Świata stan psychiczny
wtorek, 25 listopada 2008
Robinhoodyzm

czyli: Let's call a spade a spade.

Przerażony wizja całkowitego zatrzymania się gospodarki rząd Laburzystow desperacko poszukuje sposobów na ‘podkręcenie’ gospodarki. Pisałam już wcześniej o wykupywaniu zadłużonych po uszy banków i wpompowywaniu kasy w rynek ‘subprime mortgage’. Najnowsza propozycja budżetu na najbliższych kilka lat przynosi kolejne pomysły na naoliwienia trybików zaciętej maszyny rynkowej.

Przedstawione wczoraj sugestie Ministra finansów Alistair’a Darlinga zdominowały media. Politycy i ekonomiści przerzucają się cyframi: a to, ze największa pożyczka rządowa w historii, ze kolosalny wzrost wydatków, ze trzeba będzie spłacić, a cholera jasna wie, jak będzie się miała gospodarka za kilka lat. Obniżka VATu, podwyżka akcyzy, dopłaty dla emerytów, wzrost progu podatkowego dla najbogatszych, i wiele innych niespodzianek.

Niektórzy wieszcza, ze zanim naród się zorientuje w zawiłościach i pułapkach tego planu będzie pora na następne wybory. Sprytne posuniecie, bo cały smród zostanie do posprzątania Torysom. I dlatego Torysi już krzyczą: ‘Pobite gary!’

I ja się z Torysami zgadzam. Bo już towarzysz Gierek wykazał, ze pożyczać bez końca się nie da a dodrukowywanie pieniędzy nie jest najlepszym sposobem na  wzbogacenie narodu. Stare przysłowie pszczół mówi: Z pustego i Salomon nie naleje, jak się komuś daje, to innemu trzeba zabrać.
I tak się składa, ze tym innym znów są ci wstrętni bogacze.

Ja rozumiem, ze to kraj Robin Hooda i pewnie czuje się związany tradycją. Z tym, że jak się bogatym zabierze, to się może okazać, ze już nikt na nic nie będzie miał, bo ci naprawdę bogaci zwiną skrzydła i odpłyną w siną dal rajów podatkowych, zabierając ze sobą swoje fabryki, banki i sklepy. A reszta zostanie z długami do spłacenia.
Ja rozumiem, ze jeśli trzeba komuś zabrać, to tylko tym którzy maja coś do zabrania, bo jak ktoś nie ma, nic, to mu trudno zabrać. Ale dlaczego Alistair Darling mówi, ze robi to w imię sprawiedliwości społecznej?

Nie lubię wyrażenia ‘sprawiedliwość społeczna’, bo owa sprawiedliwość zadziwiająco działa tylko w jedną stronę. I wcale nie chcę powiedzieć, że powinno się zabierać biednym i dawać bogatym! Mówię o tym, żeby przy tym zabieraniu nie sugerować, że to że jedni mają a inni nie jest niesprawiedliwe. Bo ci, co mają to niby skąd mają? Ktoś im dał? Ukradli? Byli pierwsi w kolejce, jak przydzielali?
Otóż generalnie mają, bo ciężko na to pracowali, bo umieją oszczędzać, bo im się chciało schylić po te pieniądze, które leżały na ulicy.

Tak wiem: polityczne gadanie, sztuka retoryki i poruszania mas.
Brzydzę się polityka, ale rozumiem, ze ktoś musi to robić. A że teraz u steru są przemalowani socjaliści, to na tapecie robinhoodyzm.
Kacie, czyń swoja powinność, ale nazywaj ją po imieniu.

Bo na logikę rzecz biorąc, skoro wszyscy ludzie sa równi, to czy sprawiedliwością społeczną nie byłoby zabrać wszystkim po równo
?

23:22, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (26) »
niedziela, 16 listopada 2008
Children in need
albo: Licencja na zabijanie.


Children in need to doroczna akcja charytatywna BBC prowadzona od 80 lat. Zaczęła się od krótkiej audycji radiowej w okolicy świąt i stopniowo przekształciła w wielkie widowisko telewizyjne, trwające cały wieczór i angażujące osobowości brytyjskiej telewizji, jak chocby Terry Wogan, Dr Who, Bob the Builder, i wielkie gwiazdy pop: Madonna, Robby Williams, Spice Girls, Take That i wielu innych, o których ja nie mam bladego pojęcia.
Idea jest szczytna: zebrać pieniądze na pomoc dzieciom w potrzebie - taka polska Wielka Orkiestra Swiątecznej Pomocy, bo akcja dzieje się również w okolicach Bożego Narodzenia. W tym roku wydarzenie to miało miejsce w ubiegły piątek, 14. listopada. 

Ironia losu chciała, że ostatni tydzien był w brytyskich mediach tygodniem maltretowanych dzieci.
Wszystko zaczęło się od ogłoszenia wyroku w sprawie 17-miesięcznego dziecka, które zmarło w wynku obrażeń z rąk własnej matki, jej partnera i ich lokatora. Sprawa ta odbiła się szerokim echem także w Parlamencie, gdzie dyskusja nad tragedią Baby P w ramach Prime Minister's Questions szybko zamienila się w polityczną kłótnię.
Kilka dni później media podały informację o znalezionych przez Policje ciałach trzylatka i jego trzymiesięcznego braciszka zasztyletowanych przez matkę. Tym razem miejscem tragedii był nie Londyn, ale Manchester.
Do tego dołączyły kolejne doniesienia z trwającego od wielu miesięcy dochodzenia w sprawie child abuse w jednym z domów dziecka na wyspie Jersey i wyrok w słynnej na całą Europę sprawie Josefa Fritzla.

Ale UK skupiło się na problemach z własnego podwórka. Zaczęło się poszukiwanie winnych tragedii bezbronnych dzieci. Na pierwszy ogień poszły służby socjalne i wspominana już przeze mnie instutucja Child Protection.
Pojawiły się również statystyki pokazujące miejsca, w których problem maltretowania dzieci jest szczególnie częstym problemem. Niektórzy zaczęli generalizować to zjawisko, określając tragedię Baby P jako 'underclass casualty', jakby fizyczne, seksualne i emocjonalne wykorzystywanie dzieci było ograniczone tylko do tej warstwy społecznej.

Wiem, ze to, co teraz napiszę jest bardzo niepoprawne politycznie, bo prawo do posiadania dzieci jest zawarte w Deklaracji o Prawach Człowieka. Bo historia i teraźniejszość wielokrotnie udowodniły okrucieństwo zapędów eugenicznych i 'one child policy'. Bo życie wcale nie jest takie proste, jak się wydaje.
Ale jako dziecko wychowane w tzw. dobrej, inteligenckiej rodzinie, uważanej przez otoczenia za niemal wzorową, religijnej, niepijącej, dającej 'na biednych' i głoszącej, że wszyscy ludzie są sobie równi, wiem, co mówię.
Jako dziecko bite, upokarzane, szantażowane emocjonalnie, zmuszane do wykonywania prac przekraczających jego możliwości, zamykane za karę w piwnicy, wiem dobrze, co mówię.

W świecie, w którym trzeba udowodnić, że jest się odpowiednio przygotowanym do posiadania psa czy kota;  w świecie, w którym wymaga się zdania specjalnego egzaminu, by móc prowadzić pojazd po publicznych drogach, nawet jeśli jest to tylko rower; w świecie, w którym zawody osób pracujących z dziećmi są objęte ścisłymi regulacjami, powinno się wprowadzić jakiś rodzaj zezwolenia na posiadanie dzieci.
Na posiadanie broni palnej trzeba mieć licencję.
Dziecko można zabić gołymi rękoma

.
15:49, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (27) »
środa, 05 listopada 2008
A change is as good as a rest
Albo: Niech Bóg pana błogosławi, panie Prezydencie.


Wszystko wskazuje na to, że wczoraj Amerykanie wybrali Zmianę. Nie tylko zmianę politycznego klimatu rządów z republikańskiego na demokratyczny, ale także zmianę z tradycji na nowoczesność, z amerykanskiej bufonady na możliwość dialogu, z przeszlości na przyszłość. Z białego na czarne.
Czy Barakowi Obami uda się spełnić dane narodowi i światu obietnice i spełnić pokładane w nim nadzieje? - czas pokaże. Ale wygląda na to, że świat odetchnął z ulgą, a ja z nim.

Pamiętam jak jako młodę dziewczę martwiłam się, kiedy powtórnie wybrano Ronalda Regana - w moich oczach był on człowiekiem, który rzucił na mój świat strach wojny nuklearnej i stonkę na ziemniaki.
Czy u was też sołtys roznosił białą farbę do malowania okien w obronie przed atakiem jądrowym?
Do dziś nie wierzę, że to była dobra prezydentura, nie wierzę w różne zasługi, jakie wyliczają Reaganowi historycy.
Dorosly rozum patrzy na dane, dziecieca dusza na ramieniu wciaz pamieta emocje. To sie nazywa sztuka propagandy!

Ale dziś cieszę się ze zwycięstwa Obamy. Cieszę się, ze Sarah Palin przejdzie do lamusa historii (dopóki nie wypłynie kolejny raz, bo takie kobiety są zdolne do wszystkiego). Przerażają mnie ludzie tak prawicowi - zwykle mają boga na ustach a na rękach krew.
Nie będę udawać, ze znam się na polityce. Zdaję sobie sprawę, że Barak Obama nie miał czasu się sprawdzić jako polityk, że jest bardzo medialny, że w swoim przemówieniu ('Yes, we can') też odwołał się do boga.
Zmiana jest tak dobra jak odpoczynek.

God bless you, Mr President.
(Amerykański bóg, oczywiście)

Change has come.
22:37, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (17) »