Świata stan psychiczny
piątek, 30 listopada 2007
My home is my castle
Jak mawiają tubylcy: Mój dom jest moją twierdzą. Ergo: należy go strzec.
Także w dosłownym znaczeniu: wiele domów ma założone alarmy, kraty na oknach, 'floodlights' reagujące na ruch wokół domu, wysokich płotów najeżonych tłuczonym szkłem nie wspominając.

Ale alarmy wyją sobie godzinami i nikt tym się nie interesuje (dwa lata temu na naszej ulicy jeden z domów wył i mrugał ze dwa dni póki sie bateria nie wyczerpała, bo sąsiedzi byli na wakacjach), płoty, nawet te wysokie i obłozone tłuczonym szkłem mozna pokonać (jak ten w naszym poprzednim miejscu zamieszkania, kiedy to ukradziono mi nowy rower spod kuchennego okna), kraty przepiłować, a floodlights najczęsciej oślepiają okoliczne koty. Nawet najlepszy ze sposobów: Neighbourghood Watch Area nie jest idealny.

Wiele osób się chyba z tym ryzykiem pogodziło i woli płacić haracz firmie ubezpieczeniowej.
Ale co więksi twardziele montują na domach i płotach własne kamery CCTV, zeby złapac złoczynców 'red handed' (a wtedy złoczyńcy przychodzą w kominiarkach i kombinezonach roboczych, zeby nie mozna było zobaczyć ich twarzy ani ubrań). Cóz, kwestia gustu.

Niestety, wolnoć tomku z swoim domku kończy się, jak zwykle tam, gdzie sie zaczyna pole sąsiada, o czym miał niedawno okazję przekonać się pewien pan w gloucestershire .
Sąsiadom za bardzo świeciło po polach jego 6 floodlights, 7 high-tech kamer CCTV psuło krajobraz, a głośniki ukryte w budkach dla ptaków budziły w nocy. Na dodatek facet nie miał pozwolenia na zamieszczenie tych cudów!
Council zarządził więc, by Mr Jones rozbroił swoj
Fort Knox , z urządzeń które zamontował po kradzieży wartych 35.000 funtów płytek z  dachu.

Dano mu na to trzy miesiące.



A ja się zastanawiam, po co komu były takie stare dachówki?

;-)
09:16, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (2) »
środa, 28 listopada 2007
Przytul Bilbeltę
czyli Słów kilka o reklamie społecznej
cz. 1


Jedna z rzeczy, które intrygowały mnie w czasie naszej
podróży po Norwegii był brak reklam przydrożnych.
Ponad dwa lata mieszkania na wyspach przyzwyczaiły mnie co prawda do sytuacji, gdzie reklam jest niewiele i jeśli są to nie przy autostradach (zakaz
, który niektórzy próbują obejść zamieszczając reklamy na cieżarówkach zaparkowanych na przydrożnych polach), ale nie spodziewałam się aż TAKIEGO ascetyzmu.
Jak jest w Polsce z reklamami przy drodze, ten wie, kto był. Pamiętam, że przy francuskich drogach było kolorowo. Jestem ciekawa, jak jest w tej kwestii w innych krajach - wiecie może?

A jak jest w Norwegii?
Otóż tak:
                                               

To jedyne znaki, jakie (poza znakami drogowymi i tablicami z nazwami i odległościami) w niewielkich zresztą ilościach można zobaczyć przy norweskich drogach.
Na początku myślałam, że to reklama jakiejś firmy ubraniowej, serialu albo akcji społecznej typu 'przytul babcię na zimę'. Kluczowe
słowo 'hugs' skojarzyło mi się z kluczowym uściskiem.

Przyznaję, ze zajęło mi kilka dni, by skojarzyć, że Bilbelte to nie imię a - jak sie zapewne Szanowni Czytelnicy domyślili - pasy bezpieczenstwa (seatbelt).
A całość, jak mnie zapewniono niezależnie na dwóch forach, tłumaczy się jako 'Pamiętaj zapiąć pasy'.
Reklama społeczna.


TP bardzo lubi tego typu akcje. A w UK jest ich sporo.
Telewizja tutejsza dość czesto nadaje PIFowe (Public Information Film )spoty. Mają cała serię dotyczącą jazdy po alkoholu i nadużywania alkoholu w ogóle (własnie pojawiła się nowa seria pt 'A night to remember - a night to forget') - z całą pewnością zmiany w sposobie picia alkoholu są na wyspach społecznie pożądane.
Mają także serię reklam zachęcajacych do zapinania pasów.

Nie użyłabym wyrażenia 'zachęcił mnie', ale z pewnością ten klip:
http://www.youtube.com/watch?v=uRU11fGUomY
i jeszcze ten:
http://www.youtube.com/watch?v=zWvNeJXE_cY
sprawią, że już nie zapomnę zapiąć pasów, nawet jeśli będę jechać z tyłu.


Pamiętaj: przytul Bilbeltę!


:)
22:31, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (2) »
wtorek, 27 listopada 2007
Nie należy sądzić ludzi po wyglądzie!

Pozory mylą, więc nie należy sądzić ludzi po wyglądzie.

Bo ten dystyngowany, starszy pan w pierwszym rzędzie, z komórką przypiętą do frędzlowanego paska 
nawet jeśli jest jedynym uczestnikiem szkolenia ubranym w spodnie na kant i białą koszulę,
nawet jeśli mamrocze do siebie po nosem,
i nawet jeśli ma brodę a la Zygmunt Freud -
wcale nie musi być psychiatrą.

A nawet jeśli się tak składa, że JEST
to
Nie należy sądzić ludzi po wyglądzie!



;-)

08:58, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (3) »
piątek, 23 listopada 2007
Good times? Bad times?

Globalne ocieplenie, wojna w Iraku, terroryzm, ptasia grypa, dławiący się housing market, słabnący dolar a do tego długa lista bardziej lokalnych problemów z upadajacymi bankami , zgubionymi danymi ,kolejnymi ogniskami chorób odzwierzęcych , młodzieżą bezmyślnie narażająca się na identity theft -ze tylko wymienię kilka nagłówków dzisiejszych gazet i wysoko wyspecjalizowane media, które przez 24 godziny na dobę dbają o to, by wszystkie te apokaliptyczne wieści do ans dotarły.
I jak tu nie myśleć, ze przyszło nam żyć w paskudnych czasach?

Grudniowy
Focus proponuje statystyczne podejście do powyższej kwestii. Artykuł 'Have we ever ahd it so good' rzuca metaforycznym okiem na sytuację zdrowotną, konflikty, zmiany klimatyczne i dobrobyt gospodarczy na przykładzie UK na przestrzeni stuleci.
I tak okazuje się, że mimo otyłości i związanych z nią chorób oczekiwana długość życia niezmiennie rośnie, szybując od ok 50 lat w 1900 r do ok 80 obecnie, śmiertelność noworodków spadła w tym czasie z 25% do mniej niż 1%. Miejmy nadzieję, ze do czasów Czarnej Smierci (XIVw.) już nie wrócimy.

Obecne liczby brytyjskich ofiar wojen i konfliktów nijak się mają do masakr War of The Roses (XVw), czy obu wojen światowych, nie wspominając o masakrach mongolskiej inwazji na Chiny czy wojen Zulu Czaki.

Zmiany klimatyczne są nadal niejednoznaczne i w sumie nie wiadomo, czy gorsze jest globalne ocieplenie czy 'Little Ice Age'.

Gospodarka natomiast w porównaniu do wielkiej depresji z lat 20-tych i 30-tych ubiegłego stulecia, po prostu kwitnie. UK gross domestic product nieustannie rośnie, podobnie jak prawnie chroniona płaca minimalna i jakość życia.


[źródło: Focus]

Po prostu raj na ziemi!


I na co ja tak narzekam?


;-)



23:44, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (1) »
środa, 21 listopada 2007
Skazana na porażkę

- Czy możesz przyjąć panią P?
- Po co? - próbowałam ukryć wrogość
- Moze leki zmienić?
- Po co?
- Bo jest bardzo depresyjna, mówi że nie ma do niczego motywacji i jest ciągle zmeczona. Moja praca z nią nie ma sensu.
- A moja praca z nią będzie miała sens? - zdecydowałam się jednak nie ukrywać wrogości - Przecież ta kobieta była na kilku róznych antydepresantach, żaden jej nie pomógł. I ty i ja, i nawet ona wiemy, że ma depresję, bo w jej zyciu dzieje sie to, co się dzieje. Jaki jej sens 'medication review'?
- No, moze by jej się trochę motywacja poprawiła...
(cisza)
- Rozumiem, że chcesz, zeby twoja praca miała sens, że nie lubisz odnosić porażek. Nikt nie lubi porażek. Ja tez nie lubię porażek, zwłaszcza w pracy zawodowej. Zgadzając się na takie 'medication review' skazuje się na porażkę. JA WIEM, ze to nie ma sensu, nie muszę tego sprawdzac - sprawdziłam to już tyle razy...
- Więc nie przyjmiesz jej?


W ciągu ostatnich 8 miesięcy moje leki bardzo pomogły 1 osobie, częsciowo: 2 i placeboidalnie jeszcze jednej.
Na ok 25 nowych pacjentów.
Niezły bilans, nie?

W dobie wyedukowanych PG wychwytujących uleczalne (czytaj: endogenne, ew. placebo- i samouleczalne) depresje na poziomie primary care, pierwszych epizodów psychozy kierowanych do specjalistycznych zespołów, rozmaitej maści mental health specialists pracujacych z łagodnymi i umiarkowanymi zaburzeniami lękowymi i adaptacyjnymi, przy stałym wskaźniku częstotliwosci występowania choroby afektywnej dwubiegunowej, jestem skazana na przyjmowanie tzw depresji opornej na leczenie, czyli chronicznie przygnębionych i niezadowolonych z życia ludzi, którzy wypróbowali już 3-5 róznych antydepresantów bez skutku i okazali się odporni na zmiany w procesie CBT lub innej interwencji psychospołecznej.
Nawet Jezus, by uzdrowić potrzebował wiary uzdrawianego.

A cóz mogę zrobić ja wobec takiego oporu przed zmianą?



?

23:21, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (11) »
wtorek, 20 listopada 2007
Hej-ho, hej-ho!
No i zapomnieliśmy o Y. Ja nie widziałam jej od ponad roku, a care co-ordinator od 8 miesięcy. Znając jej podejście do życia i własnej choroby podejrzewałam, że świetnie funkcjonuje a może nawte wróciła do pracy.
Ale zaaranżowaliśmy wizytę kontrolą, żeby to sprawdzić.

Y przyszła starannie ubrana, umalowana, nieco spóźniona:
- Przepraszam, ale ja prosto z pracy.
- Wróciła pani do pracy? Do tego samego miejsca? Full time?

Tak. Tak. Tak.
I radzi sobie świetnie. I niewazne, że nadal czasem słyszy głosy, że jeszcze się zdarzy dzień, że w jej głowie zalęgnie się myśl, że CCTV tak naprawdę skierowane jest tylko na nią, telefon jest na podsłuchu, a ktoś robi na niej eksperymenty na odległość.
Nieważne, bo Y bardzo lubi chodzić do pracy. Daje jej ona poczucie bycia potrzebną, kompetentną, poprawia poczucie własnej wartości, daje okazję do nawiazywania kontaktów z ludźmi a nawet samorozwoju. No i oczywiscie pieniądze na zaspokojenie potrzeb biologicznych.
Jednym słowem cała hierarchia potrzeb Maslowa
Dlatego Y pracowała nawet w okresie nasilonych objawów, walcząc z urojeniami i starajac się ignorowac halucynacje. Silna z niej babka, nie chciała pokazać, że i ona ma chwile słabości, ale w końcu musiała pójść na zwolnienie, zebyśmy mogli wkroczyć do akcji (from 9 till 5).

Y lubi pracować i lubi swoją pracę. Niestety, nie wszyscy nasi pacjenci tak mają, ale jeśli tylko wyczuwam u pacjenta podatny grunt, zachęcam ją/go do powrotu do pracy.
Mój zespół mówi, że ja to bym wszystkich wypchnęła do pracy. Cos w tym, kurka, jest.
Wierzę w uzdrawiającą a przede wszystkim utrzymującą w remisji moc pracy ( w wolnej chwili poszukam odpowiednich badań na ten temat) i widzę, ze ludzie, którzy pracują, choćby charytatywnie, psychicznie trzymają się dużo dużo lepiej niż ci, co od lat na zasiłkach, na rentach, bez sensu życia i treści dnia.

To ci ostatni potrafią narobić rabanu, kiedy kończy się renta (DLA) albo odebrano im Sickness Benefit. Natychmiast wpadają w depresję i ich poziom lęku szybuje ku niebu.
Podobnie jak mój poziom złości: do jasnej cholery, depresja czy zaburzenia lękowe nie są chorobami, które trwale naruszają zdolność do pracy! W każdym razie tak mówi medycyna, bo co mówią pacjeni, to zupełnie inna bajka...

A nad tę bajkę właśnie nadciągają czarne chmury. Nowa inicjatywa Work and Pension Secretary zapowiada trzęsienie ziemi w spokojnym świecie rencistów.
Rząd chce ograniczyć wydatki na ponad 2,5mln rzeszę niezdolnych do pracy. Cóz, trudno ich winić, skoro wydatki na incapacity benefit wynoszą ponad 12 miliardów funtów rocznie.
Wygląda na to, że co dziesiąta osoba jest niezdolna do pracy z powodu stress-related illness. A 2000 osób jest
too fat to work

Mnie też te statystyki przerażają. Ale jeszcze bardziej przeraża mnie perspektywa 'tougher work tests' - ich pomysłodawcy szacują, że tylko połowa wnioskujących o zasiłek będzie w stanie go otrzymać.
Na samą myśl o tej rzeszy naszych autentycznie i mniej autentycznie chorych paralizuje mnie stres i mam ochotę zadzwonić, że dziś nie przyjdę do pracy...

Już słyszę te tłumy u naszych drzwi spiewające:
' Hej-ho, hej-ho, do pracy by się szło...'



:-/
09:09, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (3) »
sobota, 17 listopada 2007
piątek, 16 listopada 2007
Wypijmy za zdrowie!
Od kilku miesięcy lokalny drug & alcohol team nie przyjmuje pacjentów z problemem alkoholowym. Priorytetem są narkotykowi i na to ma iść kasa.
Drinkujący są odsyłani do annasza, kajfasza i wszystkich swiętych.
W ciagu ostatnich dwóch tygodni podesłano mi trzy osoby - bo uznano, że ich picie jest wtórne do zaburzeń psychicznych.

Niestety, strategie finansowe lokalnych Dziel_i_Rządź nijak się mają do statystyk, alarmujących, że wyspiarze piją coraz więcej i coraz bardziej ryzykownie. W 2005 34% mężczyzn i 20% kobiet przyznało się  do wypijania większej liczby jednostek niż rekomendowana.
A owo rekomendacje przedstawione 20 lat temu przez grupę ekspertów okazały się niedawno być
z palca wyssane  . Eksperci nie zrobili badań, naród poprowadzony w złą stronę ucierpiał i teraz prawie 1,5% wszystkich pilnych przyjęć do szpitala jest 'drink related'. Kolejki po przeszczep wątroby także się wydłużają i stoją (czy też raczej leżą) już w nich coraz młodsze osoby - nawet 20-latki.

Nic dziwnego, skoro pic brytyjczycy zaczynają wcześnie. A zaczynają wcześnie, bo alkohol jest tani! No, stosunkowo tani: w ciągu ostatnich 10 lat ceny alkoholu (średni) wzrosły niewiele, a kieszkonkowe nastolatków
o 600%! . Nic tylko się radować z rosnącej siły nabywczej pocket money...

Prawdę mówiąc, myślałam, że polacy dużo piją. Myślałam, że po tym, co widziałam w polsce niewiele mnie już zaskoczy (bo za wschodnią granicę się nie wybieram).
Ale picie brytyjczyków mnie zaskoczyło. Ilości wypijanego alkoholu, jakie słyszałam z ust schludnych (!) pacjentów z różnych środkowisk sprawiały, że myślałam, że koloryzują. Liczne publikacje medialne wyprowadziły mnie jednak z tego błędu.

Media trąbią na alarm, lekarze załamują ręce, kampanie reklamowe nie pomagają, ostrzegawczo-informacyjnych napisów na butelkach nikt nie czyta, codziennie 13 dzieci przyjmowanych jest do szpitala z powodu nadużycia alkoholu.
A rząd śpi, zamiast działać. Któż ma naród wyprowadzić z tego domu niewoli??!

Na szczęście organizacje medyczne i charities wpadły na świetny pomysł zmiejszenia spożycia alkoholu:
wystarczy zwiększyć podatki!
Będzie drożej, będą mniej kupować, będzie mniej śmierci z przepicia.

I nieważne, że ceny 'napojów bogów' na wyspach są już jednymi z najwyższych w europie.
I nieistotne, że w dwie i pół godziny można dojechać eurostarem do Paryża, do Brukseli w niewiele ponad 1,5h. Dla bardziej przedsiębiorczych jest Eurotunel (ile butelek wina wejdzie do bagażnika samochodu?), tanie linie lotnicze (!Hola, Espańa!) i szeroki wybór promów ze sklepami wolnocłowymi we wszystkie strony świata.
I to wszystko za coraz mniejsze pieniądze.

Nieważne! Najważniejsze jest zdrowie narodu.
Wypijmy za nie!


:-/


08:50, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (6) »
wtorek, 13 listopada 2007
Błotnik ci się telepocze*



Miejsce akcji: meeting room.
W pokoju siedzą w kręgu 4: A, B, C, D i FP
Wchodzi P. Siada.
[rozmowa]
FP [wychodzi do sąsiedniego pomieszczenia wyłaczyc telefon. Wraca. Siada na swoje miejsce]
[rozmowa]
FP: [zaniepokojona]: Przepraszam, ze przerywam, ale co to za dziwny dzwięk?
A: Ja nic nie słyszę.
B: No własnie. Tez mi się wydawało, ze cos brzęczy.
C: Ja nic nie słysze.
D: Jaki dzwięk? Ja nic nie słysze.
FP: Jakby cos brzęczało.
[dezorientacja]
FP: P, to jakby z twojej torby...
D: Ja nic nie słysze.
FP: Coraz wyrazniej słysze to z twojej torby...
D [otwierając torbę] Z mojej torby? eee... niemożliwe. Ja nic nie słyszę.
[brzęczenie nasila się]
D [wyjmuje z torby kabelek ze słuchawką]
A: [odkrywczo]: To to tak brzeczy! Co to jest?
D [zawstydzony]: Moj aparat słuchowy. Ciagle zapominam go wyłączyc.

[kurtyna]


;-)












...........................
* dla niewtajemniczonych:



Dwie mrówki jadą na rowerach. Jedna mówi do drugiej:
- Ej, błotnik ci sie telepocze.
- Co?
- Błotnik ci sie telepocze.
- CO?
- BŁOTNIK CI SIE TELEPOCZE!
- Nic nie słysze! Błotnik mi sie telepocze

;-)

niedziela, 11 listopada 2007
 
1 , 2