Świata stan psychiczny
poniedziałek, 31 grudnia 2007
Nadziei
nieustajacej Wam i sobie w Nowym Roku życzę,
by nawet w najgorszej chwili wciąż wierzyć, że
jutro będzie lepszy dzień


:)



15:14, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (8) »
niedziela, 30 grudnia 2007
The deadweight loss of Christmas

...i po świętach.
Zaczął się czas zimowych wyprzedaży a media pełne są porad, co zrobić z niechcianymi prezentami (w końcu trzeba znaleźć miejsce na nowe klamoty zakupione na wyprzedażach).
Temat technik pozbywania się niechcianych prezentów podejmowany jest, jak co roku, otwarcie nawet przez poważne media. Gdzież tam naszym, nieśmiałym dyskusjom forumowym do tej mnogości artykułów i programów!
Coż, lata praktyki i góry zmarnowanych pieniędzy robią swoje.

eBay ocenia, że w tym roku wyspiarze wydali
1,2 miliarda funtów na niechciane prezenty świąteczne. Abbey bank szacuje te kwotę jeszcze wyżej - na 1.3 mld.
Przyznaje, że ta kwota mnie nie dziwi (choć przeraża), bo zdziwiłam się wcześniej- kiedy jedna ze znajomych zdradziła, że wydała po 700gbp na prezenty dla swoich dorosłych i zarabiających dzieci (nie wiem, czy kwota ta obejmuje koszt papieru do pakowania i satynowych wstążek).
Tak czy siak - coś trzeba z tą kupą (pun not intended!) zamrożonej kasy zrobić.

EBay reklamuje się jako 'perfect for any gift that are not perfect for you' i liczy na to, że te setki tysięcy młodych ludzi sprzedadzą swoje niechciane prezenty za jego pośrednictwem. A ponoc jest w czym wybierac: tabliczka z napisem 'Desperately seeking chocolate - please, give generously', zbyt skomplikowany telefon komorkowy za 180 GBP, czy nieotwarty prezent od ojca ('Knowing my father it will not have been cheap') albo cały zestaw 16 nieotwartych prezentów 'in need of a new home' (
więcej tu )

Ciekawe jest to, że sprzedaż niechcianych prezentów na eBay'u nie jest wcale pierwszym zalecanym sposobem pozbycia się ich. Lista sposobów na niechciane prezenty zaczyna się bowiem zwykle od... recyklingu.
Re-cycle czyli schowaj do szuflady i daj komuś innemu na urodziny albo następny x-mas to ponoć ulubiona metoda amerykanów, którzy recyklują w ten sposób nawet 'gift vouchers!
Drugie na liście są odwieczne charity shops. Potem wymiana prezentów w sklepie, w którym zostały zakupione (pozostaje problem poproszenia ofiarodawcy o paragon).
I dopiero potem ebay.

Istnieje także etykieta przyjmowania niechcianych prezentów !

Najciekawsze jest jednak to, że jak wykazało
badanie przeprowadzone przez profesorów marketingu Delorgue'a i Warlop'a, nieprawdziwe jest twierdzenie, że im bliżej z kimś jesteśmy, tym łatwiej trafić w gust z prezentem. Badane pary trafnie zgadywały preferencje drugiej połowki, jeśli te preferencje były obu osobom wspólne. Jeśli nie - górę brały “pre-stored beliefs and expectations", czyli to, co ja myślę, że ty chciałbyś otrzymać= to co ja chciałbym otrzymać gdybym był na twoim miejscu.

A co gorsza, otrzymane a niechciane prezenty wykazują się jeszcze jedną ciekawą właściwością: deadweight loss.
Deadweight loss to strata, która powstaje, kiedy ja wydaję 80 dolarów by kupić tobie sweter, który ty kupiłbyś sobie za 65.
Joel Waldfogel - amerykański ekonomista szacuje, że co roku 'martwa strata' ujmuje 10 -30% wartości świątecznym prezentom. Nazwał to zjawisko
A Deadweight loss of Christmas .

Polska wersja Wikipedii tłumaczy 'deadweight loss' jako: 'zbędna strata społeczna'.


Smutna metafora, prawda?


:-/

13:02, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (1) »
czwartek, 27 grudnia 2007
City that never sleeps

czyli: skąd się wziął pomysł na 'Sleep faster'


Chciałam napisać, że rzadko bywają ze mną szczerzy, ale oni chyba rzadko bywają ze sobą szczerzy.
Wyjątki pamiętam doskonale: Pan A, który po tyradzie syna, domagającego się ode mnie 'medication review', 'bo ojcu się dzień z noca myli', wziął mnie na bok i powiedział:
- Pani doktor, mnie się tak dobrze filmy w nocy ogląda. Nic mnie nie rozprasza. Wiem, ze oni spokojnie śpią, więc nikt nie będzie do mnie zaglądał i pytał, jak się czuję.
Albo pan B, który zdradził mi sekret potęgi ludzkiego umysłu, który potrafi przechytrzyć dawkę leku nasennego sześciokrotnie przewyższajacą zalecaną.
Albo pani C, która potrzebowała lat, by zrozumieć, że nawet wybitni specjaliści od snu nic nie poradzą, jeśli zasnąć strach, bo mąż...

Rzadko chyba bywają z sobą tak szczerzy, bo widze, jak autentyczne jest ich zaskoczenie, kiedy odmawiam zapisania leków nasennych a zalecam zmniejszyć ilość wypalanych popołudniu papierosów z 60 sztuk, do - niech choćby tylko 40...
Albo naiwnym głosem tłumaczę, że amfetamina tak już ma, że odbiera potrzebę snu. Podobnie jak alkohol w większych i regularnych ilościach. Kawa. Herbata, telewizor włączony w sypialnii... Brak ruchu w ciągu dnia
I inne niewygodne prawdy zwane higieną snu.

Kilka miesięcy temu media wyspiarskie obiegły sensacyjne (?) wyniki badań The Sleep Council alarmujące, że brytyjskie nastolatki niszczą sobie zdrowie 'śmieciowym snem' zakłócanym gadzetami zagracającymi sypialnię.

Niedaleko pada jabłko od jabłoni.
Wrzućcie w googla hasło 'sleep less' a wyskoczy wam lista stron podajacych cudowne sposoby, jak spać 4 godziny i czuć się wypoczętym. Jeśli wam się uda to świetnie! Cieszcie sie zaoszczędzonym w ten sposób czasem, ale nie zawracajacie mi głowy bezsennością za kilka lat, jak już zdrowie przestanie pozwalać na dodatkową pracę po godzinach, eskapady do nocnych klubów i siedzenie na internetowych czatach. I nie dziwcie się skąd to przewlekłe zmęczenie, bóle głowy i mięsni - epidemie Chronic Fatigue Syndrom i Fibromialgii.


James Gleick w swojej książce 'Faster. The acceleration of just about everything' podaje, że według badań
The National Sleep Foundation w ciągu ostatniego stulecia średni czas przeznaczony na sen zmniejszył się o 20% - do 7h 18 min na dobę.
Na bezsenność nad Wisłą cierpi co trzeci dorosły, 10% z nich ma z tym problem od lat i na dodatek uzależnia się od leków.

Zamieniamy długie godziny bezczynności na bardziej interesujące zajęcia. Ba, próbujemy się przez sen nauczyć obcych języków, spalać tłuszcz a nawet śnić na zawołanie! A potem się dziwimy, że nie możemy spać.

Specjaliści od snu winią naszą cywilizację, której się ciągle spieszy, rozprzestrzeniającą sie zarazę wyprodukowanej potrzeby kupienia jutrzejszej gazety o północy czy bycia przy drzwiach, kiedy otworzą sklep o 5 rano w pierwszym dniu wyprzedaży.
I miasta, w których nigdy nie gasną światła, nie cichnie ruch i nie zamiera życie.
Miasta, które nigdy nie zasypiają


Nie chcę się tam obudzić

poniedziałek, 24 grudnia 2007
sobota, 22 grudnia 2007
Czekolada, czekolada, wszędzie czekolada!

- Chocolate, chocolate, chocolate everywhere! What a country! - wymamrotał znajomy Obcokrajowiec na widok rosnącej górki czekoladek, ciasteczek i batoników.
- Cóż, to chrystmas. A w chrystmas musi być czoklit. - wyjaśnili rodowici wyspiarze.

Sądząc po wszechobecnych puszkach 'quality street', 'roses' oraz otrzymanych bombonierkach ('To a special doctor' - a, co! ;P) wnioskuję, że coś w tym jest.
W tej teorii utwierdza mnie ilość wątków ze słowem 'chocolate' w tytule na moim ulubionym forum lekarskim.
Ba, 4 puszki 'quality street' (każda o wadze 1,2 kg) stały się prowodyrem dyskusji nad 'mental capacity' (zdolność podejmowania decyzji) poważnie otyłego osobnika, który z miejsca wchłonął dwie, a pozostałymi się podzielił z resztą pacjentów.

Niektórzy mówią, że bez 'Quality street' nie byłoby świąt:
http://www.youtube.com/watch?v=VOITFIMM_QI&feature=related

Wygląda na to, że czekolada odgrywa istotną rolę w życiu wyspiarskich lekarzy i pacjentów nie tylko podczas świąt. Najnowszy numer British Medical Journal przynosi aż dwa artykuły omawiające nietypowe, acz istotne zastosowania czekoladek we współczesnej medycynie.
Pierwszy z nich przedstawia badanie dokładności porównywania budowy kości do budowy batoników czekoladowych. Metoda ta jest dość poszechnie używana do wyjaśniania pacjentom z osteoporozą istoty zaburzenia.
Niestety, z badań trójki osteoporozowych specjalistów wynika, że batoniki Aero i Crunchie, choć są dobrą ilustracją budowy kości zdrowej i osteoporotycznej, w sytuacji upadku i narażenia na złamanie nie reagują podobnie.

Drugi z
artykułów jest odezwą do przemysłu cukierniczego. Jego autorzy ubolewają nad faktem, że producenci czekoladek Celebrations zmienili kształt Teasers'ów, które do tej pory stanowiły tanią i szeroko dostępną (oraz jadalną) alternatywę dla orchidometru, pomagając pediatrom oceniać postęp dojrzewania u chłopców.
Naukowcy nawołują producenta do przywrócenia cukierkom ich poprzedniej estetycznej i funkcjonalnej chwały 
w trosce o zdrowie jąder przyszłych pokoleń.


No to ja się chyba poddam.
Komu czekoladkę, komu?


;-)

11:47, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (2) »
wtorek, 18 grudnia 2007
Wstrętna_Męska_Szowinistyczna_Świnia kontra English_Rose

Na forum Uroda panie i panowie dyskutują o chodzeniu do pracy bez makijażu. Wygląda na to, że większość z dyskutujących pań nie wyobraża sobie pójść do pracy nieumalowaną.
Znam panie, które nawet po bułki nie wyskoczą bez pełnego mejkapu.
Jedna z moich znajomych, wychodząc nawet na chwilę z domu, zmieniała bieliznę, gdyby zdarzyło jej się tego ranka założyć niezbyt świeżą lub niezbyt ładną - to na wypadek wypadku; jej babcia ponoć spaliła się ze wstydu, kiedy panowie z karetki, by dostać się do złamanego biodra musieli rozciąć jej piękny wierzchni płaszcz, spod którego wychynęły stare barchany.

Polki, jak widać, dbają o siebie.
Jak jest z Angielkami - nie śmiem skomentować. Nie po reakcji na
artykuł niejakiego Teda Safrana - scenarzysty amerykańskiego pochodzenia, od lat dzielącego czas między American Beauties i English Roses.

Jego opisy randek z dojrzałymi różami, które, zdaniem Teda, lepiej by się czuły szukajac trufli w prowansalskich lasach lub pasąc się na zielonych pastwiskach kanady, wywolały lawinę obrońców wyspiarskich krągłości i samych róż, udowadniających, ze amerykanki są grubsze, brzydsze, głupsze i bardziej zaniedbane. I na dodatek się z tym obnoszą.

Autor nie uniknął wyzwisk, które można by streścić soczystym: wstrętna, męska, szowinistyczna świnia.
Ale się nie ugiął. W
odpowiedzi napisał, że (podsumowując) nadal podtrzymuje swoją tezę o angielskich różach, którym brakuje krągłości włoszek, seksowności hiszpanek, wymyślności francuzek i otwartości skandynawek (polek, niestety, nie wymienił).
Nie przyjął argumentu, ze wśród brytyjek nie brak kobiet pięknych. 'Jeśli rzucisz kamieniem w centrum brytyjskiego miasta, bardziej prawdopodobne jest, że trafisz
Vicky Pollard niż Kate Moss  '

W zamian wyspiarki wyróżniają się pierwszym miejscem w europejskiej lidze otyłości i nastoletnich ciąż oraz rosnącym spożyciem alkoholu.


Ja mam jednak wrażenie, że pana Teda najbardziej zabolał brak poczucia humoru u wyśmiewanych English_Roses.

I chyba rozumiem, dlaczego...
'I’m just pointing it out. Don’t shoot the messenger.'


;-?

21:13, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (6) »
niedziela, 16 grudnia 2007
To jest już koniec
Przez tysiąclecia praktykowanie medycyny opierało się na kilku podstawowych
zasadach
- lekarskiego zrozumienia dla cierpienia drugiego człowieka (compassion)
- lekarskiej kompetencji: nieustannego poszerzania wiedzy i doświadczenia oraz rozpartywania każdej sytuacji w kontekście indywidualnej histroii danego człowieka
- lekarskiej autonomii.

I najważniejszego z najważniejszych, bez którego w ogóle proces diagnozowania i leczenia nie byłby możliwy: zaufania
Zaufania pacjenta do lekarza, że ten użyje wszelkich znanych mu sposobów, by ulżyć cierpieniu a nie zaszkodzić,że nie wykorzysta go dla własnych korzyści.
Zaufania społeczeństwa, że ta banda w białych fartuchach wykorzysta przydzielone im przywileje w dobrym celu, że ich nauczania i badania będą miały na celu dobro i zdrowie społeczeństw.
Zaufania lekarza, że ten pacjent, choć morderca nie zabije go, że tamtem złodziej nie okradnie, a większość mówi prawdę i chce pomocy.

Czasy sie zmieniły.
Era informacji sprawiła, że coraz więcej naszych pacjentów i ich rodzin przychodzi zaopatrzona w wiedzę medyczną znalezioną w sieci, medycznych książkach, u innych medical professionals. I dobrze, bo pozwala to im mieć pełniejszy udział  w procesie zdrowienia.
Ostateczna decyzja jednak zwykle pozostaje w rękach medyka - to ten 'kontekst indywidualnej historii danego człowieka' i doświadczenie, które mówi nam, że rozbrykany czterolatek z wysypką ma różyczkę a nie zapalenie opon mózgowych. Naszej wiedzy o budowie i funkcjonowaniu człowieka jako całości zdobywanej przez lata szkół medycznych i specjalizacji nie da się zastąpić kwestionariuszem 'Sprawdź, czy cierpisz na depresję' z nawet najbardziej wiarygodnej strony internetowej.

Czasy się jednak zmieniły. W zeszłym tygodniu.
Najpierw GMC skreśliło z rejestru profesora D. Southalla  za 'ogólną postawę'. Mimo tego, że wcześniejsze śledztwa nie udowodniły słuszności żadnego z zarzutów. Mimo tego, że notatki z rzeczonego spotkania robione przez tzw osobę trzecią (senior social worker) - uznane przez matkę za zgodne z prawdą nie zawierały żadnej wzmianki dotyczącej rzeczonego zarzutu. Mimo tego, że ów senior social worker zeznała pod przysięgą, że profesor nic takiego nie powiedział...
GMC wywaliło profesora z rejestru.
List otwarty jednego z kolegów profesora do GMC pewnie niewiele da.

GMC właśnie zakończyło 'konsultacje' dotyczące zmiany
standard of proof z kryminalnego na cywilny, co w praktyce oznacza to, co się zdarzyło w przypadku prof Southalla: on the balance of probabilites wychodzi nam, że masz nieodpowiednią postawę. Won z rejestru!
'Won z rejestru' oznacza, że tracimy prawo wykonywania zawodu na zawsze i na całym świecie. A dla większości z nas medycyna jest jedynym sposobem zarabiania na życie. Nie umiemy robić nic innego -  poswięciliśmy na zdobycie tej wiedzy i umiejętności pół naszego życia.
Za przywilej bycia w rejestrze trzeba będzie zapłacić o ponad 1/3 wiecej - opłata wzrasta z 290 GBP do 390 rocznie.

Ta zaraza przyszła zza oceanu. Teraz się zacznie rozprzestrzeniać w Europie.
Brytyjscy pediatrzy hurtem rezygnują z bycia 'expert witness' w sprawach child protection. Kilka wcześniejszych spraw doprowadziło do ogólnego odwrotu lekarzy od roli 'expert witness', bez względu na oferowane pieniądze.
To jest już koniec leczenia ludzi.
Zaczyna się walka lekarzy o przetrwanie.


To jest już koniec.
Po raz pierwszy w życiu żałuję, że zostałam lekarzem.
Trzymajcie kciuki, żeby udało mi się bezpiecznie dotrzeć do najbliższego wyjścia awaryjnego.
11:45, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (13) »
czwartek, 13 grudnia 2007
Snow spotters
Jedną z ciagle zaskakujących mnie cech wyspiarzy jest ich potrzeba zrzeszania się.
Wystarczy przejrzeć pierwszą lepszą gazetkę lokalną, żeby mieć przedsmak ilości i rozmaitości stowarzyszeń, kółek i innych wspólnot. Od birdwatchers i filatelistów, przez nudystów, do wielbicieli lokalnego sera i przyjaciół skwerku królowej wiktorii.
Myslę sobie, ze gdzie jest dwóch anglików, tam zaraz bedzie jakieś stowarzyszenie.
A potem siadaja do zaplanowania kalendarza spotkań, z tematyką i obowiązkowymi 'social events' z christmas lunch na czele.

Z jednej strony podziwiam ich za takie ciągoty do działań wolontariackich wspólnotowych, bo znaczna część tych 'kółek', nawet tylko hobbystycznych, stara się robić coś dla community, w której mieszkają - nie dość, że za darmo, to jeszcze częśto zbierając pieniądze na jakiś szczytny cel.

A z drugiej umieram ze smiechu, kiedy w telewizji BBC pan z drogówki poważnym głosem obwieszcza powołanie nowego towarzystwa: Snow Spotters .
A wszystko to po to, by zwiększyć bezpieczeństwo na drogach.

Już sobie wyobrażam te dziesiątki (a moze nawet setki?) par oczu w natężeniu wpatrujące się w zimowe niebo.
Czy to białe, co leci z góry to śnieg czy paproszki z dachu sąsiada?

Jeśli ktoś zauważy śnieg w naszej okolicy, proszę o niezwłoczny kontakt - z przyjemnością przypomnę sobie, jak to zjawisko wygląda.



;-)
21:33, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (2) »
wtorek, 11 grudnia 2007
Spot a drunk!
Wyspiarscy policjanci otrzymali niedawno do rąk przygotowany specjalnie dla nich przez przewodnik do rozpoznawania pijanych.
Lista przygotowana przez Home Office obejmuje takie cechy jak nieporządny wygląd, hałaśliwość, pobrzękiwanie drobnymi i bycie irytującym.
A wszystko dlatego, żeby ułatwić policjanom wlepiania kar za serwowanie alkoholu osobnikom już pijanym.

Właściciele pubów śmieją się, że w ten sposób wykosiliby większość swojej klienteli, jeszcze przez zażyciem przez nią napoju bogów.

Ale wielka akcja wlepiania £80 mandatów rozpoczęła się w ubiegły weekend. Policjanci w cywilu rozpoczęli naloty na klientów wpadajacych na meble, rozlewajacych drinki, bełkoczących, niespojnych i 'szklistookich' w wyznaczonych pubach i barach.
I tak będzie aż do Wigilii.





[źródło: The Times]


Media się śmieją z tego pomysłu
zastanawiając się, czy skoro 'unkempt/ dishellved' (zaniedbany) jest jednym z kryteriów, to czy taki np. Bob Geldof może być obsłużony czy nie?



;-)
08:11, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (2) »
niedziela, 09 grudnia 2007
Czy dawać dziecku kieszonkowe?
- zapytuje tytuł polecanego przez goszczący nas portal artykułu .
Wynika z niego, że choć rozmowa z siedmiolatkiem o rodzinnych finansach bywa zwykle tak łatwa jak rozmowa o seksie, to jednak rozmawiać z nim trzeba.

A komu kwestia wprowadzania kilkulatka w świat ekonomii na skalę mikro wydaje się trywialna, polecam
artykuł sprzed kilku dni w Le Figaro, bo pewnego dnia może się okazać, że obudził was pozew do sądu o zapłacenie 'zobowiązań alimentacyjnych' własnemu dorosłemu dziecku!

Francuscy rodzice dorosłych dzieci, przerażeni rosnącą falą takich pozwów, założyli stowarzyszenie, którego celem jest zmiana tresci artykułu 203  Kodeksu Cywlnego, który mówi o tym, że rodzice mają obowiązek 'karmić, utrzymywać i wykształcić' swoje dzieci.
Prawo to, ustanowione w 1804 r początkowo zawierało górną granice wieku, do kiedy obowiązek ten był w mocy (18 lat), ale późniejsza poprawka usunęła ten zapis. W związku z tym górna granica obowiązku alimentacyjnego przesunęła się w teoretyczną nieskończoność, a członkowie ASIPA 203 (Association de soutien et d’information des parents confrontés à l’article 203 du Code civil), walczą o jej przywrócenie.

Trudno im się dziwić: liczba dzieci pozywających rodziców do sądu zwiększyła się od ok 30 rocznie w latach 90-tych do ponad 1800 w 2006.
Dorosłe dzieciaki domagają się finansowania studiów za garnicą, inni opłaty kosztów wynajmu mieszkania z dziewczyną. Niektóre dzieci są tak
zachłanne, że mimo miesięcznego kieszonkowego wysokości €1,200, jednorazowego prezentu w postaci €20,000 i tatusia pokrywajacego overdraft ze swojego konta, ciągną staruszka do sądu i ... wygrywają!

A angole załamują ręce, że
koszty wychowania dziecka w UK wzrosły do niebotycznych 180000GBP!
Przeciętne wydatki na 'pocket money' od narodzenia do 21 r.z. to £5,518.
Phi!


;-)
11:06, formaprzetrwalnikowa
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2