Świata stan psychiczny
środa, 26 marca 2008
Miss Bimbo, czyli zrób se najfajniejszą parishilton na świecie
albo: w drodze do nowego, wspaniałego świata.


Ta strona  która mi sie albo nie otwiera w ogóle albo zawiesza, wywołała żywą dyskusję wśród rodziców i 'health groups'.
Dyskuję przejęły media i o niebezpieczeństwach wirtualnej 'fashion game' Miss Bimbo poinformowała BBC1 we wczorajszych wieczornych wiadomościach.
W grze podobno chodzi o to, by z arsenału dostępnych na stronie środków wyczarować 'the most famous and beautiful bimbo in the world'.

Bimbo to, jak podaje Wikipedia , atrakcyjna idiotka, współczesna pochodna głupiej blondynki, którą obchodzą wyłącznie wlasny wygląd, status społeczny i zakupy. taka paris hilton czy inna mandaryna.

Miss Bimbo można sobie kreowac uzywając opcji dostępnych w grze, za owe opcje płacąc SMSami.
Niestety, z wymienionych wyżej względów, nie mogę się z wami podzielic informacjami, ile kosztuje powiększanie biustu a ile 'slimming pills' i czy można sobie wydłużyc nogi, ale wygląda na to, że opcje dostępne w grze są opcjami, o których marzą wszyskie 'bimbo' tego świata ( a o części pewnie i nie tylko bimbo).
Na szczeście, dziennikarce Gazety się udało zalogowac do gry zanim zawiesiły się serwery i pobawić w stwórcę 'laski'.
'Jak wygląda "prawdziwy świat" według Miss Bimbo? Poziom 7: Zerwałaś z chłopakiem i jadłaś bez umiaru! Teraz czas na dietę... Musisz schudnąć do 60 kilogramów. Poziom 9: Zrób sobie operację i ciesz się zupełnie nową twarzą! Znalazłaś pracę jako "puszysta" modelka. Musisz przytyć do 70 kilogramów. Poziom 11: Im większe, tym lepsze. Powiększ sobie biust!'

fajne?


Nie bardzo. Mimo, że autorzy strony zastrzegają, że osoby poniżej 13 r.z. nie mogą się na niej zarejestrować bez zgody rodzica, do gry przyłączają się dzieci juz 9-letnie.
Zalinkowany powyżej artykuł z BBC cytuje wypowiedzi rodziców i aktywistów z organizacji pomagającym osobom z zaburzeniami odżywiania, obawiające się, że dzieci (mające często kłopoty z odróżnieniem rzeczywistości od wirtualu oraz ironii od komunikatu wprost) mogą Miss Bimbo uznać za 'cool role model'. Nie mówiąc o podejmowaniu prób 'zrobienia się' na najfajniejszą bimbo na świecie: diety, pigułki odchudzajace, poprawianie urody, itede. Ciąg dalszy łatwo przewidzieć.
I tragedia gotowa.

A co na to autorzy gry?
'Miss Bimbo jest odzwierciedleniem prawdziwego życia, potraktowanego z przymrużeniem oka. Nie ma złego wpływu na dzieci. Dziewczynki uczą się dbać o swoją laskę. Żadna misja nie jest niemoralna. Pokazujemy, jak wygląda prawdziwy świat.'
No tak. Tak własnie wygląda prawdziwy świat.


Myśle, że następny będzie sklep internetowy, w ktorym będzie można kupić 'nową (i nowego, bo precz z dyskryminacją płciową!) siebie', na części, z różnych modeli. Menu: wybierz biust->klik-> wybierz model-> Doda-> enter.
A w wersji prenat zamówić sobie dziecię ze ściśle określonymi cechami.


Rozumiem obawy rodziców i zgadzam się z nimi, ale mam wrazenie, że to jest walka z wiatrakami.
Cóż, mili państwo, świat idzie do przodu. wiele osób uważa, że grzechem byłoby nie korzystać z możliwości, jakie daje nauka i technika.
Nasz świat.
Nowy, wspaniały świat.


:-/
08:27, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 24 marca 2008
Driving back home 240 motorhomes/h

Ciekawa jestem, czy długi weekend wielkanocny okazał się taki, jak zapowiadano.
Brytole, w owczym pędzie do kilku dni wolnego mieli zablokować głowne drogi a z resztą dróg miał się rozprawić śnieg pod postacią zasp i zamieci.
U nas sypało jak z poduszki, ale jakoś niewiele płatków dolatywało do ziemi. Nie mówiąc o tej żałosnej ilości, która się na tej ziemi ostała.

Ale 3 godziny drogi na południowy zachód niektórzy utknęli w drodze na lotnisko, bo samochód nie chciał się drogi trzymac. I potem, brave hearts!,  brnęli do domu przez noc i zadymknę, 3 km w śniegu po kostki. Mam nadzieję, ze ci, którzy lecący do polski, dolecieli szczęśliwie i nikt nie dostał kataru od przemoczonych nóg :-)


Spędziwszy przemiły dzien w serdecznej, świątecznej atmosferze (ech, ten sos tatarski i pascha.... mniam) wyruszylismy w drogę do domu, która według zapowiedzi miała być 'miserable as millions return home early in bad weather'.

Owszem, miejscami śnieg sypał gęsty, ale nie zatrzymywał się nawet na przedniej szybie, drogi nie wspominając. Nasz wanik z napędem na 4 koła nie miał na szczęście większych problemów z przyczepnością do podłoża. A te miliony brytyjczyków chyba wybrały się w przeciwną stronę, bo znaczna większośc pojazdów na A1 poruszała się z północy na południe.
Zastanowił mnie conieco ten kierunek, bo brytyjczycy to naród raczej fototropiczny i kiedy tylko może jedzie w bardziej słoneczne i cieplejsze krainy. A północny pas A1 prowadzi do surowej Northumberland i jeszcze surowszej Szkocji.

Juz miałam przemyśleniami mymi podzielić się z siedzacym za kierownicą TP, kiedy nagle pani w BBC2 przekazała wiadomość od jednej ze słuchaczek, która w czasie godziny naliczyła ponad 100 'motorhomes' na drodze, którą jechała.
- Ponad 100? Niemożliwe! - zakrzyknęliśmy w duecie, po czym postanowiłam sprawdzić, jak to się ma do A1.

Motorhomes i caravans są bardzo popularnym w UK sposobem na spędzanie wakacji. Miłośnicy caravaningu mają do dyspozycji kilka bogato ilustrowanych miesięczników, pokazy najnowszej 'karawaniarskiej mody' kilka razy do roku oraz tysiące specjalnych obozowisk i rozbudowaną infrastrukturę rozsianą po całym kraju. Nic dziwnego: fajnie jest móc swobodnie podrózować bez konieczności martwienia się o tani nocleg, ciepłą wodę do kąpieli i niedrogi obiad. Sami doświadczylismy luksusów podróżowania motorhome w ub roku, w Norwegii. No, może dopóki nam się ciepła woda nie popsuła. ;-)


Wg National Caravan Council 2007r był ‘very successful’ dla przemysłu karawaniarskiego. Wyprodukowano ponad 32tys. nowych pojazdów, importowano kolejne 3 tys., co stawia brytyjkich ‘wędrownych turystów’ na pierwszym miejscu w europie. Samych motorhoes w 2007r było w DVLA zarejestrowanych 11.646.

Ciekawa jestem, ile z nich wyległo w na drogi w miniony weekend.
W ciągu 10 minut na A1 naliczyłam 40 szutk (37 jadących z północy i 3 w naszą stronę).

To daje 240 motorhomes na godzinę.

Impressive, c’nie?



;-)




ps. jesli się udało poprawić link, to specjalne podziękowania dla pakunka :))

21:18, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (3) »
czwartek, 20 marca 2008
Koniec świata
czyli: O magii nazw.


Pisałam już o tym, jak urzekła mnie nazwa Snowdonia .

W ramach wykorzystywania resztek urlopu wybraliśmy sie, by sprawdzić, czy inne miejsca z mapy zjednoczonego królestwa dorastają magii nazw. 
Kierunek tym razem wybrał TP - północno-zachodni, cel: sprawdzenie, czy Hebrydy Zewnętrzne naprawdę wyglądają tak, jakby za nimi była już tylko krawędź Ziemi...

A zatem stawiliśmy czoła obiegowemu twierdzeniu, że Sky(e) is the limit i wsiedliśmy na prom z Uig do Lochmaddy. Skye'owi tubylcy wieszczyli, że poznamy nowe znaczenie słowa 'remote' a owieczki na wzgórzach przyglądały się nam z niedowierzaniem:


[Skye]


I faktycznie, chyba poznaliśmy. Hebrydy Zewnętrzne są zdecydowanie 'remote' i wyglądają jak koniec świata: brak zasięgu sieci komórkowych i stacji radiowych, bank obwoźny w ciężarówce, wąskie drogi, małe chatki z mocno zaniedbanymi ogródkami, rozsiane po krajobrazie jak z księzyca, więcej owiec niż ludzi. Duużo, duuuużo wody i kamieni. I czasem takie dziwne labirynty:


[Lewis]


Widzieliśmy ślady po wybieranym torfie, który na wyspach służy jako opał i do wędzenia ryb (pyszne!), odpowiadaliśmy na życzliwe pozdrowienia mijających nas mieszkanców i zastanawialiśmy się, czy surowość domowych 'obejść' wynika z biedy czy kultury i czy ma cos wspólnego z kalwinizmem - dominującą na wyspach religią (w niedzielę północne wyspy archipelagu zamierają: zamknięte jest wszystko poza, licznymi zresztą, kościołami: restauracje, bary (jesli istnieją, bo nie zauważylismy), nawet stacje benzynowe!). Zastanawialiśmy się, czy na tych pięknych plażach można się latem opalać.


[Lewis]

I jakie znaczenie ma tam lato, w świetle powiedzenia, ze na Hebrydach pada tylko dwa razy do roku: od października do maja i potem od maja do pażdziernika.


[Lewis, Loch a Siar]



Znaleźliśmy też chyba koniec świata. Na Lewisie:




Dalej to już ponoć tylko Ameryka.


:)
23:30, formaprzetrwalnikowa , Podróże małe i duże
Link Komentarze (18) »
sobota, 15 marca 2008
Z motyką na słońce?

czyli wojny z Big Pharmą ciąg dalszy


Dzisiejszy numer BMJ  przynosi wyniki dotyczącej związków świata medycyny z przemysłem farmaceutycznym.

Aż 79% lekarzy, którzy wzięli udział w badaniu było za tym, byśmy zaprzestali kontaktów z drug reps. 84% głosowało za tym, by nie przyjmować żadnych podarunków od firm farmaceutycznych. 83% badanych chciałoby, żeby wprowadzono mechanizmy stwarzające większy dystans i niezależność między lekarzem/badaczem a sponsorami badania. Podobny procent chciałby, aby instytucje rządowe/publiczne zajęły się niezależną oceną produktów medycznych i 'health policies' i zdjęły ten ciężar z barków lekarzy.

Chlubne to wielce zamiary, ale nie wiem, czy trochę nie zbyt idealistyczne.
Jak sobie wcześnie wiele razy dyskutowaliśmy, firmy farmaceutyczne, wbrew pozorom które wytwarzają, powołane są do kreowania zysków a nie pomocy ludziom, więc trudno je winić za to, że wszelkimi dostępnymi metodami produkty swoje chcą sprzedać.
Prawa rynku, mili państwo. Porywanie się na nie jest porywaniem się z motyką na słońce. I nawet takie historie jak  przytoczona poniżej przez dr. Victora niewiele zmienią. Wróg nasz głupi nie jest i wie, jak się bronić (vide: wygrana sprawa producenta Seroxatu w kwestii ukrywania informacji o zwiększeniu ryzyka samobójstw u młodzieży: http://www.guardian.co.uk/society/2008/mar/07/health.health ).


Ale i druga strona nie poddaje się. Ulubioną ostatnio bronią stała się ironia.
Pamiętacie kampanię 'reklamową' Havidolu ?
Kampania Marketing Overdose została pomyślana w podobnym duchu. Jej twórcy chcą, dzięki tej kampanii, zwiększyć świadomość społeczną nieetycznych i nieodpowiedzialnych technik marketingowych stosowanych przez firmy farmaceutyczne.
Ich strona zawiera dotyczące sztuczek Big Pharmy, najnowsze propozycje legislacyjne dotyczące świata farmaceutycznego oraz listę grzechów lekarzy .


A gdyby motywacja do kontynuacji kampanii nagle organizatorom spadła, zawsze można łyknąć kilka tabletek Strivoru i do przodu!



;-)

00:08, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 10 marca 2008
Szklanka do połowy pełna
czyli Informacja vs interpretacja


Minęły prawie dwa tygodnie od publikacji artykułu o wątpliwej skuteczności antydepresantów a ja, wbrew panice wznieconej przez media i kolegów, nie doczekałam się jedniutkiego pytanka o sens brania leków ani od pacjentów, ani od ich rodzin, ba - ani nawet od kolegów!

Media ogólne tymczasem przerzuciły się na
paroxetynę i jej ukrywany przez producenta zwiazek z samobójstwami u młodzieży (nie do końca ukrywany, ja od dawna wiedziałam, ze seroxatu nie należy zapisywac młodzieży i dzieciom; inna sprawa, że samobóstwa wśród nastolatów to odrębne, bardzo złożone zagadnienie).
Ale środowisko medyczne nie poddaje się tak łatwo. Po wstępnym szoku i próbach podważenia jakości analizy Kirscha i kolegów, kolejni fachowcy próbują opisane przez w/w metaanalizę zjawisko opisać.

Najnowszy BMJ przynosi dwa artykuły na ten temat. 
Pierwszy
z nich próbuje opowiedzieć 'untold story' badań nieopublikowanych i niezgłoszonych. Jeśli pamiętacie, Kirsch i wsp. wykorzystali w swej analizie także badania nieopublikowane a zgłoszone do FDA (Food and Drug Administration). Okazuje się jednak, że to, co dzieje się z wynikami badan nad lekami (nie tylko antydepresantami) to złożone zjawisko.

Wygląda na to, ze lista grzechów jest długa. Z niektórymi z nich, starymi jak świat 'rączka rączkę myje', media publikujące prace naukowe próbują sobie radzić przez podawanie informacji o 'conflict of interest'. Inne są trochę bardziej ukryte. Taki np
publication bias doprowadził do tego, że tylko 8% badań z negatywnymi konkluzjami dotyczącymi antydepresantów zostało zgłoszonych jako negatywne, podczas gdy aż 97% tych z pozytywnymi zgłoszono jako pozytywne (Turner: NEJM, 2008; 358).
Dlaczego? Cóż, podobno w 18 - 68% artykułów opublikowanych w 'topowej' piątce medycznych czasopism wnioski autorów badań nie znajdowały odbicia a nawet były sprzeczne z
informacjami statystycznymi zawartymi w głównej cześci artykułu (Pitkin et all. JAMA 1999; 281).

Agencje takie jak FDA, które powinny gromadzić wyniki wszyskich zarejestrowanych badan nad lekami i udostępniać je publiczności, też nie zawsze wywiązują się ze swoich obowiązków. Wspomniani wyżej naukowcy z Hull otrzymali od FDA wyniki 47 prób klinicznych na antydepresantach -  opublikowanych i nie. Ale okazało się, ze to nie były wszystkie badania - FDA ukryła 9 i, jak się BMJ dowiedziało, dziwnym trafem były to badania z negatywnymi wynikami.

O tym, ze firmy farmaceutyczne wyniki badan ukrywają pisałam wcześniej. Poza tym, ze ukrywają całe badania, to zdarza im się te publikowane cenzurować, jak to się stało w przypadku (żeby nie było, ze się tylko antydepresantów czepiam) valdecoxuibu- leku przeciwzapalnego wycofanego ze sprzedaży.

Jakby tego było mało, agencje rekomendujące takie a nie inne algorytmy leczenia (jak NICE w UK) swymi autorytarnymi decyzjami dokładają się do zamieszania. Dlaczego zdecydowano, że obrazująca przewagę danego leku nad placebo 'clinical significance' w wysokości 0.2 będzie mała, 0.5 - średnia a 0.8- duża? I czemu 0.5 jest punktem odcięcia dla klinicznej skuteczności leku? 0.49 i lek jest klinicznie nieskuteczny, 0.51 - i już ok.

Autorzy drugiego z komentarzy w BMJ porównują powyższe zabiegi do odwiecznych dyskusji nad szklanką do połowy pełną lub pustą.
Ale jeśli szklanka informacji jest do połowy pusta, gdzie szukać brakującej części?
Jak się dowiedzieć, czego brakuje??
Skąd wiedzieć, że czegoś w ogóle brakuje???


Mówi się, że współczesnym świecie, kto ma informacje, ten ma władzę.
Information is power?
Obawiam się, ze wysiada przy potędze interpretacji.
Jesli wiecie, co mam na myśli.


:-/
10:05, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (22) »
poniedziałek, 03 marca 2008
Structure versus agency

Albo: Czy wolna wola jest złudzeniem?


Minął dopiero miesiąc mojego kursu Wprowadzenia do nauk społecznych a ja już znalazłam odpowiedzi na wiele nurtujących mnie od dawna pytań.
Ot, choćby sobotnie oświecenie, czemu tak trudno mi podjąc decyzję o porzuceniu zawodu? Albo skąd się wzięły moje śmieszne boje o literki przed nazwiskiem?
No i oczywiście, jeden z głównych sporów w social sciences: Structure vs agency - na ile wolne są nasze wybory, a na ile wymuszone i ograniczone strukturami, czyli regułami miejsca, w którym żyjemy, odebranym wychowaniem, sytuacją finansową, biologią itp.

Dyskusja to pasjonująca i chyba wszechobecna. Zwalić kolejny kologram na paskudne jedzenie, wiek, kiepskie geny czy pójść na siłownię i przestać jeść czekoladki?
Dalej narzekać na brak perspektyw zawodowych i kiepskie zarobki czy poprosić o podwyżkę albo pójść na jakis kurs i przekwalifikować się?
Przygnębiony nastrój leczyć łykaniem pigułek czy naprawianiem swojego życia?
itepe, itede.

Jako gorąca zwolenniczka wolnej woli i możliwości wyboru, zachęcam ludzi, by nawet w najgorszych, najbardziej beznadziejnych sytuacjach brali 'swoje sprawy w swoje ręce', nie pozostawiając decyzji 'siłom wyższym'. Nauczono mnie, że z każdego impasu są przynajmniej dwa wyjścia, a najczęsciej trzy.
Ba, uważam się za chodzący dowód na tryumf agency over structure*.

I dlatego też na łopatki rozkłada mnie jeden rodzaj sytuacji: kiedy moja wolna wola rozbija się o mur struktury.
Kiedy dowiaduję sie, że ktoś 'na górze' przesunął mój pionek na swojej planszy, nie tylko mnie o tym nie informując, ale również gasząc swiatło, żebym nie wiedziała, gdzie jestem.
Bolesna świadomośc bycia maleńkim trybikiem wielkiej maszyny.


Kiedy taka bezradność mnie dopada, z podwójną energią szukam wyjścia albo przynajmniej latarki. Tym razem pod postacią przeglądania ofert pracy i wysyłania CV.
A wy?







--------
* jeśli ktoś z Szanownych Czytelników zna polskie odpowiedniki, proszę o oświecenie; szukałam w sieci, ale nie znalazlam

21:28, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (23) »