Świata stan psychiczny
środa, 30 kwietnia 2008
Nasi bracia mniejsi

Im bardziej zagłębiam się w kurs Introduction to Social Science, tym bardziej mam wrażenie, że głownym celem tego kursu jest nauczyć studenta wątpić w 'ustalone' fakty, kwestionować 'odwieczną' wiedzę i zadawać pytania.
Nie jest to sposób, w jaki przyzwyczaiłam się uczyć. Do dziś pamiętam, jak na egzaminie z chirurgii ogólnej, zapytana o leczenie ropnia bodajże migdałków czy inszej laryngologiczej przypadłości, z bijącym sercem odpowiedziałam, ze 'chirurdzy i laryngolodzy mają w tej kwestii inne zdanie'. I panikowałam, czy profesor nie jest aby z tych od 'jedynych słusznych teorii'. Na moje szczeście ten nie był, ale któz nie zna takich 'monopolistów'.
Ba, szczerze mówiąc, sama miewam tego typu tendencje ;-)

Aktualnie zgłębiam w odwieczny dyskurs o naturze człowieka.
Podręcznik zaczyna się od tego cytatu:

'Czymże jest człowiek, ze o nim pamiętasz
(...)
Uczyniłeś Go niewiele mniejszym od aniołów
Chwałą i czcią Go uwieńczyłeś
Obdarzyłeś Go władzą nad dziełami rąk Twoich
Wszystko złożyłeś pod Jego stopy'
[Psalm 8]

A potem autorzy rozprawiają się po kolei z tym, co przez wieki uznawaliśmy jako dowody wyższości rodzaju ludzkiego nad innymi zwierzętami. I wygląda, ze ani język, ani umiejętność korzystania z narzędzi, ani tym bardziej większy mózg nie są wcale wyłączną zdobyczą naszego gatunku. Póki co pozostaje nam kultura (umiejętność posługiwania się symbolami, kreatywność, samoświadomość i świadomość bycia w czasie), choc nie wiadomo, czy w bliższej czy dalszej przyszłości nie odkryjemy, ze i te umiejętności dzielimy z którymiś z naczelnych...

Mam wrażenie, że niektórzy już się przygotowują na taką ewentualność. Najnowsza inicjatywa szwajcarskiego rządu reguluje relacje między gatunkiem Homo Sapiens zamieszkującym krainę zegarków, banków i czekolady a osobnikami innych gatunków uznawanych jako 'pets'.
I tak oto: posiadacze psów będą musieli przejść szkolenie, składające się z cześci teoretycznej, poruszającej kwestie potrzeb zwierzęcia i praktycznej - terenowych ćwiczeń z wyprowadzania pupilka.
Wędkarze będą musieli się tak nauczyć łowić, by ryby nie cierpiały.
A właściciele złotych rybek, świnek morskich, papużek, koni i innych zwierząt 'społecznych' zostana oskarżeni o 'abuse', jeśli okaże się, że ich zwierzaki nie mają kontaktu z innymi stworzeniami swego gatunku.

Wobec powyższego wstydzę się przyznać, że w ubiegły weekend po raz pierwszy w życiu przyrządziłam i jadłam potrawę z królika. Po raz pierwszy od kiedy w dzieciństwie nie mogłam przełknąć ani kawałka przyrządzonego przez mamę Uszaka, czarno-białego byłego lokatora naszej szopki, którego karmilismy codziennie przez kilka tygodni.
Właścicieka jednego z B&B, w którym się kiedyś zatrzymaliśmy, opowiadajac nam, o tym, jak razem z dziećmi płakała nad rosołem z Lulu stwierdziła, że nie powinno się nadawać imion zwierzętom, które się zamierza w przyszłości zjeść ani się do nich przywiązywac.

Ja chyba pójdę jeszcze dalej w poddawaniu w wątpliwość 'uznanych prawd': myślę, że nie powinno się w ogole przywiązywać do sytuacji, w której to człowiek jest na górze łańcucha pokarmowego i rządzi światem.
Kto wie, jak się sprawy będą miały za kilkaset lat?


;-)

23:17, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (11) »
piątek, 25 kwietnia 2008
Między ustami a brzegiem pucharu...
Z ulgą powitałam środowy werdykt Trybunału Konstytucyjnego dotyczący jednego z paragrafów Kodeksu Etyki Lekarskiej.

W obliczu sytuacji, w których koledzy ewedentnie narażali zdrowie i życie pacjentów, trudno mi było uwierzyć w sens zapisu Art.52. p.2: Lekarz powinien zachować szczególną ostrożność w formułowaniu opinii o działalności zawodowej innego lekarza, w szczególności nie powinien publicznie dyskredytować go w jakikolwiek sposób.
Ale rozumiem obawy o oczernianie. Wiem, że dobra reputacja w naszym zawodzie jest ważnym narzędziem pracy, tak samo jak wiedza kliniczna i umiejętności techniczne. Ba, jest trudna do zdobycia, kapryśna i łatwa do utracenia.

Pani dr. Szychowska podjęła heroiczną walkę z zastanym, miejscami cuchnącym potworem i już za to wystawianie głowy przed szereg zapłaciła. Podobnie jak kilka lat temu Marcin Murmyło, który napisał o korupcji w środowisku lekarskim. Obojgu zarzucono naruszenie w/w paragrafu Kodeksu Etyki.
I chociaz, jak dr. Szychowska wątpię, że to orzeczenie otworzy usta milczącym kolegom, mam nadzieję, ze werdykt TK stwierdzający niezgodność tego zapisu z konsytucją rozpocznie proces tak potrzebnych zmian w środowisku. Nie oczekuję rewolucji, ale marzy mi się możliwość otwarcia tychże ust i rozpoczęcia uczciwej rozmowy o lekarzach praktykujących na bakier z obowiązującymi standardami.

Tak się dziwnie złożyło, że w ostatnim tygodniu doświadczylam, jak trudno jest taką rozmowę rozpocząć. Bo może nie jest aż tak źle? A może mi się tylko tak wydawało? W sumie nie stało się (jeszcze?) nic złego... Może wystarczy kolejna rozmowa? Z jednej strony martwię się, że coś jest nie tak i czuję się odpowiedzialna, a z drugiej - jeśli cokolwiek zacznie się formalnie, ślad w papierach młodego człowieka na progu kariery pozostaje. A jeśli się mylę?

Wyobrażam sobie, że pewnie jeszcze trudniej zacząć oficjalną procedurę, zalecaną przez GMC. Zwłaszcza jeśli się ma, jak ja, 'wdrukowaną' polską interpretacją następnego paragrafu Good Medical Practice o respektowaniu i uczciwym traktowaniu kolegów. Pocieszam się myślą, że tutaj postrzega się to raczej przez pryzmat bezpieczeństwa pacjentów i troski o to, by koledzy, zwłaszcza młodsi, uczyli się dobrej medycyny.


Między prawdomównymi ustami a brzegiem pucharu goryczy wiele może się zdarzyć.
Trzymam kciuki za to, by był to zdrowy proces.
09:09, formaprzetrwalnikowa , Brać lekarska, brać!
Link Komentarze (8) »
czwartek, 17 kwietnia 2008
Proszę zamykać drzwi
Juz nawet nie pamiętam, kto mi powiedział, że w lekarskim fachu jedną z najwazniejszych rzeczy jest umiejętność oddzielenia pracy od własnego życia.
Tak się również składa, że jest to jedna z najtrudniejszych umiejętności.

Zdolność lekarza do empatii jest potrzebna pacjentowi, by czuł się słuchany i rozumiany, ale także lekarzowi, by pod koniec cieżkiego dnia jeszcze być w stanie wysłuchać tej ostatniej babinki. 
Z jednej strony trudno nie zaangażowac się w historie, których codziennie wysłuchujemy, a z drugiej - trudno o nich czasem zapomnieć.
I gdzie pomieścić wszystkie nieszczęścia świata?
Jak przyjmować życie i śmierć tego samego dnia?
Jak być zawsze logicznym, rozważnym i nie poddawać się emocjom?
I pozostać zdrowym, normalnym człowiekiem.


Pamiętam dokładnie dzień, w którym bolesnie zrozumiałam, jak ważne jest, by 'pracę zostawić w pracy'. 
To był mój pierwszy tydzień pracy na psychiatrii. Przez całe popołudnie rozmawiałam z młodą dziewczyną dręczoną przez koszmarne, psychotyczne lęki. Myślałam o niej przez całą drogę do domu a w nocy budziły mnie koszmary z jej opowieści.
Następnego dnia zaczęłam pytać kolegów, jak oni sobie z tym radzą. Odkryłam, że nie ja jedna mam ten problem. I dowiedziałam się, jak ważne jest, by chronić siebie i swoje życie. Nie lapac przeziebień pacjentow, nie śnić ich koszmarów, nie umierać z nimi.
Tego dnia wróciłam do domu pieszo, 5 km, żeby 'wywietrzyć głowę'. Pomogło.

Od kiedy jeżdzę samochodem jest trudniej.
Od kiedy mam więcej odpowiedzialności jest trudniej.
Od kiedy zdałam sobie sprawę z ciężaru tej odpowiedzialności jest trudniej.
Wyjść z pracy, za zamkniętymi drzwiami gabinetu zostawiając więdnący na stoliku bukiet kwiatów. Największy bukiet kwiatów, jaki kiedykolwiek dostałam. Przeprosiny 'za głupie zachowanie' i dowód wdzięczności za 'wyciągnięcie z samobójczego dołka' kilka tygodni wcześniej.
Bukiet kwiatów, który przeżył ofiarodawcę, do ostatniego oddechu walczącego z lekarzami o prawo do śmierci na własne życzenie.

To pierwsze w mojej karierze samobójstwo pacjenta pod moją bezpośrednią opieką.
Razem z jedną z pielęgniarek wyciągnęłyśmy go za uszy z wielu tarapatów. Tym razem też zrobiłyśmy, co mogłyśmy.
Lubiłam go.


Te drzwi próbuję zamknąć od tygodnia.

[']
23:22, formaprzetrwalnikowa , Brać lekarska, brać!
Link Komentarze (19) »
niedziela, 13 kwietnia 2008
Naprawiacze świata
czyli: Bieg po szczęście.


Dziś dzień Londyńskiego Maratonu. Bierze w nim udział 35,000 ludzi, w tym człowiek twierdzący, że ma 101 lat (świadectwo urodzenia jest przechowywane w Kanadzie, przez jedno z jego siedemnaściorga dzieci), kobieta na szczudłach, szalony koszykarz, 25 policjantów powiązanych liną, różne celebryty, wielu innych dziwaków i jeszcze więcej zwyczajnych ludzi.
Większość z nich biegnie ‘w barwach’ i imieniu organizacji charytatywnych, których jest w samym UK prawie 200,000 (dokładnie: 190,541 – wg
danych z grudnia 2007). Biegną, jak mówią, nie tylko po to, by zebrać pieniądze na jakiś szczytny cel, ale także zwiększyć świadomość społeczną w wybranej kwestii. Imprez takich jest w UK wiele - London Marathon, podobnie jak nasz, miejscowy The Great North Run (największy półmaraton na świecie), są jednymi z najgłośniejszych i najpopularniejszych.

Wbrew pozorom, bieganie czy podejmowanie innych mniej czy bardziej heroicznych wysiłków ‘for charity’ jest skomplikowanym przedsięwzięciem, które czasami wymaga mocnego planu biznesowego. Przekonać się mógł o tym choćby bohater filmu:
‘Run, fat boy, run’, który postanowił wystartować właśnie w londyńskim maratonie.

Zaangażowanie Brytyjczyków w działalność charytatywną jest imponujące. Roczny dochód organizacji charytatywnych w 2007 wyniósł niemal 45 mld funtów (
dla porównania w 2002 było to ‘zaledwie’ 26 mld). Nie ogranicza się on jednak tylko do donacji: wiele osób pracuje jako wolontariusze.
Przeprowadzone w ub. roku na zlecenie rządu
badanie sektora dobroczynnego podaje, że prawie 60% badanych brytyjczyków zaangażowało się w działalność charytatywną w ciągu ostatniego roku a 39% czyniło to regularnie (przynajmniej raz na miesiąc). Najczęściej takie działania podejmują kobiety około 40-tki i 50-tki, poświęcając tej działalności średnio 11 godzin miesięcznie.
Ich działania obejmują wiele aspektów, od zbierania czy przekazywania pieniędzy na wybrany cel, pomocy przy organizacji imprez charytatywnych, przez edukację do paskudnej papierkowej roboty.

Działalność charytatwyna jest uznawana za jedną z ważnych cech Brytyjczyków. Do tego stopnia, że została wymieniona w propozycjach zmian dotyczących nadawania obywatelstwa brytyjskiego jako jeden ze sposobów 'zarabiania na paszport' Zjednoczonego Królestwa.

Poważne pieniądze i poważne środki. Dlaczego? Po co?
53% badanych odpowiedziało, że robią to przede wszystkim dlatego, że chcą pomagać innym ludziom. 41% angażuje się w daną działalność, dlatego, że z jakiegoś powodu dana idea jest dla nich ważna. Reszta powodów jest już mniej altruistyczna: 41% dlatego, że ma wolny czas, 30% po to, by znaleźć przyjaciół, 27% - bo ma szansę używać swoich umiejętności, 19% - bo może się nauczyć nowych. Ba, 7% przyznało się, że robi to dla kariery a 2% by zdobyć kwalifikacje.

A co na to psychologia?


Niektórzy eksperci mówią, że to z poczucia winy, że inni mają gorzej i z poczucia odpowiedzialności za to (w UK jest to np kwestia wysysku dawnych kolonii). Neurolodzy twierdzą, że to kwestia posiadania
ośrodka altruizmu w mózgu. Jeszcze inni kładą nacisk na zysk społeczno-emocjonalny pod postacią publicznego uznania i poprawy samooceny ('jestem dobrym człowiekiem').

A i tak pewnie wszystko można sprowadzić do starej, dobrej zasady, popartej nawet
badaniami, że dawanie daje nam większe poczucie szczęście niż odtrzymywanie.
Co w połączeniu z endorfinami wyzwalanymi w czasie wysiłku fizycznego i satysfakcją z pokonania własnych słabości jest prawdziwą bombą szczęscia.



To może i ja się zapiszę na Swimathon dla Marie Curie Cancer Care?


:-)
13:40, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (3) »
czwartek, 10 kwietnia 2008
Wężykiem
Czyli: desperacko poszukując hydraulika.


Debata nad zyskami i stratami przyniesionymi przez falę imigrantów nadal trwa, a kolejne analizy i raporty dolewają oliwy do ognia. Tymczasem Polacy wracają z wysp. Zaczęły się więc dyskusje nad ekonomicznymi i społecznymi konsekwencjami tych powrotów.

Czytelnicy The Sun czy Daily Mail pewnie się z tego exodusu ucieszą, ale ci, którzy wolą Financial TImes czy The Times może niekoniecznie. Jedno jest pewne: niektóre sektory brytyjskiej gospodarki uzależniły się przez tych kilka lat od taniej i solidnej siły roboczej z Polski. Co będzie, kiedy polski hydraulik wyjedzie?

Szef Confederation of British Industry świadomy katastrofy, jaką przyspieszenie polskiej gospodarki może wywołać na wyspach stawia na 'skills, education and training'.

Wcale się więc nie zdziwiłam, kiedy wczoraj, na wycieraczce znalazłam ulotkę: There's never beeen a better time to train as a PLUBMER.'
Ulotka jest na dobrym papierze, kolorowa, upstrzona imponującymi liczbami nowych domów, ktore mają być zbudowane przed 2020 (500,000) i szacunkami zapotrzebowania na hydraulików (5300 każdego roku i to tylko w sektorze budowlanym, bez 'domestic market'). Kolorową czcionką wyrózniono typical call out rates: 60-90gbp za godzinę a 'power flushing' (nie pytajcie co to jest - nie mam pojęcia) - 400gbpza dzień. Fotokopie wycinków z gazet potwierdzają powyższe informacje. Podobno niektórzy hydraulicy zarabiają ok 100.000 gbp rocznie!
Opportunities are endless. 

Na dodatek, kurs, reklamowany przez ulotkę ma same zalety: można go zrobić nie przerywając aktualnej pracy, nie ma żadnej granicy wiekowej, wymagan dotyczących wcześniejszych kwalifikacji czy doświadczenia. Ba, można go zrobić nie wychodząc z zacisza własnego domu!
Bo to jest, prosze państwa, kurs interaktywny, z kwalifikacjami zatwierdzonymi przez tutejszą izbę rzemieślniczą. 'We even provide you with your own FREE tool kit.'

Mnie się najbardziej spodobała możliwość uczenia się przepychania rur na 'unique 3D interactive virtual reality software for 'real plumbing' experience'!
Powinni tę informację podkreślić WĘŻYKIEM.



;-)
09:30, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (7) »
wtorek, 01 kwietnia 2008
O Wojtku, co nie chciał zostać strażakiem

Pisałam już kiedyś o społecznych reklamach, które bardzo lubię.

Niedawno wystartowała nowa kampania, zrobiona na zamówienie The Department for Children, Schools and Families (DCSF). Seria reklam (do tej pory słyszałam kilka radiowych) ma zachęcać nastolatki, ich rodziców i nauczycieli, by spojrzeli przychylniejszym okiem na STEM (Science Technology, Engineering and Maths) i wybierali matematykę, fizykę i chemię na maturze.

Badanie z 2005 roku wykazało, że  51% młodzieży szkolnej w wieku 13- 16 lat uważa lekcje 'science' za nudne, trudne i mieszające im w głowach. Nie dziwota, ze tylko 7% uczniów biorących udział w badaniu powiedziało, że praca w science jest 'cool'. I chociaz az 79% badanych skojarzyło nauki przyrodnicze z byciem 'clever', to gdyby przedmioty te nie były w szkole obowiazkowe, tylko 32% wybrałoby chemię, 29% fizykę a 'combined science' tylko 19%. Biologia ma się nieco lepiej z 45% uczniów chętnych do studiowania jej.
Ci sami uczniowie zapytani o słynnych naukówców wymienili m.in. Isaaca Newtona (39%), Alberta Einsteina (29%), na liście znaleźli się również Maria Curie, Charles Darwin, Alexander Fleming, a nawet Madonna (= maria luisa ciccone).

Ja uważam, że cieszyc się należy, że na liście nie znaleźli się david i victoria beckham, paris hilton czy któryś z celebrity chefs. A może jest tak źle, jak wieszczy Związek Nauczycieli i Wykładowców (Association of Teachers and Lecturers), że kultura celebrytów spycha edukację w ogony dziecięcych priorytetów? Połowa z 300 ankietowanych osób stwierdziła, że uczniowie próbują wyglądać i zachowywac się jak podziwiani przez nich celebrities. Co jest, oczywiście, odbiciem aktualnej 'obsesji mediów' tematem ludzi sławnych z tego, że sa sławni. 

A co na pytanie : Kim chcesz być jak dorośniesz? odpowiadają dzieciaki?
Próbowałam znaleźc w sieci jakieś nowsze badania, ale się nie udało :-(
Znalazłam za to wyniki badania przeprowadzonego w 2005 na grupie 2000 pracujacych dorosłych brytyjczyków. Wynika z niego, że Top 10 dream jobs z ich dzieciństwa otwierała służba zdrowia, nauczyciel był na 4 pozycji,  a resztę zawodów mozna sprowadzić do bycia sławnym:

1) Doctor/Nurse
2) Vet
3) Footballer
4) Teacher
5) Actor/Movie Star
6) Writer
7) Dancer/Ballerina
8) Pilot
9) Pop Star
10) Astronaut
[za: CCSkills]

Myślę, ze wspołczesna lista wygladałaby podobnie, z tym, ze astronautę pewnie zastąpiłby kucharz (tylko z powodu osób takich jak jamie olivier, gordon ramsey czy nigella lawson) a ballerinę jakaś gwiazdka z Dancing with the Stars.
Na szczęście, 39% ankietowanych z wiekiem zmienilo swoje zawodowe plany, a 25% przyznało, że nigdy nawet nie próbowało wstąpić na ścieżki wymarzonej kariery, bo uznało to za nierealistyczne.

Co mnie wcale nie dziwi, bo jak ja byłam mała to chciałam zostać kompozytorem albo dyrygentem. Ewentualnie innym sławnym muzykiem. A jeszcze do 3 klasy liceum zarzekałam się, że 'wszystko tylko nie medycyna', bo mi się uczyć nie chciało.
Jak widać wyrosłam z tego.


Ale gdybym miała jeszcze raz wybierać, tu i teraz, chyba zostałabym scientist.
A już na pewno po wysłuchaniu kilku z tych reklam. I obejrzeniu filmów Davida Attenborougha.


A wy?



----------------------------------------------------------------------------
ps. i czasem tylko, słuchając ulubionego classic FM w drodze do pracy, żałuję, że nie zostałam dyrygentem. mogłabym robic tak szalone rzeczy, jak np carlo biondi z Czterema Porami Roku Vivaldiego.
To moja 'płyta miesiąca', najbardziej 'odklejona' interpretacja nie tylko vivaldiego ale muzyki barokowej w ogóle jakie kiedykolwiek słyszałam. Polecam!

21:31, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (19) »