Świata stan psychiczny
niedziela, 28 grudnia 2008
The true meaning of Christmas
albo: Złapana w pułapkę tradycji.


W Wigilię lokalne wiadomości BBC pokazały krótki reportaż o chłopcach z katedralnego chóru. Chłopcy, w wieku 7-10 lat, opowiadali jak wyglądają ich święta, a zwłaszcza pierwszy dzien, który to spędzają od rana do wieczora w katedrze, z krótką przerwą na lunch. Reportaż był trochę w stylu biedne_dzieci_co_one_mają_z_krystmas, i przyznaję, ze chłopcy ładnie wybrnęli z niebezpiecznego pytania o to, czy im nie żal, że kiedy inne dzieci cieszą się prezentami i filmami w TV oni muszą w zimnie i pocie gardeł, od rana do wieczora śpiewać kolędy.
- Tak, trochę mi szkoda i czasem mi sie nie chce, ale przeciez za to doświadczam 'true meaning of Christmas'.
- I co to jest, to 'true meaning of Christmas?
- To, że tego dnia urodził się Jezus.

No właśnie. Jakkolwiek by na to nie patrzeć, prawdziwe znaczenie Bożego Narodzenia tkwi, jak sama nazwa wskazuje w tym, że jest to dzien narodzin Jezusa i początek jego życia ziemskiego, czyli początek tego, co poźniej dołożyło się do wielotysięcznej tradycji chrześcijańskiej. Bo, odkładajac kwestie wiary na bok, Jezus był postacią historyczną i jego życie znacząco wpłynęło na życie milionów ludzi na świecie.
I ja, jako osoba wychowana w tradycji chrześcijańskiej, uznająca ją jako ważną część dziedzictwa kulturowego Europy, uważam, że chrześcijanie powinni mieć prawo, by to święto w jego pełnym duchu. Czyli z kolędami, które są kolędami a nie piosenkami o zimie, z kartkami świątecznymi przedstawiajacymi scenę narodzenia a nie bałwanki i santaklosa, z prawem do mówienia Merry Christmas a nie Happy Holidays i wystawiania jasełek.

Tymczasem Gwiazdka wypiera Boże Narodzenie i to już chyba na całym świecie. Krystmas zyskuje nowe znaczenie. Pokazany w święta krótkometrażowy nowy Shrek jest doskonałą ilustracją tego procesu - pół filmu wypełniają preory Osła na temat tego, czym owo krystmas jest. Padają słowa takie jak rodzina, przyjaciele, wspólna zabawa, dekoracje, prezenty. I, oczywiście, ani słowa o tym, skąd się to wszystko w ogole wzięło.
Swoją drogą ciekawe to zjawisko: jak jedno święto 'zawojowało' cały świat. Do tego stopnia, ze obchodzą je nawet wyznawcy religii innych niż chrześcijańskie, próbując wpisać je w swoje własne tradycje. Obchodzą je nawet ateiści.
Jak to się stało?

TP mówi, że to siła tradycji. 
Czy to ta sama siła tradycji, która nawet 3000 km od rodzinnego domu zmusza niewierzących, niepraktykujących, zmęczonych ludzi do wielogodzinnych poszukiwań maku, pszenicy na kutię, suszonych grzybów i twarogu; do sprzątania wszystkich kątów i trzech dni przy garach, bo potraw ma być dwanaście a pierogi trzeba zrobić 'od zera'; a wszystko to na czas, na stół, ciepłe i pachnące, wszystko absurdalnie w tej samej chwili, tylko po to, by potem przez kolejne trzy dni dochodzić do siebie na kanapie, przed telewizorem, w chwilowym przypływie energii ładując i rozładowujac zmywarkę oraz zbierając bombki zrzucone z choinki przez kota?

O, ja głupia, głupia, głupia! Co mnie wepchnęło w te szpony? Zaproszonym na Wigilię znajomym anglikom wystarczyłaby egzotyka barszczu z uszkami i makowca. Kutia, pierogi ruskie, krokiety z kapustą i grzybami oraz chleb na zakwasie były już ekstrawagancją. Ekstrawagancja przypłaconą zwaleniem z nóg i paskudnym zespołem cieśni nadgarstka, dzielnie wspieranym przez obrzydliwe zapalenie zatok.
Przecież ja to bym najchętniej wyjechała gdzieś daleko od ludzi, na jakieś zadupie w walii, szkocji czy nawet na islandię! Połazic po okolicy, pogadać i pomilczeć wspólnie, książkę poczytać, w skrabla zagrać, butelkę wina wypić i pójść spać wypoczętym. Bez pierniczków ale blisko.


Skoro nie świętuję 'the true meaning of Christmas', dlaczego wpadłam w  pułapkę tradycji


?
00:42, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (7) »
wtorek, 16 grudnia 2008
O kreacjonizmie, kreatywnosci i kreacjach

Długi weekend w Londynie, jednej ze stolic świata, jak to mówi TP, zmęczył mnie, mimo, że oglądałam molocha głównie z okien taksówki i dwóch dłuższych spacerów między Natural History Museum a naszym hotelem (przy słynnej Baker street). Wielkość tego miasta i miliony jego mieszkańców było czuć w podmuchu wiatru hulajacego szerokimi ulicami, w stęchłym zapachu wody w kranie i niewiarygodnej kolejce do automatów biletowych w metrze (stąd wybór taksówki jako głównego środka transportu, gdy za daleko było chodzić). Z każdym spojrzeniem na korki i tłumy na ulicach i w środkach komunikacji publicznej cisnęło mi się na usta pytanie: jak tu w ogóle można żyć?
Ja się już nie nadaję do życia w dużych miastach.

Ale nie o życiu w wielkim mieście to refleksja. Jednym z celów naszej wyprawy było Muzeum Historii Naturalnej, a w nim (oprócz jak zwykle cudownych zdjęć z konkursu Wildlife Photographer of the Year gdzie jednym ze zwycięzców jest Polak, Antoni KAsprzak, któremu serdecznie gratuluję przepięknego, pełnego energii i pasji zdjęcia walczących orłów) wystawa poświęcona Karolowi Darwinowi w 200tną rocznicę urodzin.

Kilka miesięcy temu Channel 4 wyświetlił The Genius of Charles Darwin - serial poprowadzony przez budzącego gorące emocje profesora (Professor of Public Understanding of Science) Richarda Dawkinsa (to ten of God Delusion). Film, mimo chwilami drażniącego tonu prowadzącego (rozumiem pana poirytowanie oporem kreacjonistów nawet postawionych w obliczu ton dowodów przeciwko wyznawanej przez nich teorii, ale to nie jest powód, żeby robić z nich publiczne pośmiewisko; religijne teroie powstania świata mają tysiace lat, a darwinizm zaledwie 150) wzbudził moje zainteresowaniem postacią Darwina w kontekście polityczno-społecznym jego czasów.
Wystawa jest pozbawiona komentarzy w stylu Flying Spaghetti Monster i skupia się niemal wyłącznie na aspekcie naukowym i zyciu rodzinnym wielkiego odkrywcy. I dobrze, bo tak powinno być: nauka i religia nie powinny się mieszać do siebie nawzajem. Zostawmy ludziom wybór.

Jako, że przemyślenia na temat `skąd przyszliśmy i dokąd zmierzamy` odrobiłam w trakcie lektury God Delusion w zeszłym roku, moje refleksje z wystawy miały inny charakter. Zastanowiło mnie mianowicie, czy gdyby na HMS Beagle w roli zbieracza eksponatów znajdował się nie Darwin a kto inny, czy ta podróż zaowocowałaby teorią ewolucji? Co tak naprawdę sprawiło, że młody kleryk zaczął się zastanawiać nad znaczeniem zebranych próbek, okazów zwierzat i wykopalisk? Jego niezwykły umysł czy może 'efekt czasów'? Czy jakikolwiek inny młody, inteligentny, posiadajacy trochę ogólnej wiedzy człowiek doszedłby do tych samych wniosków, po prostu dlatego, że świat był już gotowy? Bo Korona Brytyjska władała połową świata, bo jej flota docierała niemal wszędzie, bo z powodów polityczno-ekonomicznych ludziom przestały wystarczać religijne odpowiedzi na pytania o swiat?

Po długiej dyskusji nad kubkiem kawy i kanapką w barze Muzeum doszliśmy do wniosku, że odkrycie Darwina było 'efektem czasów'. Zawahaliśmy się jednak nad wnioskiem, że gdyby na miejscu młodego Karola znalazło się jedno z nas, teoria ewolucji i tak by się narodziła.
A co Wy o tym myślicie?

Dyskusja ta sprowadziła mnie na manowce innej smutnej refleksji - nad kreatywnością. Bo ja się kiedyś, proszpaństwa, uważałam za osobę kreatywną, ale zderzenie z kolejnym innowacyjnym pomysłem TP kilka miesięcy temu postawiło znak zapytania przy tej cesze. Bo on potrafi trąbę powietrzną ze stęchlizny w szafie wykoncypować, sól na cukier przerobić, ale tylko wtedy gdy cukier w popycie, połączyć odklejone od rzeczywistości laboratoryjne technologie w super-hiper modny gadżet. jednym słowiem - coś z niczego.

A ja?
A ja jestem opowiadacz historii zasłyszanych, układacz nowych obrazków z niekompletnych puzli, głodny operator widelca z braku innych sztućców zmieniający bułkę, masło i pomidora w pyszną kanapkę. Ja znajdę 10 zastosowań gumki do słoików, ale prochu to ja nie wymyślę.
Czy to jest jeszcze kreatywność?

A co z kreacjami?
A, nic.
X: So what are you going to do in London?
FP: we're going to visit Science Museum, the Natural History Museum and maybe also the British Museum.
X: What??? Museums?? You surely want to do a little bit of christmas shopping??
FP: Shopping?? What for???

Surely.


;-)
10:43, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (14) »
niedziela, 07 grudnia 2008
Operacja się udała, pacjent przeżył
Albo: Zawołajcie lekarza!


Wiadomością nr 1 w medycznych kręgach była w tym tygodniu była historia chirurga, który amputował rękę, korzystajac z instrukcji otrzymanych SMSem.

Dr. David Nott, pracujący w Kongo jako wolontariusz z Medecins Sans Frontiers (Lekarze Bez Granic) amputował rękę 16-latkowi umierającemu z powodu sepsy. Ramię było zakażone po bliskim spotkaniu trzeciego stopnia z głodnym hipopotamem i jedynym ratunkiem było usunięcie 15 cm zaropiałego kikuta. Problem polegał na tym, że chirurg, choć prawdziwy chirurg, nigdy takiej operacji sam nie wykonał. Ba, zabieg ten jest rzadko wykonywany w UK i podobno tylko nieliczni potrafią go wykonac prawdłowo.

Dziarski doktor nie przestraszył się jednak, tylko zadzwonił do znajomego profesora -fachowca od podobych operacji. Z powodu słebej jakości połączenia, profesor zdecydował się wklepać instrukcje w telefon i przesłać SMSem. Dr. Nott ściśle zastosował się do poleceń i mimo braku doświadczenia i skromnego wyposazenia sali operacyjnej uratował życie chłopcu.

Wiadomość tę podano w głównych wydaniach wiadomości, okraszajac ją wywiadem z bohaterskim doktorem.
TP skomentował to peanami na cześć nowoczesnych technologii. 'E tam, technologia' - powiedziałam z lekką pogardą. 'Technologia tutaj pomniejszą rolę odegrała. Tu ludzi podziwiać trzeba! Ich odwagę, by zrobić coś, czego się nigdy nie zrobiło i determinację, by ocalić życie czy zdrowie, nawet narażajac własną reputację zawodową na szwank.'
W czasach, kiedy każdy z nas trzęsie portkami przed GMC i dba starannie, by kompetencji własnych nie przekroczyc takie historie dzialają jak balsam na zbolałe dusze medycznych romantyków .

Starzy lekarze mówią, że kiedyś to się nagminnie takie rzeczy robiło: see one - do one, mawiają tutejsi. Jestem pewna, ze i wam zdarzyło się kiedyś wykonać jakis zabieg, czytając instrukcje z podręcznika lub rozpoznac chorobę, której objawy znaliście tylko z książki.

Żałuję, że koledzy Zaprzyjaźnionym Forum zignorowali dyskusję pod linkiem do artykułu o odważnym chirurgu. Cóż, złe wiadomości się lepiej sprzedają. Szkoda! Ja lubie historie z lekarzami w rolach pozytywnych bohaterów. Medycyna jest zawodem, w którym ważne jest opanowanie i teorii i praktyki, ale przecież nie da rady się wszystkiego 'w terminie' nauczyć. A życie czasem stawia nas w sytuacji, w której chce się zakrzyknąć jak John Carter w mojej ulubionej scence z ER: 'Zawołajcie lekarza!' Tylko, że jak w tej scence, jedynym lekarzem w okolicy jest wołający.

Moja przygoda jest krótka, skromna i nie powala z nóg komplikacją przypadku, ale ją opowiem:
Miejsce akcji: Dyżur. Udział biorą: Pielęgniarka, Młodszy Asystent FP.
Pielęgniarka (przez telefon): Pani doktor, panu A wypadła ręka z barku.
FP (mając przed oczami scenkę wybuchającego barku z 'Wszystko czerwone' J. Chmielewskiej): Jakiego barku? W szpitalu?
P: Z prawego barku, W szpitalu. Mówi, ze ma nawykowe zwichnięcie, czy jak tam się to nazywa.
FP (oświeconym tonem): Aa! Z barku!
P: Przyjdzie pani zobaczyć?
A pewnie, że poszłam zobaczyć. Po drodze przeczytałam odpowiedni fragment w Poradniku Lekarza Praktyka i ... nastawiłam pacjentowi zwichnięcie wprawnym ruchem własnej ręki, dokładnie jak opisano w poradniku.
[kurtyna]



Teraz wasza kolej.
21:05, formaprzetrwalnikowa , Brać lekarska, brać!
Link Komentarze (13) »
środa, 03 grudnia 2008
Redundancy of ellipses
Czyli: O dojrzewaniu grafomana.

Na zaprzyjaznionym forum dla Pisarzy, Aspirujących Gryzipiórków i Grafomanów jest oddzielny wątek poświecony technikom radzenia sobie z rejection slips. Każdy szanujący się podradnik kreatywnego pisania zawiera oddzielny rozdział na ten temat.

Rejection slip jest jak oczko w rajstopach - pojawia się w najmniej spodziewanym momencie, przeważnie wtedy, kiedy jesteś przekonany/a o doskonałości stworzonego dzieła (pisarskiego czy też wyjściowej kreacji) do tego stopnia, że postanawiasz podzielić się nim ze światem. Wychodzisz do ludzi, a tu trach! Oczko poleciało. Na wycieraczce lezy list, a w nim kawałek papieru ze standardowym 'Thank you but no, thank you.'
Oczko ma przynajmniej to do siebie, że niedoskonałość dzieła jest oczywista nie tylko dla zewnętrznego obserwatora -nawet jeśli w pierwszej chwili niezauwazalna, po dokładnej inspekcji autor dzieła może również ją zauważyć. Listy od edytorów/wydawców odrzucajacych niedoszłe wiekopomne dzieła rzadko zawierają jakiekolwiek wskazówki co do przyczyn odrzucenia.

Naturalną rekacją na odrzucenie jest złość, przygnębienie, czasem poczucie 'ja wam jeszcze pokaże'. Można również sięgnać po długą i pełną słynnych nazwisk i książek uznanych za ważne 'listę odrzuconych'. Czy wiecie, że Harry Potter był odrzucony przez 9 (dziewięciu!) wydawców zanim ktoś się ośmielił to cudo opublikować?

Poradniki mówią, że z rejection slips trzeba się nauczyć żyć, bo są one nieodłączną cześcią życia pisarza, zwłaszcza aspirującego do publikacji. Nie brać osobiście, odłożyć na półkę a za jakiś czas przeczytać dzieło jeszcze raz i sprawdzić, czy dalej wydaje się tak doskonałe.

Tak to się właśnie pocieszam po otrzymaniu wczoraj informacji o niepowodzeniach moich dwóch opowiadań. Trudno. Następnym razem będzie lepiej. Dla osłody podczytuję sobie dość szczegółowe omówienie wad jednego z moich 'dzieł' (dodatkowa opcja, za którą trzeba zapłacić) - bo w sumie nie wyszło to źle i da się łatwo poprawić. I najważniejsze dla mnie: nie ma w nim błędów gramatycznych ani językowych, stylistycznie jest OK. Jestem z siebie dumna, bo to znaczy, że zaczynam się posługiwać angielskim w stopniu, o jakim marzyłam: 'By język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa'. To co szwankuje to nadal warsztat pisarski.

Na szczęście nad warsztatem można także pracować. Przeglądając archiwalne blogaskowe wpisy i niektóre z moich wcześniejszych 'dzieł' dziwię się, że ktoś to chciał opublikować, ba - nagrodzic w konkursie! Z taką ilością wielokropków i wykrzykników?! Toż to dwa wielkie 'A, fe!' współczesnego pisania. Wstyd, Formoprzetrwalnikowa, wstyd! Egzaltacja i długie zdania wyszły z mody, podobnie jak za dużo przemyślen.
To ja juz chyba pójdę pracować nad tym warsztatem. Mam dziś co najmniej 2000 słów do napisania. Pewien edytor napisał mi, że ta historia ma potencjał, trzeba umiec go wydobyć.
No ellipses, no exclamation marks!
No...


;-)


Ps. Ogłoszenie drobne:
Potrzebuję informacji na temat spraw o korupcję/łapówkarstwo wśród lekarzy - taki 'insider's view'. Mam nadzieję, ze żaden z Szanownych Czytelników nie był osobiście w nic takiego wplątany, ale może ktos z was zna kogoś kto był, widział, słyszał jak to się odbywa, jak wygląda procedura, przesłuchania, kary, itd. Przeszukałam internet, ale takich szczegółów nie podają, poza tym 'moja' (fikcyjna) sprawa jest umieszczona w 2003r, kiedy to jeszcze nie było CBŚ i nocnych nalotów z połykaniem karty SIM. Osoby, które chcą podzielić się ze mną swoją wiedzą, proszę o kontakt na gazetowego, formowego maila.
11:00, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (1) »