczna częśc kształcenia pielęgniarek fundowana jest przez przemysł farmaceutyczny. Department of Health wydaje na publikację niezależnych informacji dotyczących leków jedynie 0.3% swojego rocznego budżetu (dane z 2005r).
Osoby wpływowe ("Key opinion leaders") mogą liczyć na 5000GBP (tak, tak, nie pomyliłam się z liczbą zer!) za godzinę (!) wykładu.
Aż strach pomyśleć, ile kasy idzie na to w ameryce...


Aby powstrzymać falę nieetycznych zachowan,  2000r Department of Health opublikowało
Code of Conduct dotyczący sponsoringu w NHSie. Zaleca on m.in by odmawiać podarunków, które mogłyby być uznane za 'wystawiające na kompromis' własne zdanie; raportować otrzymanie wszelkich podarunków, korzysci i sponsoringu wartych więcej niż 25 funtów (zarówno przyjętych jak i odrzuconych); deklarację Conflict of Interest (granty badawcze, udziały w firmach) przy publikacji badań; wystrzeganie się luksusowych korzysci (zagraniczne konferencje, obiady w drogich restauracjach) i bycie swiadomym zjawiska 'bias' (stronniczości) spowodowanego sponsoringiem.

To ostatnie zjawisko jest szczególnie niebezpieczne jeśli chodzi o granty badawcze. Puryści marzą, by całkowicie wykluczyć Big Pharmę z tej gry, ale jest to skrajnie trudne. Badania nad nowymi lekami wymagają ogromnych nakładów, którym nie są w stanie podołać coraz bardziej nadwyrężone budżety publicznych instytucji badawczych czy systemów zdrowotnych.
Kilka lat temu New Journal of Medicine zarzucił politykę niedopuszczania do publikacji artykułów, których autorzy byli powiązani z przemysłem farmaceutycznym. Powód? Brak niezależnych ekspertów!

Niestety, mimo najszczerszych chęci badaczom nie zawsze udaje się uniknąć tendencji do patrzenia bardziej przychylnym okiem na lek sponsora w przeprowadzanej wlaśnie próbie klinicznej.
Od czasu do czasu w prasie pojawiają się doniesienia w stylu 'prawdziwej zawartości zelaza w szpinaku', ale generalnie Big Pharma dba, by takich wycieków nie było. Zbyt wiele mają do stracenia.
Pilnują patentów, by tansze generyki nie ograniczyły ich wpływów, walczą o rejestracje starych leków w nowych jednostkach chorobowych, by utrzymać patent dłuzej i sprowokować wzrost sprzedaży.
Czy też wreszcie (mój ulubiony temat) produkują nowe choroby. W mojej branży modny jest ostatnio 'chemiczny model' ogólnych zaburzeń lękowych. Nie dorównuje on jednak nadrozpoznawalnej
depresji i depczącej jej po piętach fobii społecznej . (Obie ksiązki czekają na przeczytanie i niewątpliwie zdam relacje z lektury, uzupełniając słynnym artykułem pewnego profesora z australii dowodzącym, że depresja jest nadrozpoznawana).
Inne dziedziny medycyny mają swoje 'rozdmuchane choroby', jak 'otyłość', 'zespół przewlekłego zmęczenia', 'adult adhd', o słynnym
DSACDAD  nie wspominając.


Na szczęście, naukowcy i lekarze klinicyści są coraz bardzej świadomi tricków przemysłu farmaceutycznego. 
Dawidzi naszych czasów organizują się , walcząc z darmowymi lanczami, kubkami a nawet długopisami!
A i ci, zmamieni łatwą kasą, zwiedzeni gładkimi manierami i zatruci zafałszowanymi badaniami budzą się, czasem po wielu latach. I opisują
swoje historie na łamach wielkich gazet, opowiadajac, jak owe 'godzinne wykłady nad darmowym lanczem' wyglądają, ostrzegając innych i pokutując za dawne grzechy.


Po artykule w New Scientist opisującym jak Big Pharma wpływała na badania nad lekami na raka podjęłam decyzję zamknięcia drzwi repom i nie ufania badaniom sponsorowanym.
Starałam się unikać sponsorowanych lunchów w czasie naszych cotygodniowych konferencji, ale... czasem trudno mi bylo oprzeć się pokusie. I czułam się hipokrytką.
A teraz: Out of sight, out of mind!


ufff.

21:32, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (3) »
sobota, 05 stycznia 2008
Nadzy - od łokci w dół

To by było nawet śmieszne, gdyby nie było uciążliwe, a co gorsza bezsensowne.

Departament Zdrowia zarządził nowy 'dress code' dla personelu medycznego, włącznie z lekarzami. Lord Darzi - nowy szef DoH wymyślił bowiem, ze najlepszym lekarstwem na zadziwiająco wysoki jak na cywilizowany kraj wskaźnik zakazeń wewnątrzszpitalnych (szczególnie MRSA) będzie... polityka 'bare below the elbowes'.
Ma to zapewnić rygorystyczne mycie rąk i wysoki poziom higieny
A ja myslałam, że osiąga się to dyscypliną mycia rąk zgodnie z obowiązującymi od lat zasadami (
Florence Nightingale  się kłania), które doskonale sprawdzają się na całym świecie! 
Ale w UK jak widać nie. Tu trzeba wprowadzić nowe prawo. Obciąc lekarzom krawaty i rękawy, zdjąć zegarki i biżuterię. Zakazać drapania się po głowie i dłubania w nosie?

Koledzy się wściekają, ze najpierw zdjęto im fartuchy, bo to było 'not patient friendly' a teraz wymaga się, by dostosowali się do nowej mody, mimo tego, ze najnowsze badania (do znaleznienia w Cochrane Library) wykazują, że poza zmianą 'kulturową' nic nie jest w stanie wymusić częstszego mycia rąk a już na pewno nie sposób ubierania się i to, co personel nosi na rękach. Logiczne: jeśli wiesz, że należy umyć ręce i wiesz, jak to zrobić poprawnie - zrobisz to, bez względu na to, co masz poniżej łokci.

Jak widać niewystarczajaco 'evidence based' a w ogóle to po co w ogole komu zegarki.
Grupka badaczy postanowiła sprawdzić, czy lekarze i pielęgniarki poradza sobie bez zegarków na rękę.
W tym celu rzeprowadzili mały
eksperyment . Jak wiadomo, zegarki potrzebne są do obliczenia częstotliwości bicia serca i oddechów - jest to prosty i taki test pozwalający szybko ocenić jedne z najbardziej podstawowych parametrów stanu fizycznego.
A zatem, personel pozbawiony zegarków poproszono o ocenę 'na oko' częstotliwości rytmu serca i oddechów.

Bach! Rozrzut 'szacunków' okazał się nie dość, że duży, to jeszcze oscylujący między poniżej normy-w sam raz-powyżej normy. Cóż, studiowanie medycyny nie obejmuje wszczepiania stopera lub metronomu do oka/ucha/palców.
Zrobiło się starszno, tym bardziej, jeśli zdamy sobie sprawę z częstotliwości występowania zegarów na scianach oddziałów szpitalnych.

Pacjenci wolą, kiedy lekarze ubierają się czysto i elegancko, ale generalnie bardziej interesuje ich to, by kolejki do procedur były krótsze a na oddziałach było więcej pielęgniarek. No i żeby wszyscy myli ręce, kiedy trzeba.


Lord Darzi nic sobie z tych głosów nie robi. Kampania trwa.
Zamiast tłuc głową w ścianę, lepiej przygotować się do rewii nowej mody szpitalnej.
To ja pójdę po nożyczki.


;-/




[źródło: BMJNews]



16:33, formaprzetrwalnikowa , Brać lekarska, brać!
Link Komentarze (10) »
czwartek, 03 stycznia 2008
Uśmiechnij się, jesteś w ukrytej kamerze
Pamiętacie konkurs na brytyjskie motto ?
Jedno z zaproponowanych haseł: 'Smile, you're on CCTV' nawiązywała do wszechobecnych
kamer telewizji przemysłowej . Są one wszędzie: na budynkach publicznych, w autobusach, metrze, na prywatnych domach. Dom Big Brothera nie wzbuda już w tym względzie zadnej sensacji. Londyn ma więcej takich kamer niż jakiekolwiek inne miasto na świecie i ciągle domaga się nowych.
Żądania te uzasadniane są potrzebą zwiększenia bezpieczeństwa (czy ktoś słyszał, żeby Londyn był najbezpieczniejszym miastem na świecie? a najmniej bezpiecznym?) i popierane możliwością użycia zgromadzonych w ten sposób danych do walki z przestępczością.
Gdyby nie zdjęcia z kamer CCTV w komunikacji publicznej, nie udałoby się przecież zidentyfikować sprawców zamachów bombowych w londynie w lipcu 2005.

To prawda. Mnie jednak zastanawia, jak takie ogromne ilości danych (nad przeszukiwaniem danych z materiału wydobytego z karem w londynskich autobusach pracował cały sztab ludzi przez kilka dni!) są przechowywane, czy są w jakiś sposób usuwane i po jakim czasie? czy np moje wnuki będą sobie mogły obejrzeć mnie dłubiącą w nosie?

A kwetia to wcale nie taka błaha, bo brytyjskie agencje rządowe bezkonkurencyjnie wygrały w ubiegłym roku zawody na największy wyciek danych.
Nie dość, ze bazy danych gromadzonych przez rząd rozmnażają się w zastraszajacym tempie, to jeszcze rozmaite agencje wymieniają się zdobytymi informacjami. Z jednej strony ułatwia to obywatelowi życie (wysyła się jeden papierek a nie kilka), ale z drugiej - stwarza to potężne zagrożenie dla kurczących się
civil liberties .

Słynne 'zaginione w drodze'
dyski ze skarbówki zawierajace dane 25mln osób otrzymujących child benefit okazały się drugim co do wielkości wyciekiem danych w historii.
Niedługo potem media doniosły o zagubieniu danych 3 mln osób zdajacych prawo jazdy (dla odmiany danych tych strzec miała firma amerykanska, więc nie wiem, czy się liczy).
Wcześniej (latem) był problem z zabezpieczeniami systemu zbierającego dane młodych lekarzy biorących udział w wyścigu o miejsce specjalizacyjne. Podobna sytuacja miała miejsce w systemie aplikowania o wizy.
Tuż przed świętami, na przekór wcześniejszym zapewnieniem, że systemu NHSu są bezpieczne, okazało się, że 9 wielkich trustów 'zgubiły'
archiwalne dane setek tysięcy pacjentów. Mimo tego rząd nadal naciska na elektronizację dokumentacji medycznej, wbrew protestom lekarzy , 80% których jest przeciwnych takiemu posunięciu.

Trochę mi szkoda tego rządu: z jednej strony musi odpowiadać na rządania poprawy bezpieczeństwa (07/11 syndrom), z drugiej - dbać o zabezpieczenia poteżnych baz danych.
Tym bardziej, ze na scenę już się pchają przedstawiane jako lek na nielegalną imigrację, 'identity theft', nadużycia zasiłków a nawet terroryzm -
dowody osobiste


Tymczasem,
PrivacyInternational opublikowało międzynarodowy ranking prywatności i przestrzegania praw człowieka

Oto mapa Surveillance Societies, na której Anglia i Walia występują w tym samym kolorze, co Rosja, Chiny, Malezja i Wielki Brat Sam:





To może ja się będę częściej uśmiechać?


:-/
23:59, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (1) »