Świata stan psychiczny
wtorek, 26 lutego 2008
Wszystkie media o tym trąbią

czyli: A nie mówiłam?


A nie mówiłam?
http://formaprzetrwalnikowa.blox.pl/2008/01/Niebieska-pigulka-Czerwona-pigulka-Placebo.html

Dziś media trąbią o meta-analizie naukowców z Hull:
Independent i Guardian i nawet Gazeta .

Wsród lekarzy zawrzało.

Psychiatrzy:
- sugerują, że autorzy nie są lekarzami ani nawet naukowcami i nigdy w zyciu nie leczyli osoby chorej na depresję antydepresantami, więc: 'Co ty, k*wa wiesz o zabijaniu?';
- podważają jakośc publikacji, bo jest ona meta-analizą nie wszystkich badań, jakie zrobiono na antydepresantach, a tylko tych, które zarejestrowano z FDA, co mogło zafałszować wyniki badania;
- dyskredytują wiarygodność autorów, poniewaz są oni psychologami, więc mają cel w dyskontowaniu skutecznosci leków i promowaniu własnych metod (np CBT) jako skuteczniejszych;


Lekarze rodzinni podzielili się wyraznie na dwie grupy:
- tych, którzy czują się oszukani ('kto na nas kilka lat temu krzyczał, ze depresja jest 'underdiagnosed' i 'undertreated' ? teraz krzyczą, ze niepotrzebnie pakujemy w ludzi miliardy pigułek, wyciągając z kieszeni podatkników miliardy funtów!')
- tych, którzy mówią, że od zawsze wiedzieli, ze jesli cokolwiek w tym kramie ludziom pomaga, to jest to relacja pacjenta z lekarzem a nie pigułki (efekt placebo).

Wiele osób sugeruje, zgodnie z autorami opracowania, że być moze takie a nie inne wyniki są efektem zapisywania antydepresantów ludziom, którzy ich nie potrzebują, bo to nie o serotoninę chodzi a o tzw życie.
Zreszta, badanie nazywa sie: Initial severity and Antidepressant Benefits
http://medicine.plosjournals.org/perlserv/?request=get-document&doi=10.1371/journal.pmed.0050045&ct=1


I to ostatnie stwierdzenie jest jedynym, pod ktorym się z pełną świadomością podpisuję.
Najciekawsze jest to, że wszyscy wypowiadający się koledzy (zwłaszcza koledzy GP) zaklinają się, ze nie zapisują pigułek każdej pierwszej smutnej pani a wpierw starannie diagnozują depresję.


Ciekawa jestem, co z tego wyniknie.

18:53, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (23) »
niedziela, 24 lutego 2008
To ja, Prosiacek. Pomocy, pomocy!
Miał to być Rozdział IX, w Którym Prosiaczek jest Zewsząd otoczony Wodą czy też raczej wódą, ale zamiast kolejnego zdziwienia, ile to ludzie potrafią wypić będzie refleksja o tym, co przychodzi z czasem.


Młoda lekarka, stażystka (F2) skierowała do nas 40-latka, który wypija tygodniowo ponad 300 jednostek alkoholu, co przekłada się (podobno, bo nie jestem najlepsza w przeliczaniu jednostek) na 6 (słownie: sześć) litrów (słownie: litrów) cydru dziennie. Pali tyle, że nie jest w stanie policzyć. Nie wychodzi z domu, bo ma lęki i depresję. Martwi się, bo ma zaburzenia erekcji. Czeka na miejsce detoxowe w szpitalu, bo odtrucie w domu się nie udało.
Podobno zaopiekował się nim już Drug& Alcohol team, ale Młoda Lekarka uznała, ze to za mało, bo gość ma depresję i lęki, ktore to własnie alkoholem leczyć próbuje.
Krótko mówiąc: wielkie POMOCY POMOCY!

Ponieważ Młoda Lekarka uprzejmie acz uparcie odmawiała rozmowy z kimkolwiek innym z mojego zespołu poza mną, zadzwoniłam do niej.

W czasie naszej rozmowy, myślałam o tym, jak to mi się kiedyś wydawało, że zmienię świat. Jak uważałam 'starych' za cyników, którym nawet się z pacjentem porządnie porozmawiać nie chce. Jak żarliwie im tłumaczyłam, że nie mają racji. Jak z urazą myślałam, że przeciez czasem wystarczy pacjenta wysłuchac, żeby zrozumieć, o co tak naprawdę chodzi. Jak 'kolekcjonowałam' w pamięci 'Jest pani pierwszym lekarzem, który mnie naprawdę wysłuchał'.

Ha!
Pamiętacie to, koledzy?


A pamiętacie, co pomogło wam zrozumieć, że nie każde dramatyczne wołanie o pomoc jest właściwie wołaniem o pomoc, bo czasem chodzi o to, by sobie zawołać, albo żeby było dramatycznie?
Co sprawia, ze 'wypija 6 litrów cydru dziennie' interpretujecie: 'Nic dziwnego, że boi się wychodzić z domu - strach się od kibelka oddalić!'?
A 'ma zaburzenia erekcji' - 'ba, skoro tyle pije i pali'?
Co otworzyło wam oczy na niescisłości typu: 'nie wychodzi z domu', 'ma zaburzenia erekcji' i 'jego nowa dziewczyna jest w ciąży'?
I dlaczego widząc tę samą datę (15 lat temu) zdiagnozowania 'uzależnienia od alkoholu' i 'depresji z lękami' wątpicie w teorię, że to depresja i lęki były pierwsze a alkohol to 'self-medication'?
I skąd, do cholery, wziął się ten przeklęty stereotyp, że osobnicy uzależnieni mają tendencję do dramatyzowania, kłamstw i manipulacji szczególnie wobec młodych lekarek tuż po studiach?


Cynizm to
czy tzw. doświadczenie?



;-)
22:09, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (3) »
czwartek, 21 lutego 2008
Britney Spears na biegunach
Pierwsze jaskółki w liczbie kilkunastu pojawiły się już w zeszłym roku.
Średnio raz na miesiac musiałam od tłumaczyć kolegom, GPsom i samym skierowanym, że 'mood swings' dwubiegunówki nie czynią.
Zwłaszcza, jeśli te zmiany nastroju zdarzają się kilkanaście razy w ciągu dnia, a 'ekstremami' są złość i poczucie winy.

W pewnym sensie powinnam się więc czuć przygotowana na zmianę mody.
Depresja została zdetronizowana jako najpopularniejsza choroba psychiczna, przyszła pora na chorobę afektywną dwubiegunową.
W zeszłym miesiącu odbyła się oficjalna koronacja: Britney Spears, gwiazdka, której nazwisko znają nawet osoby tak odporne na pop-kulturę i celebryty jak ja, została publicznie 'zdiagnozowana' jako 'maniakalno-depresyjna'.
Moja intuicja cynicznie podpowiada mi, że niedługo nastąpi wysyp skierowań dla osób, którym się wydaje, że nagłe zmiany nastroju, dziwne zachowania i fanaberie to objawy poważnej choroby psychicznej.

W prasie  poważniejszej pojawiło się kilka artukułów wskazujących na możliwe pozytywne efekty nagłego zainteresowania mediów i społeczeństwa chorobą afektywną dwubiegunową: wzrost świadomości, może nawet akceptacji społecznej i przez to zmniejszenie stygmy wokół kolejnej ze 'wstydliwych chorób'. Byłoby to niewątpliwie korzystne dla milionów ludzi (3-6% populacji) cierpiących na BAD.
Niestety, fala zainteresowania towarzysząca zwykle celebrytom rzadko zawiera elementy poważne. Sensacja - oto czym się żywi tzw. prasa popularna i tego będą jej czytelnicy poszukiwać, więc tego będa im jej wydawcy dostarczać.

Stąd moje obawy, że jedyne, co się zmieni to liczba skierowań z 'podejrzeniem choroby afektywnej dwubiegunowej', która w 90% przypadków znów okaże się objawem życia ('jak mnie mąż wkurzy, to jestem strasznie zła : krzyczę na niego i rzucam talerzami, a potem mam doła z poczucia winy') albo nadużywania substancji psychoaktywnych (vide: amfetamina i 'zjazdy' po niej). Prasa będzie pełna 'opowieści z życia' kolejnych gwiazdek i osób autentycznie chorych  - z obowiązkowo przejaskrawionymi sensacyjnymi kawałkami o ekscesach, które autentycznie chorzy woleliby ukryć. Do tego parę soczystych opowieści o 'dwubiegunowych' samobójstwach i zabójstwach, bo to zwykle dobrze się sprzedaje.

I znów pokrzywdzeni będą ci naprawdę cierpiący, ich rodziny i my - pracujący z nimi.


Zaniepokojona takimi wizjami najbliższej przyszłości, zapytałam kolegów na fachowym forum co o tym sądzą.
Kazali mi popracować nad ortografią. I kompletnie olali.


Może ja się faktycznie za bardzo duperelami przejmuję


?
09:38, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (6) »
środa, 13 lutego 2008
Dancing 'till the end of life

Albo: Nowe oznaki życia.

Okres zimowych wyprzedaży dobiega końca.
Kto nie załapał się na 'three for the price of two' może zapomnieć o okazjach do następnej okazji.


[The Times]


Handel jednak nie zamiera, wprost przeciwnie: luty to czas Walensrynek - 'święta' 'rozdmuchanego' i rozreklamowanego, by wymusić kolejną falę zakupów, kiedy już sprzedało się, co się dało sprzedać w czasie wyprzedaży.

Kapłani Merkurego przygotowują także grunt pod kolejne akcje, jak np Dzień Matki, który na wyspach przypada jakoś w marcu (trzeba trzymać poziom sprzedaży do lata!). W związku z tym w lokalnej prasie pojawiają się wielkie na pół strony ogłoszenia reklamowe: 'Why I love my mam' - konkursu dla dzieci, w którym można wygrać 1000 funtów na 'szaleństwo zakupowe' w jednym z centrów handlowych.

Jak wiadomo, klientów
nalezy sobie wychować, najlepiej od jak najmniejszego. Spece od marek ostro pracują nad tym, by dzieci uczyły się ich znaki rozpoznawać od pierwszego wejrzenia i później pozostawać im wierne.
A spece od handlu ostro pracują nad tym, byśmy nigdy nie zaprzestali kupować.
Kupowanie stało się oznaką życia.

W pobliskim Darlington zainicjowano program Growing Older Living in Darlington (Gold), którego celem jest zapewnienie 'jasnej, aktywnej i pozytywnej przyszłości dla ludzi po 50-tce'
link

W jego ramach lokalny artysta nakręcił film. Film ilustrujący radość życia po 50-tce.
Shopping trolley ballet


Tańczmy, dopóki życie w nas.
O, pardonsik, kupujmy.



:-/

08:15, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (31) »
wtorek, 12 lutego 2008
Happy Darwin Day!
Dziś, czyli 12. lutego na całym świecie obchodzony jest Dzień Darwina.

Twórca teorii ewolucji gatunków (urodzony 12.02.1809) został wybrany patronem święta nauki i humanizmu ('science and humanity') dzięki swoim odkryciom, ale jego współcześni znali go także jako człowieka dobrego serca, refleksyjnego, tolerancyjnego, szanującego zdanie innych i doceniającego podobieństwa i różnice cechujące przedstawicieli naszego gatunku.

Dzień ten nie ma być w żadnym wypadku okazją do oddawania czci Darwinowi. Jest to raczej do uznania jego wkładu w naukę.

Do świętowania dnia nauki namawia specjalna strona Darwin Day  jak również wydana przez Institute for Humanist Studies ulotka .





Wszystkim profesjonalistom
i zwykłym miłośnikom nauki z okazji Dnia Darwina wielu sukcesów życzy
18:55, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (4) »
niedziela, 10 lutego 2008
Lost in translation
Myslę, że to moja wina.
Jakiś czas temu uparłam się, żeby - kiedy się tylko da - używać poprawnej polszczyzny i ćwiczyć pamięć, odkopując polskie odpowiedniki angielskich słów i wyrażeń.
No więc zadzwoniłam do znajomych polaków, pytając ich, czy nie chcieliby wybrać się z nami na spacer.
Dodałam co prawda, ze to będzie 'country walking' i że trasa ma długość 14 km i raczej należy się spodziewać błota niż nie.
Niemniej jednak miejska natura naszych sympatycznych znajomych wzięła górę i pojawili się ubrani pół na pół. Tzn jak już mieli odpowiednie buty, to były one nowe, kurtki puchowe lub jeśli odzienie było odpowiednie, to głowa wczorajsza.
Skróciłam więc trasę, co by towarzyszy naszych nie przestraszyć. A że narzekali na błoto, przeniosłam szanowną wycieczkę na asfalt.
A potem wynalazłam im ładny, asfaltowy skrót.
A my z TP poszliśmy dalej polami północnego Yorkshire.




Pogoda była cudna, jak widac, mimo mgły.
A nawet utrzymała się do wieczora:




A ciepło było tak, że całą niemal trasę przeszłam w krótkim rękawie - zjawisko podwójnie dziwne, bo nie dość, że początek lutego, to na dodatek jeszcze w ubiegłym tygodniu te okolice wyglądały mniej więcej tak:





Ogólnie wyprawa się udała. Nasi znajomi dotarli do wsi cali i zdrowi.
A ja nauczyłam się, by słowa 'walk' w znaczeniu powyższym nie tłumaczyć jako 'spacer'.
Myślę, że 'szlak' będzie odpowiedniejszy.

Macie inne pomysły?
22:46, formaprzetrwalnikowa , Podróże małe i duże
Link Komentarze (8) »
piątek, 08 lutego 2008
Wygląda, jakby kłamała
czyli: o cudach komunikacji niewerbalnej.


Wczorajszy mental health act assessment, mimo że się nie odbył, był ciekawy z wielu względów. Choćby takiego, że każda z 6 zaangażowanych weń osób była innej narodowości (jeśli przyznamy szkotom to prawo), a część wywodziła się z innych niż europejska kultur.
A jednak nawet ci, którzy nie słyszeli, co powiedziała matka pacjenta, zgodnym chórkiem wygłoslili: 'She looks like she is lying'.

I rzeczywiście, okazało się, że matka kłamała. Młody człowiek był w domu, co szybko udało się ustalić.

Komunikacja niewerbalna jest cudownym wynalazkiem. I choć wielu z was wyda się to nieprawdopodobnym, badania wykazały, że zaledwie 7% komunikatu, jaki odbieramy jest nadawany kanałem werbalnym. Reszta - niewerbalnie: tonem głosu, wyrazem twarzy, gestami. Czasem te wiadomości są bardzo subtelne, czasem w sprzeczności z komunikatem słownym. Ale zwykle większość z nas potrafi odebrać oba i zdecydować, który jest prawdziwy.
Większość z nas, jak widac na powyższym przykładzie, zwykle wie, który jest prawdziwy.

Brak przekazu niewerbalnego w internecie jest jednym z głównych powodów nieporozumień, jakie się tam zdarzają- wystarczy nie odczytać ironii autora postu, na który odpowiadamy. Emotikonki pomagają, ale nie zastąpią całego bogactwa tonu głosu, uniesionych brwi i dyskretnych gestów jednoznacznie nadających wypowiedzi zupełnie inny kontekst.
To dlatego na początku swojej pracy unikałam rozmów telefonicznych i wolałam się pofatygować się do mojego rozmówcy osobiście, lub prosiłam sekretarkę, żeby to załatwiła przez telefon a potem powtórzyła mi.
Moje własne poczucie humoru, wyhodowane na absurdeskach Borysa Viana i Latającycm Cyrku Pythonów pomogło mi dość szybko załapać niuanse słynnego angielskiego sarkazmu.

A sytuacje z pierwszych miesięcy pobytu, w których choć z wypowiedzi pacjenta rozumiałam tylko pojedyńcze słowa (ech, ten lokalny akcent!), a jednak wiedziałam o co chodzi, to ja chyba wnukom opowiadać będę.


Na cześć komunikacji niewerbalnej: hip-hip,
hurra!


;-)

09:28, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (13) »
niedziela, 03 lutego 2008
Poles apart

czyli: Internet zbliża.


Kolega anglik, znany z internetu, porozmawiał (przez internet?) z kilkoma innymi kolegami, polakami (większość z nich znana mi z internetu) o polskich lekarzach szukających na wyspach rzek mlekiem i miodem płynących i napisał o tym artykuł.
O artykule w British Medical Journal poinformowała mnie (przez internet) znajoma z internetu koleżanka narodowości południowoeuropejskiej.

Artykuł ilustruje tabelka czarno na białym pokazująca, że jesteśmy najliczniej w rejestrach GMC reprezentowaną nacją UE; w rekordowym roku 2005 zarejestrowało się nas 744 (743 + niżej podpisana ;-)).
Kolega autor nie wgłębiał się za bardzo w przyczyny tegoż exodusu, streszczając je wyraziście w pierwszym paragrafie, cytującym średnią miesięczną pensję (przeliczoną na funty, euro i dolary, żeby nie było wątpliwości, ze nikt się nie pomylił ze stawieniem przecinków) oraz godzin przepracowanych w miesiącu, by 'związać koniec z końcem'.

Dalej artykuł rozprawia sie z popularnym mitem, ze lekarze z EEA kradną i tak nieliczne miejsca specjalizacyjne lekarzom z wysp i dawnego mocarstwa. Tymczasem zaledwie 10% wszystkich aplikacji na miejsca specjalizacyjne pochodziło z EEA, a sukces i tak odnieśli nieliczni, zagarniając niewiele ponad 5,6% wszystkich miejsc specjalizacyjnych.
Inną ciekawostką jest fakt, że od lat w GMC rejestruje się więcej lekarzy wykształconych poza granicami tego kraju niż tych z wysp (w cytowanym już 2005 np liczby te były w proporcji: 9934 i 5164, a rok wcześniej: 10407 i 4333).
Tendencja ta zmieniła się po raz pierwszy od wielu lat dopiero w ubiegłym roku (5055 i 6133) i zapewne jest odzwierciedleniem wiloletnich starań rzadu zjednoczonego królestwa o własne siły medyczne.

A zatem jest gorzej z pracą, o czym już wszyscy wiemy. Agencje rekrutujące personel medyczny znikają jak grzyby po suszy, a polscy lekarze wracają do kraju.
Wracają, bo tęsknią za rodziną, przyjaciółmi i znajomym środowiskiem. Wracają, bo ich dusi NHSowski system.
Wracają, bo w rzekach znaleźli tylko wodę i to nie zawsze czystą.
Wracają, a ich powrót może być korzystny dla Polski, bo 'większość z nas wracać będzie do miejsca, które jest tak dziwaczne, że tylko my jesteśmy w stanie zrozumieć, co się tam dzieje'.

Nie wszyscy jednak, bo niektórzy uparcie stoją na drugim biegunie. Zahartowani w polskich bojach, śmieją się z jęków nad 'sypiącym się' NHSem, który w tej konkurencji NFZetowi do pięt nie dorasta. Odkrywają zalety tanich linii lotniczych i internetu, który zbliża. I zostają.


Wpis ten miał być tylko pretekstem, by napisać o tym, jak internet zmniejsza świat i pozdrowić ze sceny Znajomych z Internetu.
Pozdrawiam więc niniejszym serdecznie polskich lekarzy z obu biegunów oraz Innych Znajomych wymienionych w artykule.
Ze szczególnym uwzględnieniem Znajomych Lekarzy ze Zdjęcia.


:)

23:37, formaprzetrwalnikowa , Brać lekarska, brać!
Link Komentarze (17) »