Świata stan psychiczny
poniedziałek, 21 maja 2007
Słowa, słowa, słowa, słowa...


Znałam kiedyś pewną parę. Przyjaźnili się ze sobą od szczenięcych lat. Wszyscy wokoło uważali ich za parę, nawet jak nią nie byli. Ale w pewnym momencie oczywiście się parą stali.
Pasowali do siebie jak ręka do rękawiczki: podobnie inteligentni, podobnie piękni i wysportowani, z podobnym poczuciem humoru i zainteresowaniami. Świetnie się dogadywali ze sobą i ze światem. Mieli mnóstwo znajomych, wspólnych i oddzielnych.
Przyjaźniłam się z nią, a w nim podkochiwałam.
W czasie studiów zamieszkali ze sobą i żyli długo i szczęśliwie, aż w końcu postanowili się pobrać.

Poszło o jakiś drobiazg, który okazal się zbyt istotny: obrączki, wesele, czy może o nazwisko - nie pamiętam już.
Powiedzieli sobie O Kilka Słów Za Dużo, z gatunku Słów Których Nie Można Cofnąć.
Rozstali się, oczywiście.
Ona potem przyznała, że żałuje tego, co się stało, ale po tym, co zostało powiedziane nie mogli już ze sobą być.
Wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, że są kwestie, których nie można odwołać, sceny, których nie można powtórzyć, pomyłki, których się nie da naprawić...


Zapomniałam już o tej historii. Niedawna lektura świetnej jak zwykle książki McEwana 'On Chesil Beach' przypomniała mi tamte wydarzenia.
Wszystkim tym, którzy chcą się przekonać, jak jedno drobne wydarzenie może zmienić życie kilku osób, jaka jest moc tego, co mówimy i tego, czego nie mówimy, jak - chocbyśmy się tego wypierali i od tego uciekali - jesteśmy więźniami swoich czasów - polecam.
09:22, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (15) »
środa, 16 maja 2007
Dziecko na części

O naturze kobiet, cd.


W euforii nowego hobby zwanego audiobooki, sięgnęłam po znajomo brzmiący tytuł Judie Picoult (po polsku 'Bez mojej zgody', po angielsku: 'My sister's keeper'). Wiedziałam mniej więcej, o czym ta książka będzie, bo było o niej głośno swego czasu.
Pomysł napisania historii dziecka powołanego na świat, by stać się magazynem 'części zapasowych' dla swojej, chorej na białaczkę siostry mocno daje po wyobraźni i emocjach. Tym bardziej, ze jako społeczeństwo jesteśmy zaledwie o krok od chwili, kiedy taka sytuacja będzie możliwa. Możliwa formalnie, bo podejrzewam, ze jest już możliwa technicznie.

Po emocjach pani Picoult wali w tej powieści mocno, zbyt mocno i w efekcie książka, moim zdaniem, dużo traci stajac się 'wyciskaczem łez'. Oczywiście, bohaterowie przechodzą wewnętrzną przemianę, blablabla, wygłaszają mowy dowodzące, ze w życiu nie ma jednoznacznych rozwiązań i jedynie słusznych wyborów, blablabla. Zakończenie zaskakuje, niestety, także tym, z czym pani P postanowiła zostawić bohaterów - i nie jest to, jak pisze - żałoba. Takie zakończenie wymyśliłaby pewnie kazda 'niewidzialna' nastolatka: zostawic tych wstrętych, niekochajacych mnie rodziców z kolosalnym poczuciem winy.
Tak, tak... spieszmy się kochać ludzi, tak prędko odchodzą..

Ale nie o tym dla mnie jest ta ksiażka. Dla mnie to książka o kolejnej tajemnicy natury kobiecej. Ileż jest jeszcze rzeczy, których nie wiem o kobietach?
Pewnie cały kawał związany z posiadaniem dzieci... Jak własnie to 'odkrycie'.
Nie mogę uwierzyć, ze osoby takie, jak Sara istnieją. Nie mogę uwierzyć, że jedna osoba możne poświęcać drugą osobę dla tego, co uważa za dobro trzeciej.
Ale Staua na Forum Ksiązki:
http://forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=151&w=62436717&v=2&s=0
pisze mi, że takie matki istnieją i sugeruje pogadać z onkologami dziecięcymi.
Może właśnie dlatego nie rozumiem, że nie mam dzieci?

Drżę na myśl, że jeśli będę miała kiedyś dzieci, zrozumiem, jak taka sytuacja, jak w książce mogła się wydarzyć
.

08:39, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (22) »
sobota, 12 maja 2007
The Power of prayer
Z cyklu: z ciekawostek lokalnych.


Anglia nie jest religijna, jak wiadomo.
Boże Narodzenia dawno zostało sprowadzone do komercyjnej błazenady z ho-ho-ho grubymi facetami w czerwonych ubrankach z brodą z waty, dyskusji o swiatełkach na ulicach i prezentów. Wielkanoc to easter bunny i holidays.
Kościoły swiecą pustkami. Ba, są wystawiane na sprzedaż.
Problem w tym, co w takim specyficznym wnętrzu urządzić?
Okoliczny council kupił jeden z kościołów i zaadoptował na 'community centre'.
Po drodze do pracy mijam zabytkowy kościół zamieniony na 'pałac rozrywki' dla dzieci - ze zjeżdzalniami, dmuchanymi dinozaurami i kafejką dla rodziców.
Byłam nawet w knajpie urządzonej we dawnym wnętrzu koscielnym, z zachowanym witrażami, stallami i.. organami.

Wczoraj przekonałam się, że tutejsi duchowni i wierni bywają także trochę bardziej przedsiębiorczy. Byłam mianowicie na szkoleniu w osrodku konerencyjnym przy kościele. Hm, w sumie powinnam chyba powiedziec w kosciele, bo wchodzi się do hallu, z którego drzwi prowadzą do sal konferencyjnych, kafeki, szykownych toalet (z kremem do rąk i koszyczkiem z darmowymi podpaskami w razie potrzeby) i .. chyba sali kościelnej.
Chyba, bo wyglądała ona dokładnie tak samo jak inne sale konferencyjne: wygodne krzesła, na scianie duży ekran, rzutnik multimedialny.
Sam budynek z zewnątrz wyglądał jak hala fabryczna.
I tylko wielki banner na froncie przypominał, ze to miejsce moze miec cos wspólnego z religią:
The Power of Prayer. 40-days period of prayer and fasting starts on 26. April.
Don't miss out on this awesome time!

Przypomniały mi się sredniowieczne pochody poszczących biczowników, wędrujących z wioski do wioski. A okoliczni mieszkańcy zbiegali się, by na nich popatrzeć. TAkiego wydarzenie nie można było przegapić


;-/
09:11, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (10) »
piątek, 11 maja 2007
Szczyt perfidii
Bodajze w pierwszym roku mojej pracy na psychiatrii, młoda psycholożka, zaraz po studiach, zapytała mnie ktoregos ranka:
- Skąd wiesz, komu z pacjentów wierzyć, a kto ma urojenia?
Właśnie dowiedziała się, że historia, którą się tak bardzo przejęła o maltretowaniu przez rodziców opowiedziana przez jedną z pacjentek, okazała się być urojeniami.
- Teraz już nikomu nie będę wierzyć - skomentowała to.

A co ja jej mogłam powiedzieć? Chyba tylko to, że ja zaczynałam od tego, ze zakładałam, że to urojenia. A potem sprawdzałam z rodziną, personelem, który znał pacjenta z poprzedniego pobytu.
Później nauczyłam się, że nieistotne, ze urojenia, jeśli pacjent je przeżywa, przeżywa je naprawdę i cierpienie jest prawdziwe.

A potem zaczęły do mnie docierać historie 'konfabulującej' staruszki, u której znaleziono tysiące złotych pod materacem; 'wielkościowej' emerytowanej pani adiunt z hrabiowskiej rodziny, piszącej książkę, z którymś ze sławnych profesorów, czy byłej narzeczonej mafioza, której 'pilnowało' czarne bmw i  podsłuch w torebce..


A propos podsłuchów: uważam, że założenie podsłuchów na telefonach lekarzy w szpitalu psychiatrycznym to wyjątkowo perfidy żart:
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,4118192.html?skad=rss


Hehe, a nam mówili, że mamy urojenia?


;-)
08:19, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (3) »
czwartek, 10 maja 2007
Bieżący komentarz medyczno-polityczny

...



Mój nieustający komentarz znajduje się w tresci artykułu, zalinkowanego ze strony głownej gazety.
Czy strajkowałabym, gdybym była nie tu, gdzie jestem?
Nie wiem.
To trudna decyzja. Cholernie trudna: bo z jednej strony jesteśmy odpowiedzialni za życie i zdrowie innych ludzi, ale z drugiej - sami jesteśmy tylko ludzmi.
A w ogole, czy strajk cokolwiek zmieni?
I nie będę tłumaczyć, czy zawód lekarza jest wyjątkowy i czy zasługuje na wyjątkowe traktowanie.
Ci, którzy znają odpowiedź, po prostu ją znają i nie potrzebują wyjaśnień ani dowodów.
Ani w jedną, ani w drugą stronę.


Z serdecznym pozdrowieniem dla kolegów strajkujących, niestrajkujących i tych, którzy już wyjechali.
:)

18:32, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (9) »
niedziela, 06 maja 2007
A bag full of tricks...
albo: wszystko płynie.


- Is there anything else you would like to ask or add to our discussion? - M i ja zapytałyśmy standardowo młodego człowieka, własnie zwolnionego przez crisis team z leczenia domowego po krótkiej interwencji spowodowanej nawrotem choroby afektywnej dwubiegunowej.
- No. I've had a bag full of tricks, but they haven't been necessary - uśmiechnął się ciepło - Postęp, jaki nastąpił w psychiatrii od czasu mojego przymusowego pobytu w szpitalu 15 lat temu jest wielki. Cieszę się, ze powstały takie zjawiska jak Crisis Team, że można być leczonym w domu, ze nikt mnie nie zmusza do brania leków, które mi więcej szkodzą niż pomagają. Że moje zdanie się liczy.

Cóż, czasy się zmnieniają, idee się zmieniają, ludzie się zmieniają.
Na szczęscie!


Z podrowieniem dla kolegi P, który własnie kończy tłumaczyć z angielskiego książke o psychiatrii środowiskowej i męczy się wymyślając polskie nazwy dla jej filarów.
Trzymam kciuki, żeby mu dobrze poszło - tak się później będzie mówić!


:)
13:41, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (9) »
czwartek, 03 maja 2007
Gdyby marzenia się spełniały...
Czy ja już kiedyś pisałam, jak zaczęła się moja fascynacją fotografią?
Pierwszy aparat, marki Ami, dostałam na pod choinkę, miałam wtedy 7 lat. BYł to prosciutki, plastikowy aparacik, bodajze z dwiema przesłonami f/7 i f/14. Wyglądał jak zabawka dla dzieci, ale ponoc zdjecia robił prawdziwe.
Ponoć, bo chyba tego nie sprawdziłam - były to zcasy, keidy wszystkiego brakowało, takze filmów fotograficznych. Zresztą, to nie wtedy 'złapałam bakcyla'.
Drugi aparat, trochę bardziej skomplikowany, produkcji radzieckiej, marki Villa, dostałam na komunię. Ale zaczęłam go uzywac dopiero kilka lat poźniej.
Zaczeło się od tego, ze gdzies zobaczyłam piękne zdjecia kwiatków i owadów i .. zamarzyło mi się też tak móc.
Zaczęłam czytać książki o fotografii, z których dowiedziałam się, ze taka fotografi nazywa sie makrofotografią i że bez odpowiedniego obiektywu nie mam co marzyć o zdjęciach stokrotek czy biedronek.
Niestety, mój aparat miał niewymienny obiektyw. A moze tylko ja użyłam za mało siły, zeby go odkręcić? ;-)

Tak czy siak, zakażenia przeszło w fazę utajoną.
Odtajniło się 1,5 roku temu - kiedy to wreszcie kupiłam sobie 'prawdziwy aparat'- czyli lustrzanke z wymiennym obiektywem. A po jakimś czasie obiektyw do makrofotografii.
Chyba nawet prezentowałam kilka prób z tymże obiektywem w roli głownej. Były takie sobie.

Cóż, droga do realizacji marzeń jest czasami długa i bolesna, najeżona potknięciami i rozczarowaniami, cieżką pracą.
Najważniesze, żeby 'trzymać kurs' i nie zapominać, czego się tak naprawde chce.

Oto kilka fotek z ostatnich dni. Dwa pierwsze zrobione na trawniku przed domem, trzecie - w czasie wyprawy do Diptonmill w Durham.
Wiem, ze nie są idealne, ale i tak jestem z nich dumna.






17:24, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (9) »
wtorek, 01 maja 2007
Ryba bez roweru?
'Kobieta bez meżczyzny jest jak ryba bez roweru'
[gloria stainhem, feministka]



Zawsze myślałam, że jako zwolenniczka tradycyjnego podziału ról, uznająca, że kobiety różnią się od mężczyzn na wiele sposobów, nie czująca się dyskryminowaną ze względu na płeć a nawet, ba!, wykorzystująca przywileje płci pięknej, jestem zaprzeczeniem feministki.
A już na pewno wojującej feministki.
Przy okazji jakiejś gorącej dyskusji wymknęło mi się nawet, że jestem antyfeministką
;-)

Tymczasem niedawna idiotyczna dyskusja na temat tego, ze kobieta po zamążpójsciu tradycyjnie zmienia nazwisko na nazwisko męża, otworzyła mi w głowie pewną klapkę.
Jak to: zmienia nazwisko? Tak normalnie: hop! i po -dziestu latach zycia i bycia Anią Kowalską, nagle jednego dnia staje się panią Nowakową?!
A jej praca zawodowa, naukowa, przyjaciele z dziecinstwa, młodosci, ksywki, dedykacje w książkach, dyplomy uznania, podpisy na zdjęciach nagle tracą rację bytu, bo Ani Kowalskiej już nie ma?
Tutaj, chociaz nie ma obowiązku zmiany nazwiska, nadal 'najczęsciej spotykaną opcją' jest nie tylko zmiana nazwiska, ale także tytułu (Miss na Mrs) i własciwą formalną formą zwracania się do tejże zalegalizowanej komórki społecznej jest: Mrs & Mr Robert Smith.
Czyli, miłe panie, zostajemy pozbawione nie tylko nazwiska, ale także pierwszego imienia.
Kobieta zostaje sprowadzona do roli zony swego męża, bez wzgledu na to, kim do tej pory była.
To jest straszne!
To jest społecznie akceptowalne.

Mój chłop wscieka się, ze na kota wołam inaczej niż go nazwaliśmy, a ode mnie oczekuje, ze po trzydziestu kilku latach zmienię nazwisko na inne!


Słucham własnie 'The night watch' Sary Waters i już rozumiem, jak to się stało, że po wojnie musiał narodzić się ruch feministyczny, że kobiety wreszcie mogły przemówić własnym głosem.
Nie wyobrażam sobie, jakby to było, gdybym żyła przed tamtymi czasami...
Nie zdawałam sobie sprawy, ile tamtym 'wojującym' kobietom zawdzięczam..


A teraz się zastanawiam, czy to znaczy, że jestem feministką, czy tylko rybą z rowerem?


;-)




23:12, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (14) »