Świata stan psychiczny
czwartek, 31 marca 2005
Flights are booked
no, to bilety zabukowane. lecę 10.04, wracam 13.04.
Teraz trzeba się spiąć na interview. ciekawe, jak cos takiego wygląda? Moze ktoś z Czytelników moze mi podpowiedziec, na co zwórcić uwagę, czego nie robić, czego nie wypada mówić, a co koniecznie powiedzieć. Czy ulubionym pozazawodowym tematem angoli jest naprawde pogoda?
Maile mile widziane :)

21:43, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (4) »
środa, 30 marca 2005
Odrobina statystyki
-ok. 5% pytań dotyczyło rozmaitych statystyk, zupełnie bezużytecznych
- w ok. 5% pytań zapytano o leki jeszcze niezarejestrowane, lub zarejestrowane w Polsce w ostatnich 2-3 miesiącach ( w zalecanych do egzaminu ksiażkach jeszcze o nich nie pisali)
- ok 10 % pytan dotyczyło nazwisk autorów róznych określeń 'z dziedziny', np. kto pierwszy użył nazwy A, a kto wymyślił nazwę B
- zdajacy mieli zastrzeżenia do ok. 3- 5% pytań (niedokładnie sformułowane, niewłasciwy zapis)
- odpowiedz na jakieś 10% pytan wymagała wiedzy stanowczo wykraczajacej poza zapisany w programie standard (odpowiedz znali uczestnicy słono płatnych kursów hobbystycznych- jak np ja)
- tylko 2 pytania powtórzyły się z testów  z poprzednich lat
- ja nie miałam watpliwości odpowiadajac na ok 15% pytań
- egzaminu testowego nie zdało 12% przystępujacych
- nikt nie zdobył 100% punktów
- barierę 80% punktów przekroczyło tylko 10%

test był NAPRAWDĘ popie*dzielony.
Zdałam.
ufff.
20:20, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (2) »
wtorek, 29 marca 2005
Nerwy... nerwy...
Oho, chyba zaczełam sie naprawdę denerwować. Boli mnie brzuch i coraz trudniej usiedzieć w miejscu.
Czy powinnam mieć wyrzuty sumienia, że przez ostatnie 3 dni nic się nie uczyłam?
Torba już spakowana.
Za 3 godziny pociag do Wawy. Jutro o tej porze będę już zaprzątnięta rozwiazywaniem testu.
A TP się ze mnie śmieję, że sie denerwuję...

09:37, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (3) »
czwartek, 24 marca 2005
Japoński baranek na polskie święta

Zadzwonił TP:

- Kochanie, dostałem własnie firmowego baranka świątecznego - powiedział uradowany
- A jak ma na imię? - spytałam ostrożnie, zdajac sobie sprawę z tego, że TP jest zdolny przynieść do domu żywego zwierzaka.
- Jeszcze nie ma imienia, ale coś mu wymyślimy z Rudolfem* i Wałkowcem**.
- A co my bedziemy robic z tym barankiem? Uganiać sie za nim po mieszkaniu? - stanął mi przed oczami obraz białego stworzonka meczącego między kartonami
- Ale, kochanie, to jest nieruchomy baranek. - uspokoił mnie Moj Ukochany Mężczyzna
- Ufff -odetchnęłam z wyraźną ulgą, chociaz już spodobała mi się wizja 'pojedynku na meczenie naszego barana ze szczekaniam psa sąsiadki' - A z czego jest ten baranek? Z ciasta? z masła? cukru?
- Chyba  z cukru, bo tak ładnie opakowany w celofan.
- Świetnie. Lubie baranki z cukru. Zjemy go - ucieszyłam się.
- Ale on jest yyy... - zająknął się nieco TP - mały jest..
- JAK mały? - zapytałam, węsząc jakąś ściemę
- No, ma z 1,5 centymetra..
- 1,5 centymetrowy baranek z cukru? - chyba nie udało mi się ukryć rozczarowania.
- Bo to taki nowoczesny baranek. Wiesz, minaturyzacja wszędzie sie szerzy - TP jak zwykle, znalazł szybciutko wyjaśnienie - Może to taki japoński baranek?

No to bedziemy mieć japońskiego baranka na polskie święta.
;)


* Rudolf - renifer z siana, prezent mokołajkowy ode mnie dla TP
** Wałkowiec- stwór nieokreslonego gatunku, prezent od nieokreślonych osób dla TP.

p.s. przyszły dokumenty z gmc. ufff... kamień spadł mi z serca: całe i zdrowe. mam paszport, mogę lecieć do UK.

13:33, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (2) »
środa, 23 marca 2005
Zaproszenie
Dziś przyszło zaproszenie na interview. Zeby zdążyli zabukować bilety before Easter. That's great!

Moja koleżanka M pyta, czemu coraz cześciej mówię do niej po angielsku.
- Bo zaczynam myśleć w tym jezyku i czasem szybciej przychodzi mi na myśl słówko lub wyrażenie angielskie niż polskie. To żaden szpan! Kiedy jest się zmuszonym przez jakis czas mysleć w innym jezyku, ma sie kłopoty ze znalezieniem odpowiednich słów we własnym. Albo nagle okazuje się, że obcy język oddaje lepiej to, co sie chce powiedzieć. 'To ogólnie znana rzecz', ale tylko wśród osób, które miały okazję myśleć w innym języku.

Chorera, znów boli mnie gardło. Przełamałam się i wzięłam antybiotyk. Byleby do egzaminu przeszło.

Jeszcze tydzień. Dziś czytam Politykę. Nie mam siły na wertowanie podrecznika kolejny raz.

jeszcze tydzien.
16:59, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (1) »
wtorek, 22 marca 2005
Szpiegostwo sieciowe
Nie lubię sieciowego szpiegostwa. Brzydzę sie tym. Jeśli Znajomy Internetowy decyduje sie powiedziec mi cos o sobie, przyjmuję to 'na wiarę' i nie grzebię po sieci, sprawdzając, czy to prawda. Jeśli ktoś chce w sieciowym kontakcie ze mną pozostać anonimowy, akceptuję to. Tym bardziej, ze zwykle tego typu informacje nie są mi do niczego potrzebne.
Tak, w Sieci mozna znaleźć (prawie) wszystko, jeśli wie sie, gdzie szukać. Po to ludzie wymyślili Internet. Ale wyszukiwanie informacji na czyjś temat bez jego zgody jest - moim zdaniem- nie fair.

Jestem dosć nieufna z natury, a zwłaszcza w kwestii wyjazdu. Miałam nadzieję, ze pozostanę anonimowa na blogu- ale okazało się, że ktoś dodał dwa do dwóch i już nie jestem. Pozostaje mi mieć nadzieję, ze nie zrobi z tego użytku.

Jest jeszcze opcja ograniczonego dostępu do bloga..
After dinner mustard?
15:23, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (5) »
niedziela, 20 marca 2005
Interwencja paradoksalna
Pożaliłam się TP, że mi źle i że sie martwie, jak bedzie.. że trzeba bedzie przeciez pozałatwiac wszystkie sprawy w urzedach, bankach, jakies umowy pdopisywać... a On mi na to, że on sie tym nie martwi.

Ja: No, jasne, bo to JA bedę musiała załatwiac to wszystko- bo to JA lepiej znam jezyk
On: Kochanie, skoro już sie musisz martwic, nie możesz tak pomysleć, ze za 10 lat wyjeżdżamy do kanady i zacząć sie tamtym wyjazdem martwić, a wyjazd do Brytfanni zostawiajac w spokoju?
Ja: Interwencja paradoksalna, kochanie?
On: To już ktoś to wczesniej wymyslił i nazwał? Jaka szkoda...

chorera, jakiego ja mam mądrego chłopa...
11:12, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (1) »
Ciężko...

Nauka do specjalizacji wychodzi mi - nie napisze którędy, ale 'choroba przedegzaminacyjna' trwa.
Wczoraj niedobrze mi sie robiło od angielskiego i mój mózg odmawiał rozumienia nawet radio bbc 4.
A w ogóle, to miałam ochotę zadzwonić do różnych znajomych, którzy nic nie wiedzą o moich planach  i powiedzieć im, że mam dosc życia tutaj i ukrywania tego- wyjeżdżam.
i znów się objadłam czekoladkami...
Nie miałam dzisiaj siły wstać, jak zadzwonił budzik. Podarowałam sobie 45 minut. Żeby w niedziele wstawać o 6.15??
A TP siedzi sobie nad morzem na jakimś hobbystycznym kursiku i planuje urlop. Urlop beze mnie, bo ja w maju będę musiała kombinowac, co dalej.

Nie trafiłby was szlag?

;)

07:35, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (3) »
sobota, 19 marca 2005
Mam kryzys?
Z coraz większym trudem zmuszam się do nauki.
Już zdążyłam posprzatać mieszkanie, łącznie z wyszorowaniem wanny. Za mycie okien się nie zabiorę- bez sensu działanie ;)
Ale kiedy zaczęłam myśleć z zainteresowaniem o zrobieniu prasowania (wielka streta ubrań już się osypuje z kosza w sypialni), pomyślałam, że chyba źle ze mną.
Normalnie to ja nienawidzę prasowania i robię je tylko w Naprawde Wyjatkowych Sytuacjach, w ilosciach absolutnie niezbędnych (czyli jeśli potrzebuję jednej bluzki- prasuję TYLKo ją), jesli skończyły się czyste ciuchy w szafie, próby 'odwieszenia' zawiodły, albo trzeba się 'odstrzelić'.

chyba źle ze mną.

;)
10:43, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (1) »
Zaczynam sie bać
Że egzaminu, to normalne , zdrowe i się przyzwyczaiłam, że każdego egzaminu się zawsze, choc trochę, boję. I nawet 'choroba przedegzaminacyjna', ta na 'b' mnie nie martwi. Gorzej, że strasznie głupio byłoby nie zdać: czuje sie, jakby z pół świata patrzyło, jak zdaję ten egzamin. Zawieść pół świata? Starszne obciążenie, nie?
;)

Zaczynam bać się kończenia różnych spraw, coraz częściej uświadamiam sobie, że -jeśli sprawy ułożą się do końca wzdłuż przyjetej linii- niedługo wyjeżdżamy, niedługo, czyli za jakieś 2 miesiace. Trzeba zacząc gromadzić kartony na przedmioty, szukać chętnego do wyjanecia mieszkania, oddawać pożyczone rzeczy (ja z tych oddających), żegnać sie ze znajomymi.
No i jeszcze: załatwić jakoś kwestię mojej aktualnej pracy. Zdaję sobie sprawy, że 'Dyrekcja się wścieknie'- jak komentują to koledzy, którzy wiedzą, co zamierzam zrobić. Trudno, niech się wścieka, byleby dała mi ten rok bezpłatnego urlopu.

No i 'last but not least': zaczynam sie bać życia i pracy tam: jak dam radę sobie z językiem (Zamówiłam sobie supermemo-proficiency, coraz częściej zerkam w stronę wypożyczonego z biblioteki anglojezycznego podrecznika 'Wprowadzenie do...' - ale wciąż nie mam czasu, żeby poczytać, nie mówiąc o uczeniu się medycznego jezyka), jak TP poradzi sobie z jezykiem, jak bedzie nam się mieszkać, jak bedzie nam się pracować (ja wrzucona na głęboką wodę menagerowania a TP wysadzony z wysokiego siodła na niskie  siodełko w cieżarówce), czy uda nam się znależć tam jakieś życzliwe dusze, normalnie żyć? Pieniądze to nie wszystko, pieniądze szczęścia nie dają... A decyzja, którą podejmujemy jest dosć zdecydowana w kwestii powrotu: Nie chcemy wracać.
I zastanawiam się nad tym, jak to jest musieć funkcjonowac w obcym jezyku - czy to tak jakby mieć wciaż włączony program? Wiem, później się przyzwyczaję, bedę tego jezyka używać jak swojego- ale co wtedy z 'mother tongue'? - też trzeba będzie go włączać, prawda?

Aż mi się w głowie od tych myśli kręci, a tu trzeba się uczyć...
No to ide się uczyć.
06:48, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3