Świata stan psychiczny
sobota, 31 maja 2008
Gdzie umierają niepotrzebne ciuchy
Albo: Wiosenne porządki w szafie.


Towarzyszące mojemu pakowaniu się na festiwal w Grazu złośliwe uwagi TP na temat mojej garderoby, sprowokowały mnie do podjęcia odwlekanej od miesięcy decyzji o przejrzeniu szafy i pozbyciu się z niej ciuchów, które się już do noszenia nie nadają. Żeby mi już nikt wyzywał sweterków od spranych i nie dodawał im dziesiątek lat.
Bo to są całkiem nowe sweterki, czasem kupione zaledwie kilka miesięcy temu, założone ze 3 razy i wyprane. A na pierwszym praniu, jak zapewne sami wiecie, niejednen ciuszek już zakończył żywot.
Nawet jeśli przestrzega się zasad prania podanych przez producenta.

Nie lubię zakupów, a szczególnie ciuchowo-butowych. Kupuję rzeczy tylko jeśli są mi NAPRAWDĘ potrzebne. Nawet cotygoniową wizytę w supermarkecie ograniczam do niezbędnego minimum. Niewątpliwie zaniżam 'gatunkową średnią zakupową', czyli 25.184 godzin i 53 minut jakie 'przeciętna kobieta' spędza na zakupach w ciagu 63 lat życia.
w rachunku rocznym wygląda to mniej więcej tak, że 100 godzin i 48 minut zajmują 'połowy' ciuchów, 40 godzin i 30 minut - buty, 9 godzin i 31 minut - dodatki, czyli torebki, bizuteria czy inne pierdołki. Jesli dodamy do tego średnio 51 wypraw rocznie, pochłaniających 48 godzin i 51 minut  celem pooglądania wystaw, czlowiek się przestaje dziwić, że czasu na życie brak.

Najchętniej kupowałabym ciuchy raz na kilka lat. Słabo mi się robi na widok długich rzędów półek, wieszaków i stołów uginających się od kolorowych fatałaszków.
Prawdę mówiąc nazywam je szmatami, bo większość z nich już w sklepie wygląda tak, ze nie warto nawet czekac z wyrzuceniem do pierwszego prania.

Wg textiles online średnia długość życia naszych ubran to 3 lata. Ale pani Dorothy Maxwell z uniwersytetu w Sheffield twierdzi, że 80% produktów wytwarzanych we współczesnym świecie ląduje w koszu 6 miesięcy po ich wyprodukowaniu!
Jesteśmy społecześtwem wyrzucaczy: throw-away society.

Wyspiarze są z pewnością jednym z najwięcej 'wyrzucających' narodów, podobno 1/3 kupowanego przez nich jedzenia ląduje w koszu. Nie wiem, jaki procent ciuchów, ale widząc czasami te niekończące się rzeki kobiet z rękoma pełnymi wielkich tekturowych toreb z sieciówek ciuchowych, myśle sobie: gdzie, do cholery, te ciuchy potem trafiają?
Jedna z moich znajomych, matka dwójki dorastających panien, co kilka lat dobudowuje w domu kolejną garderobę. Ktoś inny co jakiś czas wynosi graty do garażu albo na strych. Mniej przywiązani do swoich ziemskich dóbr wyrzucają je do śmieci albo oddają do jednego z licznych charity shops.

Ale okazuje się, że nawet takie giganty jak Oxfam nie radzą sobie ze sprzedażą tego, co otrzymują w donacjach. Ilość darownych ubran wzrasta, ale ich jakość spada. A do tego dochodza 'fanaberie' klientów:  a to nie taki kolor, a to nie ten rozmiar, a to w ogóle niemodne. Cóż, tak to jestw czasach, kiedy produkuje się ubrania przeznaczone do noszenia przez jedne sezon: this year's fashion - next year's rubbish. 

To, czego nie udało się organizacjom charytatywnych sprzedać na miejscu jest wysyłane do biedniejszych krajów - również z nadzieją na sprzedaż. A te szmatki, których nie uda się sprzedać w europie wschodniej, azji czy afryce, trafiają do takich miejsc jak Panipat w pn Indiach, gdzie są segregowane wg kolorów, cięte na drobniutkie kawałki, mielone i przerabiane na tanie koce.
Pod warunkiem, że nie są z materiałów syntetycznych.
Tak się jednak składa, ze większość z darowanych ubran jest syntetyczna, bo większość produkowanych ubrań jest syntetyczna.

W londyńskim Horniman Museum otwarto właśnie wystawę fotografii Tima Mitchella: India recycled, pokazującą drugie życie tych szmatek, które właśnie wywaliłam z szafy.
Tutaj można zerknąć, jak to wygląda.


Przypominają mi się pomysły na papierowe ubrania z lat 60-tych, i The Beatles odziani w takież marynarki. Szkoda, że pomysł nie chwycił. 
A może nasze ubrania czeka taka przyszłośc, jaką opisał William Gibson (Mona Lisa Turbo?): będziemy kupować ciuch, którego czas życia będzie dokładnie określony, np 2 tygodnie. Im dłuższy żywot bluzeczki, tym droższa. A po upływie kupionego czasu, łaszek się po prostu rozpadnie.
Zdezintegruje.
Bez niepotrzebnych gór śmieci.


?
21:27, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 26 maja 2008
TheSurvivalForm
z nowego cyklu: To Się Potem Wytnie


'After Poland joined the European Union, around two milion Poles left their country to seek employment abroad. The blog TheSurvivalForm tells a story of a medical student, who as an intern in a Polish hospital cannot find her place in the system. She decides, together with her boyfirnd, to leave for Great Britain in order to work under better conditions. However, the new place, the change of language and culture cause her to search for answers to some fundamental questions. Looking for happiness and dignity of work, she meets the challenge to examine both, herself and her behaviour. This text analyses the situation of settling in a new environment and becomes a journey in time and a discovery of personal identity. It is also an attempt to answer the question of how much can be sacrificed on the road to permanent happiness, higher standards and better conditions offered by the postmodern reality of the 21st century'
[folder BlogTXT]


- I co, widziała już pani Formę?- zapytał pan Opiekun Grupy.
- Nie, jeszcze nie. A pan?
- Widziałem na próbie. Trudna rola.
- No, ba!  - zaśmiałam się. - A jaka trudna w życiu.
;-)



Dziwnie jest przeczytać interpretację własnych tekstów.
Dziwnie jest słuchać, jak ktoś mówi twoje słowa.
Dziwnie jest patrzeć, jak ktoś odgrywa cię na scenie, interpretując twoje życie nie zawsze tak, jak ty uważasz za prawdziwe czy właściwe.
Dziwnie jest siedzieć na widowni, pomiędzy ludźmi, których nie znasz i którzy cię nie znają. Ludźmi, którzy wybuchają śmiechem wtedy, kiedy ty płaczesz.
Poprawiać? Wyjaśniać? Prostować?
Nie.
Ten tekst już zyje swoim życiem.



forma1

forma 2forma 3

[w roli tytułowej: Katarzyna Krzanowska]
[Reżyseria, scenografia i kostiumy: Radek Rychcik]
[dramatyzacja tekstu: Szymon Wróblewski]
[Zdjęcia: niżej podpisana, wciąż tym samym aparatem marki Sony Alpha 100]


Krakowska ekipa wygrała festiwal interpretacją mydziecisieci - serdecznie blogerce i reszcie zespołu gratuluję :))



A odkrywaniu tożsamości to w końcu muszę napisać


:)
00:05, formaprzetrwalnikowa , TSPW
Link Komentarze (6) »
niedziela, 18 maja 2008
Oko za oko
Pamiętacie ASBO? Tę brytyjska broń na osobników wyłamujących sie spod pisanych i niepisanych zasad współżycia w społeczeństwie uprzejmym i poprawnym politycznie, spóźniony o kilkanaście lat sposób na socjalizację wychowywanych bezstresowo osobników i przejaw troski państwa o dobro jego obywateli?

Jak myślicie, działa to ASBO czy nie? Odstrasza ludzi od urządzania kolejnej głośnej imprezy, picia alkoholu w miejscu publicznym czy wandalizmu?
Ha. Statystyki podają, że w Anglii i Walii liczba 'wlepianych' ASBO'sów spadła o ok 1/3, ale za to wzrosła liczba osób, które łamią narzucone im zakazy. Wg danych Home Office już 49% ma ASBo za nic, a wśród młodzieży między 10 (!!) a 17 rokiem życia odsetek ten sięga 61%

Co na to troskliwy rząd?
Wymyśla nowe tricki.
Prawdę mówiąc nie aż takie nowe, bo mające ze 4 tysiące lat!

Otóż pani Jacqui Smith, Home Secretary (sekretarz stanu?) niedawno zaproponowała, by bić ASBOwców ich własną bronią, czyli 'harassment'.
Co prawda wypowiedź pani minister nie zawierała 'dokuczania radiem z góry, wymuszania przez tortury, usypiania ekstra proszkiem, uduszania przez pończoszkę' (za Kabaret Starszych Panów: Tanie dranie), ale zapowiedziała nagłe i niespodziewane wizyty stróżów prawa u ASBO'wców o różnych porach dnia i nocy, w celu sprawdzenia, czy dany osobnik zapłacił road tax za swoje czarne bmw lub 'podrasowanego' VW, wykupił TV licence za wypasioną plazmę i czy nie wyłudza bezprawnie zasiłków.

Czy to oznacza, ze powoli wracamy do korzeni prawodawstwa?
Niech znów nam żyje Kodeks Hammurabiego?

:-?
23:26, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (2) »
środa, 14 maja 2008
Pasta do opon, tatuaż nazębny i pies do wynajęcia
czyli: Są takie rzeczy na niebie i ziemi, o których się nie śniło filozofom.
         [w. szekspir]


Najpierw TP powiedział mi, że widział w Halfordsie (sklep z akcesoriami motoryzacyjnymi) coś w rodzaju pasty do opon, tylko w spraju. Nie bardzo mogłam uwierzyc, ze ktoś mógłby kupić takie cudo.
A jednak, kilka dni później na własne oczy widziałam, jak gość psikał opony swego autka tymże specyfikiem, by wyglądały znów na czyste i nowe.

Autko to bylo marki Land Rover i wygladalo mniej wiecej tak:




Gwoli doprecyzowania: tutaj landroverow (czyli 4x4) uzywaja jako aut pociągowych, często widać je na polach.
TP powiedział, że odmiana Range Rover jest bardziej luksusowym autem, ale trudno mi było stwierdzić, czy właściciel własnie pucował autko po zjeździe z pola czy szykowal sie do podrywania panienek na bulwarach.
Tak czy siak, pasta do opon, zgodnie z etykietą, sprawiła, że opony wyglądały jak nowe, czyste i, cóz... mokre.
Jakby nie można było tego samego efektu osiagnąć zwykłą wodą.

Zadzwiające, ze takie rzeczy znajdują tu nabywców.

Ba, nie tylko takie! Lektura sobotniego Timesa wprawiła mnie w osłupienie kilkakrotnie.
Najpierw artykułem o pani, która założyła firmę wynajmującą psy. 'Ultimate luxury for the time-poor and wealthy who want the status of walking a flamboyant dog without the hassle of hair on the carpet or dealing with fleas.'
Czyli: macie za dużo kasy? Chcielibyscie miec modnego, drogiego psa, ale nie chcecie kłaków na wypasionym perskim dywanie ani pchel zajebistej sofie za fefnascie tysięcy? Oto doskonałe wyjscie: wynajmijcie se psa na spacer.
Koszty? Jedyne £99 miesięcznie 'klubowego', plus £45 za każdy za każdy dzień. W stanach jest ponoć drożej, $279.95 (ok £144) miesiecznie.
Na razie pani ma w katalogu jednego tylko psa, ale w związku ze sporym zainteresowaniem zamierza latem ofertę poszerzyć.
O ile oczywiście pozwoli jej na to RSPCA, czyli tutejsze towarzystwo opieki nad zwierzętami.

Niczym jednak ta informacja była wobec newsa, jaki znalazłam kilka stron dalej.
Wlaściciel laboratorium dentystycznego w US oferuje tatuaże nazębne z podobiznami celebrytów! Lista 'słynnych twarzy', niezbyt długa, obejmuje takie gwiazdy jak David Beckham, Amy Winehouse, Diana, Princess of Wales, Simon Cowell czy Królowa.


[źródło: The Times]

Ponoć zainteresowanie ma gość ogromne, także wśród brytoli. Przyjemnosć (??) kosztuje 40 GBP a ludzie najchętniej umieszczają owe tatuaże na tylnych zębach.

Na tylnych???
Bez sensu.
Jak już wydac kasę, to niech będzie widać na co!


;->
00:22, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (21) »
środa, 07 maja 2008
Wiadomości z Nataszą Kaplinsky
czyli o tabloidyzacji nie tylko telewizji.


W Birmie cyklon Nargis zbiera największe od czasów tsunami żniwo: 22 tysiące ofiar śmiertelnych, dwa razy tyle zaginionych. Tragedię mieszkanców tego biednego azjatyckiego kraju pogłębia sytuacja polityczna: wojskowy rząd nie pali się do opanowania kryzysu i chce sam zająć się dystrybucją zagranicznej pomocy. Przedstawiciele rządów bardziej demokratycznych i chętnych do pomocy krajów i organizacje charytatywne mają spore wątpliwości, co się stanie z pomocą wysłaną do Birmy. Sytuacja się zaognia.

Dzisiejsze wydanie wieczornych wiadomości na BBC1 poswięciło temu kryzysowi połowę czasu antenowego. Ucieszyło mnie to, bo po tym, jak czołowe wydanie pierwszego programu publicznej telewizji potraktowało zamieszki wokół znicza olimpijskiego, ogłosiłam śmierć mediów informacyjnych.
7 kwietnia, w dniu zamieszek wokół znicza w Paryżu, kontunuacji tego, co się dzień wcześniej wydarzyło w Londynie, zasiadłam przed telewizorem, by się czegoś więcej dowiedzieć. Przez pierwsze 20 z 30 minut programu prowadzący podawali newsy i nieskonczone komentarze z... ciągnacego się od 10 lat śledztwa w sprawie śmierci księżnej Diany. Nie wiem, czy zaraz po tym przeszli do protybetanskich zamieszek, bo wymiękłam i poszłam sprawdzić wiadomości w sieci.

Gdybym nie była taka mało odporna na tabloidyzację mediów, sprawdziłabym, co tego dnia było głownym tematem prywatnej stacji Five i jej nowej lokomotywy: News with Natasha Kaplinsky. Pani Natasza, nie tak dawno kotwica własnie wiadomości BBC, odeszła w zeszłym roku do stacji Five, zamieniając roczne zarobki ok 300,000 na 1 milion i tym samym stając się najlepiej opłacanym czytaczem newsów w UK.
Tak, tak: czytaczem. Ona nic nie komentuje, ona czyta. W dodatku z monitora otwartego przed nią laptopa. Niezła fucha, prawda?
Trudno w to uwierzyć, ale Five się to opłaca. Pani Kaplinsky przyciągnęła do stacji tłumy widzów i poprawiła wizerunek firmy. 
Cóż, walka o widzów jest zażarta.

Autorka tego artykułu winą za tabloidyzację telewizji obciąża internet, argumentując, że znudzony poważnym tematem widz w każdej sekundzie może włączyć inny kanał lub uciec do Internetu. Stąd ciągoty, by widzom dać trochę celebrytowych igrzysk, zamiast nudnej debaty o wydatkach na edukację czy komentarza o co tak naprawde chodzi tym tybetanczykom. Podobno nawet słynny protest amerykanskiej dziennikarki Miki Brzezinski przeciwko czytaniu w porannych wiadomosciach newsa o Paris Hilton, był zaaranżowanym happeningiem. I sam w sobie stał się 'tabloidowym newsem'.

Życie w erze informacji nie jest łatwe: Internet jest otwarty 24/7, i zawsze pęka od niusów z najrózniejszych zakątków świata. Gazety codzienne są coraz częściej okrojonymi wersjami wydań sieciowych. Tygodniki, nawet te do tej pory postrzegane za opiniotwórcze zmnieszyły formaty, zamieszczają więcej zdjeć, coraz cześciej przepełzają na ciemną stronę mocy.

Taka np Polityka - przez ostatnich 10 lat mój ulubiony tygodnik, w jednym z ostatnich wydan zamiesciła artykuł o Dr Szychowskiej (o której pisałam wcześniej ). Rzuciałam się nań z wielkim zaciekawieniem, mając nadzieję na otwarcie ciekawej dyskusji o dylematach związanych z nieszczęsnym artykułem 52 Kodeksu etyki lekarskiej, a może nawet i szerszą dyskuję o stanie etycznym środowiska medyków. Niestety, artykuł okazał się kompilacją faktów i przekłamań z kariery pani doktor, wypowiedzi głownie anonimowych jej byłych, niedoszłych i niebyłych współpracowników i łzawym opisem niedól autorki, lącznie z jej ciążą i depresją. 
Doskonale pamiętam, kiedy zauważyłam, że tabloidyzacją zaraziła się Wyborcza i portal Gazeta - bolesne to było doświadczenie ujrzeć, co zrobili z mojego tekstu. 

A Polityce już dziękuję.
Z ulgą powitam jedną gazetę w domu mniej. Zresztą od jakiegoś czasu już właściwie tylko P przeglądam, czasem decydując się na przeczytanie 1-2 artykułów. Nie nadążam już nie tylko z czytaniem. W na stercie 'na wieczne potem' lezą już 4 nie otwarte numery Economista. Sobotniego Timesa przeglądam tylko dla satyrycznych rysunków. W BMJ rzucam okiem na spis treści i sekcje z ogłoszeniami o pracy. Na portalach internetowych 'skanuje' nagłówki. Nie nadążam. Fala informacji mnie zalewa. Coraz trudniej mi wybrać z niej, co istotne, co warto przeczytać. Zresztą, zanim znajdę czas, by przeczytać, to co istotne zostaje zastąpione przez następne istotne, a tamto pierwsze już jest zapomniane.

Ale w dniu takim jak dziś, w prime time telewizji publicznej, chciałabym usłyszec o tragedii w Birmie i ciągu dalszym machlojek wyborczych w Zimbabwe, a nie o apelu o wyrazniejsze oznaczanie plastikowych butelek dla niemowląt, bionicznym delfinie, piłkarzu zabranym do psychiatryka i co tam jeszcze pani Natasza wybrała dziś dla swoich widzów.
Póki co, BBC jeszcze jako tako trzyma poziom.
Jak długo jeszcze?


:-/
00:28, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (9) »