Świata stan psychiczny
piątek, 31 grudnia 2004
Poranne wstawanie
chyba mi nie grozi w UK. Tam lekarze zaczynają pracę o 9.00. Mnie by wystarczyła 8.00, tym bardziej, że najlepiej pracuje mi sie od rana, a około 15.00 mam kryzys. ale w UK trzeba bedzie jakoś się przyzwyczaić, bo praca do 17.00. Ale za to rano zdążę sobie wyskoczyć na swimming-pool.

Temu Panu chyba na serio spodobała się praca kierowcy cieżarówki - "będę woził coca-colę do sklepów". Zapisał się na kurs.

Wczoraj  był dzien 6 wypełniania długasnego i skomplikowanego CV. zostało jeszcze kilka pozycji, np. previous work. dobrze, ze pracowałam tylko w jednym miejscu, ale za to trzeba opisać pracę i obowiązki lekarza stażysty, które w moim przypadku niewiele się różniły od tego, co robili lekarze oddziałowi i rodzinni. tak to już jest z prowincjonalnymi szpitalikami, że wrzucaja cię na głęboką wodę. no to sie nauczyłam pływać.
rubrykę 'current work' wypełniłam tak szczelnie, że nie zmiesciły mi się tam tłumaczenia z rozmaitych języków obcych. trudno, wcisnę je gdzie indziej.

wczorajszy kurs GBP w PKO wynosił 5,99 przy kupnie. znaczy się, rejestracja w GMC 'staniała' o 300 pln. ale moje potencjalne zarobki tez spadły. a Ten Pan sie ucieszył, że złoty sie umacnia.

dziękuje wszystkim czytelnikom mojego bloga za słowa otuchy. pozdrawiam serdecznie i zyczę losu lepszego od mojego w tym kraju.

A teraz grzecznie udam się ostatni raz w tym roku do mojej (niegdyś ukochanej) pracy. miłego dnia
06:02, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (1) »
czwartek, 30 grudnia 2004
O tropieniu hipokryzji
czyli z serii "Dialogi na cztery nogi">

Miejsce akcji: Oddział W Szpitalu
Czas akcji: Wizyta poranna
Udział biorą: Pan Ordynator, Pacjent Kowalski, Tropiąca Hipokryzję

P. O. : I jak pan sie czuje, panie Kowalski?
P.K.: Bardzo mnie migdałki bolą, panie doktorze. Tak mi opuchły, że nie mogę przełykać. A bolą mnie te migdałki,  aż  szyją nie mogę ruszać. Ja poproszę o jakieś tabletki..
T.H. (tonem demaskatorskim): Panie Kowalski, ale pan przeciez nie ma migdałków...
P.K. (zmieszany, mamrocze): Prepraszam, coś mi się pomyliło...

[koniec]

p.s. jeszcze dzis i jutro i weekend. zobaczymy, jak się dzis zachowa mój szef...
06:29, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (2) »
środa, 29 grudnia 2004
konkretny osobodzień

niestety przy okazji dostaje (w ucho lub gdzie indziej) [to w odpowiedzi puszcepoliptonie i ewentualnym innym zastanawiajacycm sie nad tym, skad sie bierze irytacja lekarzy; a tak bajdełej: napiszę kiedys opowiesc "Skąd sie biorą zirytowanie lekarze, zwłaszcza na dyżurach"]. Stany poirytowania zauważam i u siebie, włącznie z rosnacą niechcęcie, by chodzic do tak lubianej niegdys pracy. Bo, na ten przykład znudziło mi sie wstawanie o 5.25. jak człowiek wstaje o tej porze niemal dzien w dzien, od ponad 5 lat, to moze mu obrzydnać, c'nie? a i weekendy nierzadko trzeba wstac, bo a to dyzur, a to wyjazd na kolejne szkolenie... spać poszło sie pozno, bo trzeba było wykonać normalne czynnosci codzienne, a budzik bezlitosny dzwoni...
droga do pracy tez mi się coraz mniej podoba, ale moze to tylko kwestia pory roku? najgorzej się idzie, jak wieje i pada, bo parasol mi "wykreca" na druga stronę. bardziej jednak wkurza, kiedy- mimo obietnicy, że zasłuzyłam sobie, nie moge wrócic do domu autobusem mpk, tylko trzeba pomykac pieszo, bo rzeczony autobus uciekł a szkoda biletu na 3 przystanki... ale za to udało mi sie oszczedzic bilet mpk na dziś! juhu! dzis moge wrócic do domu autobusem!

o coraz większym przekonaniu, ze moja praca na niewiele sie zdaje, ze tak naprawde nie jestem tu potrzebna, ze te robotę mógłby wykonywać mniej wykształcony osobnik, z mniejszą swoadomoscią swojej wartosci a moze i z mniejszymi potrzebami- i byłoby taniej! i wszyscy byliby zadowoleni: pacjenci, ze doktorek nie sfrustrowany, nfz, ze taniej, dyrekcja szpitala,ze bez buntów...

Wczoraj rodzina jednego z pacjentów wielce oburzona oddaleniem się onego pacjenta ze szpitala (nie chcieli go zabrac do domu na swieta, sama bym uciekła...), wykrzykiwałam wymachujac pieścią: "Kto za to odpowiada finansowo? Teraz niech ci ludzie nie dostaną premii za karę!!". Szef uspokoił ich jakos,ale zbyt był zmęczony po dyżurze, zeby tłumaczyć, ze i tak premii nikt nie dostaje w tym miejscu od ho ho ho!

a na dodatek szef mi się rozchorowuje. byleby tylko nie poszedł na zwolnienie, bo nie udzwignę...

No, dobra, idę do tej roboty. dobrze, że dziś Dzien Polityki.
miłego panstwu

06:02, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (1) »
wtorek, 28 grudnia 2004
przysięga Hipokrytesa

Chyba teraz taką przysiegę powinni składać lekarze : ... i według najlepszej mej wiedzy przeciwdziałać... i zapobiegać... niewyrobieniu kontraktu z nfz ... a osobodniom nieśc pomoc bez żadnych róznic takich jak rasa, religia, narodowośc...
najwazniejsze słowa od czasu nfz (jakoś z kasami chorych było lepiej): wyrobienie kontraktu i osobodni. Od kilku tygodni szefostwo szpitala grzmi: "niski stan pacjentów! nie wyrobimy kontraktu!" Ostatnie zalecenia były takie, żeby przyjmowac wszystkich chętnych, pacjentów na oddziałach przetrzymywać, zwłaszcza tych "tanich". Dobrze, rozumiem, że wazne jest zeby "wyrobic" ten nieszczesny kontrakt, rozumiem nawet to, co powiedział mi Ten Pan, a mianowicie, ze dla menadżera (a takim jest przeciez dyrektor szpitala) wyrobienie kontraktu jest tak samo wazne, jak dla lekarza własciwe postępowanie terapeutyczne. rozumiem to, ze musimy wiecej pracowac. ale, for goodness' sake!, mogli już sobie podarować taką motywacje: "nie narzekajcie panstwo, bo przeciez wy  w ten sposób też zarabiacie". Co, za przeproszeniem zarabiamy? wrzody na zołądku, garby i wsciekliznę? bo przeciez nikt z nas grosza wiecej nie dostanie za to, ze przyjmie w miesiacu dodatkowych 20 pacjentów. trzeba było po prostu powiedziec, ze mamy przyjmowac wszystkich jak leci, bo trzeba wyrobic kontrakt (a od wyrabiania, jak powszechnie wiadomo, są wyrobnicy).
I przyjdzie ci taki na oddział i zyczy sobie byc leczony
"- Kiedy pan ostatnio był w szpitalu?
- Miesiac temu.
- leki pan brał? Na kontrolę chodził?
- Brałem leki, ale na kontrole nie chodziłem.
- Dlaczego pan nie chodził?
- Poszedłem przeciez wczoraj, po skierowanie do lekarza.
- A co pan w domu robił?
- Normalnie: pracowałem, pomagałem matce się domem zajmować, z dziewczyną się spotykałem.
- Czyli dobrze pan sobie w zyciu radzi. Z jakiego wiec powodu trafił pan do szpitala?
- Bo mi w uchu szumi.
- Ale to juz panu szumi od kilku miesięcy.
- No, własnie szumi mi w uchu i spać nie mogę przez to.
- A dzis w nocy pan spał, raportowały pielęgniarki.
- No, spałem, ale w domu, to żem nie mógł spac.
- A jaki to jest oddział, wie pan, tak?
- Wiem
- Czy mu sie tutaj zajmujemy szumami w uchu? Panie, to nie laryngologia, wie pan?
- Wiem, ale mnie szumi w uchu, doktor dał skierowanie, to przyszedłem".
Siły nie miałam, żeby dalej sie z facetem targowac o bezsensowny moim zdaniem pobyt  w szpitalu. pewnie znów mu się w domu znudziło, bo on generalnie lubi byc w szpitalu. ale się kasa skonczyła i fajnie jest pozyc troche na koszt nfz. a moze ten 35-latek mysli o rencie...? w koncu z czegos zyc trzeba...
A ponieważ z czegoś zyc trzeba, powściagnęłam moja ostatnio szczególnie rozwiniętą złośliwość i dokonczyłam badanie pacjenta.
Powiedziałam Szefowi, ze mam szczerze dosc tego typu przyjęc: krętaczy, kombinatorów, marzących o długich zwolnieniach i rentach, roztkliwiających się nad każdym cierpnącym paluszkiem i snujacych opowiesci o dokuczliwych zaparciach... nienawidzę hipokryzji. nie po to uczyłam się tyle lat, zeby teraz...ok. bo napiszę o zdanie za dużo.

niestety, dzis czeka mnie ciag dalszy wypełniania cv dla firmy rekrutujacej. ciekawe, jak przeszli przez to ci, któzy już przez to przeszli.

15:02, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (1) »
sobota, 25 grudnia 2004
o funkcji mojego bloga
czyli tak naprawdę do TP:
Czytasz mój blog- trudno. ja zdecydowałam się powiedzieć Ci, ze go piszę. Ty zdecydowałes się go znależć. ale niedobrze, że na niego reagujesz. czy teraz powinnam wprowadzić autocenzurę? to miało być miejsce, w którym będę wylewać moje frustracje z aktualnej pracy (i tak Ci o większosci opowiadam) i lęki związane z nową. Nie chcę, żebyś wiedział, czego w głębi duszy się obawiam, co mnie martwi. Mówię Ci o tym, o czym chcę powiedzieć. Uważam, że nie o wszystkim powinno się mówić tej drugiej stronie. pamiętasz?: nie zadawaj pytania, jeśli nie wiesz, co zrobić z odpowiedzią. Niektóre pytania powinny pozostać głuche. tak jak moje przeciekające buty: przecież mogę w nich chodzić - wystarczy, że będę omijała kałuże. To fantastycznie, ze troszczysz sie o mnie i bardzo Ci za to dziękuję. :) rzecz w tym, że chciałabym sama móc sobie kupić nowe buty, kiedy ich będę potrzebować, nie musieć tłuc się pociągami i moknąć na przystankach mpk. tak, wiem, jeszcze trochę. tak, kupimy forda focusa. :)

ten blog ma być moim sposobem na emocje i problemy, z którymi sobie nie radzę inaczej (ja- nie radzę sobie- czujesz siłę tego?). tu chciałam też pisać o sprawach, o których nie mam z kim pogadać, bo albo ludzie mnie nie rozumieją, albo ich to przerasta, albo nie mają czasu na takie rozważania (filozofowanie o medycynie: cóz za strata czasu!). mało masz własnych problemów związanych z tym wyjazdem, chcesz jeszcze dzwigać moje?
ja też się martwię o Ciebie. każde z nas pewnie boi się za nas oboje. trudno, te typy tak mają ;) ten blog ma być moim wentylem bezpieczeństwa. co jest Twoim?
09:11, formaprzetrwalnikowa
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 grudnia 2004
Myślę, że suche buty

to podstawa dobrego samopoczucia w taką pogodę. cóż, znów będę marudna i powiem, że mi dzis przeciekły :( Co do spółki z wiatrem (pewnie front atmosferyczny przechodzi...) i deszczem, zmęczeniem i niewyspaniem podyżuroweym oraz koniecznością udania sie do Duzego Miasta celem złozenia świętej książeczki we własciwe urzędnicze ręce, sprawiło, że czułam sie podle. Ach, zapomniałabym o odzywających sie wrzodach zołądka.. szewc bez butów chodzi. a lekarz bez butów i ze sperforowanym wrzodem ;)
Musiałam się zerwac z pracy, bo przeciez nie mam samochodu a dojechac trzeba- dobrze, ze kolejarze dzis nie strajkowali. Szefostwo kręciło nosem na moją kolejną nieobecność, młodsze koleżenstwo cieszyło się, że wychodzę (marudna i przykra się ostatnio zrobiłam, szczególnie dla młodszych kolegów) a ja najchętniej zamiast na dworzec poszłabym do domu, zawinełabym sie wkocyk i przespała do jutra. niestety, trzeba było dopełnic obowiazku. obowiazek dopełniony, teraz czekam na oficjalne potwierdzenie przyjecia moich dokumentów i zaproszenie na egzamin, bodajze w kwietniu 2005.

Od kilku dni wyjmuję ze skrzynki kartki świąteczne. miło je dostawac, ale wysyłac juz mi sie nie chce. wysłałam tylko jedna- do moich starszych. trudno, znów wyjdę na gbura. nie mam siły na stanie w kolejkach po znaczki, wypisywanie zyczen i adresów itp... jestem zmeczona, nie mam siły nawet udawać. powiedziałam to dzis młodszej kolezance, która dzieli za mną biurko. powiedziałam jej, bo nie chce mi sie udawac, ze jestem miła i usmiechnięta. nie, nie nie! jestem złosliwa, gburowana, nietowarzyska i ostatnio nie chce mi się pracowac. Boszsz.. jak ja mam dosyc cudzych problemów.... guzik mnie obchodzi, że Xowi odebrano rente, z Y córka nie chce rozmawiac a Z czuje sie samotny i chcę swieta spedzic w szpitalu. Ja nie chce swiat spedzic w szpitalu, moi rodzice pewnie do mnie nie zadzwonią i ja do nich tez nie (kartka im powinna wystarczyc!), a na tzw. zycie tez mi nie starcza (dobrze, ze Ten Pan m dobre serce dla biednej lekarki)! Mam ochotę krzyczec: Dajcie wy mi wszyscy, k*wa, swięty spokój! Jestem zmęczona. czekam na te swięta jak na zbawienie. Dawno już tak nie było, bo ja generalnie nie lubie świąt.
Strucla z makiem się piecze. Barszczyk stygnie, a uszka i pierogi w zamrażalniku. Jutro jeszcze ryba, no i gotowanie pierogów. Ach, i choinka! Chyba się jednak nie uda zdobyć slicznej, małej zywej choinki- taki polski akcent w ostatnie polskie święta.
Pogoda dzis wyjatkowo angielska: 'It rained, and it rained, and it rained... '- jak w Kubusiu Puchatku... Obawiam się, że musimy się przyzwyczaić do takich brzydkich, deszczowych świąt.. 'I'm afraid we must get used to such awful rainy Christmas like this' - she said.
And kissed him good night.
:*

19:54, formaprzetrwalnikowa
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 grudnia 2004
Z pozdrowieniami dla j.
Mój kolega, od niedawna Pan Doktor Całą Gębą powiedział, że wraca do biegania (biegał jako student i młody doktorek). Zapytałam, czy to tak przystoi, żeby pan doktor biegał po okolicy, czy się nie wstydzi... Ale on na to, ze nie, skądże znowu, wcale się nie wstydzi.. i co z tego, ze jest lekarzem, to przeciez nic nie zmienia. Taaa... Okazało się, że... Kupił sobie bieżnię i biega na strychu. ha! "Ale jak się tylko poprawi pogoda, będę biegał na zewnątrz". Pozyjemy, zobaczymy.
A ja jak mam czasem dosc bycia lekarzem (a ostatnio znów coraz częściej- pora na urlopik , pani doktor?), to sobie myslę, co tez mogłabym robic poza byciem lekarzem. I wymyslam sobie rózne inne zajęcia, np, ze mogłabym w jakiejs knajpie spiewac "do kotleta": tak, jak na zagranicznych filmach: mała scena, fortepian, mrok, tylko snop swiatła na mnie w czarnej skromnej sukni... taaa... się rozmarzam. ale myslę, ze byłoby mnie stać na to, by usiąść  w przejsciu podziemnym, gdzies w paryskim metrze, z gitarą i kapeluszem na cenciaki i pospiewac... ciekawe, ile bym uzbierała? moze wystarczyłoby na skromne zycie? wcale nie trzeba konczyc medycyny, zeby dobrze zyć.
Wesołych świąt, j. :)



21:37, formaprzetrwalnikowa
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 grudnia 2004
"Chodzi taka plotka...
że jak pani zda te specjalizację  to pani wyjedzie za granicę"- powiedziała mi wczoraj na dyżurze jedna z pielęgniarek. Zamarłam. Mam nadzieję, ze nie było tego widac po mojej twarzy. Ale poniewaz juz wiele plotek na temat mojej przyszłosci "pospecjalizacyjnej" krązy po okolicy od jakiegos pół roku, rozesmiałam się: "A skąd taki pomysł?"- "No bo pani języki zna..."- "Ee..tam, pani Kasiu, a słyszała pani taką plotkę, ze zostane dyrektorem szpitala? Ordynatorem tu albo tam? A moze ja sobie zostanę prezydentem RP, hę? Albo nie, za mało zarabia..." Pielęgniarki smiały sie razem ze mną. Potem zgrabnie zmieniłam temat, zaklinajac się w duchu, ze chyba juz nikomu nic nie powiem.  To podejrzenie pewnie wzieło się z mojej porannej opowiesci z egzaminu a angola. Boszsz.. muszę uwazac, co mówię. No bo z drugiej strony nie mogę tak w oczy skłamac, ze nie mam zamiaru wyjechac- i tak się to wyda. a tak: wilk syny i owca cała, najwyzej pielęgniary sobie pomyslą, że "wiedziały wczesniej'.

Ten Pan się dowiedział, że piszę blog. Ciekawe, czy już tu trafił. W razie gdyby: pozdrawiam serdecznie ;)
15:11, formaprzetrwalnikowa
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 grudnia 2004
po egzaminie

już jestem. jeszcze jeden "muszak" za mną. juz nie muszę sie uczyc angielskiego na egzamin. mogę zaczac sie uczyc dla przyjemnosci.
(but on the other hand, it was my choise ;))
poskładałam papierzyska ze stolików, stołków i podłogi. w sobotę sprzatnę porządniej. teraz nie mam siły.
jak było na egzaminie? nic specjalnego: ani nie jestem zachwyona swoimi wyczynami, ani załamana. szkoda mi tylko writingu tak głupio rozwalonego proposalem, o pisaniu którego nie miałam pojęcia. bo article poszedł mi niezle. albowiem ja w ogole pisze nieźle. i jestem skromna ;)
tak czy owak: only time will tell. za jakies 2 miesiace.

teraz pora na składanie dokumentów specjalizacyjnych. jutro jest ten dzien. mam nadzieje, że uda mi się pozbierac wszystko, czego potrzebują ci paskudni biurokraci, by wydac werdykt: zaliczono, przyjęto. a po nowym roku trzeba bedzie sie zająć kompletowaniem papirów niezbędnych do wyjazdu.
napisałam nawet do jakichs norwegów, fajnie byłoby pomieszkac gdzies nad fiordami. ale nie dłuzej niz rok. ksiażka do norweskiego lezy na półce od lata. język rzecz nabyta.

trzeba pomyslec o wigilii. menu, choinka, a wczesniej zakupy.
Jak na złosc, ludzie na potegę dzwonią i się umawiaja do "pani doktór". a mnie sie nie chce pracowac.
nie chce mi sie. wolę wypełnic cv dla firmy rekrutującej.
.

20:28, formaprzetrwalnikowa
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 grudnia 2004
Znalezione u Istry:
"Bo to jest walka. Jesteś moim zagrożeniem. Zagrożniem mojej pozycji, mojego miejsca pracy, moich przyszłych szkoleń i moich zarobków. Ja nie mam żadnej motywacji aby ciebie uczyć. Nie będę działać wbrew swoim interesom. Jak będziesz lepsza, zabierzesz mi pacjentów.  Współpracujmy zatem, ale nie wymagaj abym oddał to, co tak długo sam zdobywałem. Rywalizujmy, i nie oczekuj poświęcenia z mojej strony........moja młodsza koleżanko."

tak to jakos brzmiało. usłyszałam te słowa w znanej klinice ginekologicznej w duzym miescie, kiedy jeszcze byłam studentką, pełną wiary w to, ze starsi koledzy naprawde chcą mnie czegos nauczyć.
to taki komentarz do tego, co poniżej.

w zeszłym tygodniu pokłociłam sie ze Starszym Kolegą: był strasznie zły, ze młodzi "wciskaja się " na miejsca zajęte przez starszych, a jednoczesnie niewiele umieją i pytają starszych, co robic.. "skoro juz chcecie takiej samodzielnosci, to badzcie samodzielni!"; ze to z "naszej" strony próba sił ze "starymi", ze "o, młodzi teraz ambitni i przebojowi... walczą o swoje, nie zważajac na starszych.. nie szanuja zupełnie dorobku i kompetencji starszych..". boszsz... ile ja sie natłumaczyłam, ze to normalny proces, ze starsi uczą młodszych, ze tej wiedzy trzeba sie nauczyc od "mistrzów', bo z ksiazek nie da rady.. ze to niekoniecznie nasza "ambicja i ządza pieniądza", ale ciekawosc, pragnienie wiedzy, bycia coraz lepszym, pomagania na miarę swoich mozliwosci. czasem koniecznosc (przeciez , do cholery "starzy" nie przyjmą wszystkich pacjentów!), zresztą, przeciez my tez musimy się nieustannie dokształcac... ale On - nie i nie! moja mama mawiała "zapomniał wół jak cielęciem był" oraz "przyganiał kocioł garnkowi"... i tylko westchnełam sobie cichutko, ze mnie (na razie) jakos omija bezposrednia zawisć srodowiska lekarskiego i bronienie dostępu do wiedzy w obronie własnych interesów (konkurencja...). ręce opadają.. na zachodzie jest inaczej: starsi pomagają młodszym, nauczaja ich nie tylko tego co jest wiedzą i umiejętnosciami, takze pewnej etyki i szacunku dla współpracowników. kiedys był swietny artykuł w Gazecie Lekarskiej na ten temat (od pewnego czasu czytam GL, bywają tam ciekawe artykuły)- starszy lekarz, zaniepokojony zamykaniem sie starszych kolegów i niechec do nauczania młodych, apelował: wezcie pod uwagę to, ze to oni, ci młodzi, którym dostępu do wiedzy teraz bronice, beda was kiedys leczyc... swięta prawda. (Starszy Kolega pozostał głuchy i na ten argument...).

19:56, formaprzetrwalnikowa
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2