Świata stan psychiczny
wtorek, 20 stycznia 2009
(Nie)oczekiwana zmiana miejsc
Czyli: Being (a) patient.


Przyznaję szczerze, nienajlepiej radzę sobie z sytuacjami, kiedy to znajduję się po drugiej stronie biurka/łóżka. Jak już zawiedzie moja ulubiona technika zaprzeczania chorobie ('Chora? Ja?? Jak nie umieram, znaczy się chora nie jestem', oraz z nieco innej beczki: 'Nie wierzę w wirusy, więc się nie przeziębiam') i trzeba stawić czoła systemowi opieki zdrowotnej, szamoczę się między dwoma skrajnościami: 'lekarzeniem'  (sprawdzanie objawów i sposobów leczenia w książkach i internecie, upieranie się przy konkretnej interwencji, dyskutowanie z lekarzem prowadzącym, ignorowaniem jego/jej porad i leczenia oraz stosowaniem tego, co ja uważam za słuszne) a rozklejaniem się w kompletnej bezradności. W obu przypadkach cała cierpliwość, którą mam dla moich pacjentów idzie sobie w las pogwizdać a ja oczekuję poprawy objawów w najgorszym wypadku jutro rano.

Nieustannie zadziwia mnie fakt, że przejście z jednej fazy do drugiej odbywa się w ułamku sekundy, bez żadnych faz pośrednich ani 'aury' zapowiadającej. Zwykle poprzedzone jest wenętrznym zaakceptowaniem (?) faktu, ze jednak jestem chora, a następuje po nim zadzwiające wzmożenie odczuwania wszelkich objawów: ból staje się naprawdę nie do zniesienia, temperatura - wyższa, ciśnienie leci na łeb na szyję a ja mdleję z niedocukrzenia.
No dobra, czasem wygląda to jak histeria.

Obawiam się że przez moje ostatnie perypetie z zapaleniem zatok, zespołem ciesni nadgarstka, chorym stawem krzyżowo-biodrowym i urazami, które TP wpędzały nieustannie w dobry humor (on myśli, że ja tak specjalnie zacinam się nożem w kolejne palce, przyciągam z kątów przedmioty, by się o nie przewracać i uderzam głową o wyimaginowane kanty) stałam się rozpoznawalna w lokalnym szpitalu i u mojego rodzinnego.
Na szczęście z przedostatniego urazu kciuka lewego pod postacią głębokiego cięcia obficie krwawiącego przez prawie godzinę zostałam cudem uratowana ZANIM doczekałam się swojej kolejki w A&E. Przestało krwawić, więc mogłam zobaczyć, że rana nie była aż tak głęboka jak myślałam. Świadoma żałosności sytuacji, zdecydowałam, że jedziemy do domu. TP miał ze mnie ubaw przez następny tydzień, wdzięczna jestem Losowi, że tylko on a nie cały personel pogotowia.


Właśnie wróciłam z kolejnej wizytu w poradnii chirurgii ręki. Po długich tygodniach męki wreszcie doczekałam się tak wytęsknionego sterydowego ostrzykiwania mojego biednego, sciśniętego w kanale nadgarstka nerwu pośrodkowego. Poszłam, chociaż w sumie poprawiło mi się, ale przecież uparłam się że pomoże mi tylko ostrzykiwanie sterydami, ostrzykiwanie sterydami więc mieć będę.
Geeeeeeeesus! Bolało bardziej niz ten napad, który sprawił, że się zdecydowałam na domaganie się owego zabiegu.
Oczywiście, zawyłam. Oczywiście, się rozpłakałam. I oczywiście poprosiłam pana doktora, żeby przestał.
Po wstrzyknięciu zaledwie 1/4 objętości ampułki.
Żałosne.
Teraz boli mnie nadgarstek po zastrzyku, nie mogę ruszać lewą ręką, mam traumę postortopedyczną i nadal te same objawy, co przedtem. Ale jakby mi cierpliwości do nich przybyło...
;-)


A wy, koledzy po fachu, jak wy radzicie sobie w roli pacjenta?
17:43, formaprzetrwalnikowa , Brać lekarska, brać!
Link Komentarze (20) »
niedziela, 04 stycznia 2009
Don't use the S-word
albo: Dzieci wesoło wybiegły ze szkoły miejsca nauki.


W Polsce dyskusja nad kolejnym pomysłem zamieszania w systemie edukacji najmłodszych: wysłać dziecię do pierwszej klasy wcześniej czy zostawić w domu, a na wyspach - kolejne próby poprawiania wizerunku szacownych instytucji edukacyjnych, zwanych staromodnie szkołami.

To, co tutejsi wyprawiają z programem nauczania przekracza moje pojmowanie. Włos mi na głowie się jezy, kiedy słucham o kolejnych pomysłach. O ile jestem w stanie zrozumieć zwiększenie nacisku na naukę technologii informatycznych, to już nie rozumiem, co jest nie tak z historią, geografią czy religioznawstwo, by zdejmować je z programu, zastępując human, social and environmental learning?? Szkoły muszą się zajmować nauczaniem coraz większej ilości rzeczy i to coraz częściej takich, których się dzieci powinny nauczyć w rodzinie: jak chocby zasady zdrowego odżywniania, zdrowych relacji międzyludzkich czy zachowania się przy stole. Nic dziwnego, że na naukę pisania i czytania zostaje coraz mniej czasu - i rosnie populacja wtórnych analfabetów.

Powszechne jest mniemanie, ze z tak przeładowanym programem oraz szerzącym się 'bullyingiem' szkoła staje się miejscem, które nienajlepiej się kojarzy i uczniom i rodzicom. Ja tam myślę, że nihil novi sub sole. Nie wiem jak wy, ale ja bardzo nie lubiłam chodzić do szkoły: dzieci mnie przezywały, nauczyciele nie lubili, program był nudny, wuef na błotnistym boisku bez względu na pogodę, a od grabienia liści robiły mi się odciski na rękach. Ech, życie grubego kujona w okularach!

Na wyspach jednak poczucie szczęscia młodego pokolenia jest szalenie ważne. I dlatego kreatywni tubylcy postanowili rozprawić się ze złym wizerunkiem szkoły. Szefostwo podstawówki Watercliffe Meadow w hrabstwie Sheffield doszło do wniosku, ze aby zmienić negatywne konotacje przez wieki narosłe wokół szkół wystarczy w nazwie słowo 'szkoła' (school) zastąpić 'miejscem nauki' (place of learning) i już uczniowie poczują się jak u siebie w domu.


Vivat Poprawność Polityczna!
19:46, formaprzetrwalnikowa , Political absurdness
Link Komentarze (41) »