Świata stan psychiczny
środa, 27 czerwca 2007
Głosy

- Ja mysle, ze wszystkie głosy w głowie: i te dobre, i te złe sa tak naprawdę głosami naszego sumienia albo podswiadomosci, mówiącymi nam rzeczy, których z roznych powodow nie potrafimy powiedziec sobie otwarcie - wyznala mi pani X, od wielu lat cierpiaca na zaburzenia nastroju i oporne na leczenie urojenia i halucynacje - Ja teraz słysze głos, mówiący, ze powinnam wrócic do malowania i wyrazania siebie przez sztuke, bo to zaniedbałam przez ostatni rok.

- Hm, I think it's a good idea to go back to painting- powiedziałam usmiechając się w myśli do cichego głosiku w mojej głowie, mówiącego mi, ze choroby psychiczne to tylko jeden z mechanizmow obronnych naszego umysłu

;-)

09:55, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (8) »
sobota, 23 czerwca 2007
How to... [live]
czyli Nanny state ciąg dalszy.


Dzisiejszy Magazyn Times'a w rubryce Microtrends prezentuje strony internetowe z poradnikami 'How to...'.
Artykuł, (a nie mówiłam?! ;-)) zaczyna się od wzmianki, że upadek 'extended family' sprawił, że wiele ważnych ('vital') umiejętności nie jest już przekazywanych z pokolenia na pokolenie, a lukę tę wypełnia internet.
Sieć jest pełna porad entuzjastycznych ekspertów, nagrywających szczegółowe video-instruktaże praktycznie każdej umiejętności, która może się okazać przydatna.

Weźmy na przykład coraz trudniejsze do pojęcia reguły kontaktu fizycznego...
Jesteś mężczyzną? Chciałbyś uścisnąc przyjaciela 'po męsku'?
Rozstaw ramiona na jakieś 20 cm. Pochyl się lekko do tyłu. Przechyl głowę na lewo...
Więcej tutaj:
http://www.videojug.com/film/how-to-give-a-great-man-to-man-hug

Strona Videojug jest pełna porad, jak się zachować na randce, zrobić idealnego hamburgera, złapać mysz:
http://www.videojug.com/film/how-to-catch-a-mouse
itepe itede.
Times proponuje jeszcze strony, na których można znaleźć instrukcje, jak 'namalować' Monę Lisę w MS Paint, czy zbudować maszynę czasu. Każdy ma bowiem prawo do równych szans w edukacji i wyrażaniu siebie.

To mi przypomina o opublikowanej niedawno propozycji, by w szkołach zakazać dzieciom zgłaszania się do odpowiedzi przez podniesienie ręki:
http://www.timesonline.co.uk/tol/life_and_style/education/article1867956.ece
Głownie po to, by dać nieśmiałym dzieciom równą szansę na edukację.




[The Times]



Najnowszy raport w kwestii osiągnięć edukacyjnych dzieci z różnych grup etnicznych i społecznych wykazał, ze najgorzej w szkołach radzą sobie chłopcy z biednych białych rodzin (zwanych niepoprawnie politycznie 'white trash'). Najlepiej natomiast mali hindusi i chińczycy.
Zastanawiam się, jaki będzie kolejny pomysł zatroskanego o równe szanse edukacyjne panstwa brytyjskiego... Malujemy wszystkim dzieciom skórę na rózowo zakładamy ciemne okulary?


:-/


18:56, formaprzetrwalnikowa
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 czerwca 2007
Mind over matter czy...?

Moje problemy z orientacją w przestrzeni są chyba Szanownym Czytelnikom znane. Ci, którzy znają mnie 'na żywo' na dodatek wiedzą z doświadczenia, że nie przesadzam wcale a wcale.
Oczywiście, TP wie najlepiej (weźmy choćby historie ze zgubieniem się z sat-navem, mapą czy w drodze do oznakowanego jak dla anglików college'u w znajomej okolicy).
Mimo frustracji spowodowanej niepowodzeniami, kiedy tylko mogę podejmuję wyzwanie pokonania mojej ułomności. Takie zadanie miał spełniać m.in. kurs pilotów wycieczek, dzięki któremu nauczyłam się czytać mapy i znaki na szlakach turystycznych (dzięki czemu udało mi się na stażu wyprowadzić z lasu zaginioną ekipę lekarza_rodzinnego_na_kółkach).
Niestety, do tej pory jest to jedyna dziedzina, w której moje hasło 'Wszystko jest możliwe, jeśli wierzysz, że jest możliwe' (w wersji angielskiej: Mind over matter) jakoś się nie sprawdza.

Nasze wyprawy szlakami publikowanymi przez Country Walking Magazine są dla mnie takimi właśnie sprawdzianami. Biorę do ręki opis z mapką i próbuję nas pilotować.
Idzie mi róznie, bo te opisy raz są tak dokładne, że zanim doczytam do końca danego odcinka, już mam go za sobą; innym razem idziemy i idziemy, mijając rózne ciekawe miejsca bez słowa wzmianki w opisie trasy. Trzeba więc trochę 'isć na czuja' i własny zmysł orientacji w przestrzeni.
Idzie mi także różnie ze względu na to, że jak spanikuję (własny zmysł orientacji w przestrzeni), to pytam TP: Co teraz?! I on przejmuje dowodzenie.
I zwykle wtedy idziemy nie tak, jak sugeruje opis.
Na szczęście TP ma tendencje raczej do chodzenia na skróty niż błądzenia z nadkładaniem drogi.

Ostatnia nasza wyprawa - trasą w Northumberland, poza pięknymi zdjęciami dostarczyła mi sporo satysfakcji. Udało mi się mianowicie przeprowadzić nas po raz pierwszy całą trasą, zgodnie z opisem, bez błądzenia.
HURRRRRA!!
Alez byłam szczęśliwa, kiedy wyszliśmy na drogę powrotną do wsi.
Podobnie jak wczoraj, kiedy wściekła wracałam zebrania, które miało być dyskusją nad job plan, a zamieniło się w monolog tej Rozmemłanej Krowy, która jest odpowiedzialna za chaos bzdurnych zmian. Wymyślając strategię na przeprowadzenie swojego pomysłu po mojemu, ledwie zauważyłam, jak udało mi się ładnie zaparkować, wyjechać z parkingu, pokonać płynnie trasę, wybrnąć z trudnej sytuacji na środku wielkiego ronda.
I do tego jechałam szybko.
No, no, no...
I przyznaję, ze prowadzenie samochodu zaczęło mi się podobać.

Mind over matter czy ćwiczenie czyni mistrza?

;-)



Ps. Zdjęcia z Eglingham Moor niedaleko Alnwick, te płaty fioletowego to kwitnace rododendrony



08:25, formaprzetrwalnikowa , Podróże małe i duże
Link Komentarze (7) »
czwartek, 14 czerwca 2007
Załatwimy to państwu hurtowo
Rozważań nad stanem rodziny brytyjskiej ciąg dalszy (w pewnym sensie).


Zdarzyło mi się wczoraj obejrzeć kawałek programu pt. Perfect housewives, na BBC3 w tzw Primetime, czyli o 20.00. Jest to jedna z bardzo tutaj popularnych serii 'poradników na zywo', gdzie telewizyjni eksperci doradzają zagubionym duszyczkom, jak robić coś, z czym dane duszyczki sobie nie radzą.
Serii takich jest tu mrowie a mrowie. Nie oglądam, ale zdarzyło mi się przyuważyć fragmenty niektórych, o niektórych słyszałam od kolegów w pracy, o innych czytałam.
A zatem jest tu program, gdzie uczy się panie domu organizacji zajęć domowych, w innym dwie babki w różowych rękawiczkach pokazują, jak sprzątać dom, w jeszcze innym superniania uczy rodziców, jak wychowywać dzieci, które rosną na potwory, w pokrewnym (ale innym) uczy się tych rodziców jak karmić dzieci, żeby nie wyrosły na potwory. Jest jeszcze program, jak się ubierać (zywo dyskutowany przez babki u mnie w pracy - zadziwia mnie, że nie mają pojęcia o takich podstawowych 'babskich sztuczkach', ale patrząc na angielskie ulice to w sumie nie ma się czemu dziwić), jest też nowy, w którym jakaś para pomaga innym parom odbudować związek (jak wynikało z pierwszego odcinka przez odpowiednie ubieranie się?). Jest coś dla ludzi, którzy nie potrafią rządzić się pieniędzmi, jest o tym, jak wyrwać sie z błędnego koła kart kredytowych.
Jest też całe mnóstwo programów o tym, jak sprzedać dom, jak kupić dom, jak remontować dom, jak zrobić to samo za granicą, jak...
Wiedza mi się skończyła, ale jeśli wiecie o jakichś, o których nie napisałam - podajcie.

Przywodzi mi to na myśl refleksję z początku mojego pobytu tutaj: o ASBO, i akcjach róznich służb dotyczących własciwego zachowania się. O children and Family social services, o parenting classess, o akcjach typu 'wrzucaj smieci do śmietnika'.
Pamiętam, jak się z TP posprzeczaliśmy o to, dlaczego tutaj tyle rozmaitych służb państwowych jest włączonych w regulowanie sytuacji społecznych.
Ja uważam, że to dlatego, że z jakichś powodów tutejsza rodzina nie spełnia swoich zadań. Przecież to w rodzinie człowiek się uczy jak sie zachowywać na ulicy, że smieci się wrzuca do kosza a na lekcjach nalezy uważać, dziewczynki uczą się od matek, jak prowadzić dom i jak się ubierać; dzieci podpatrują rodziców i innych bliskich, jak wygląda życie w związku i jak się wychowuje dzieci... itepe, itede. Podstawowa wiedza o życiu w świecie przed tysiąclecia była przekazywana z pokolenia na pokolenie, najprostszą, dostępną dla wszystkich osobników naszego gatunku metodą uczenia się przez naśladowanie. Jeśli rodzice nie spełniali tego zadania, to byli dziadkowie czy inni krewni, no i cała lokalna społeczność.

Tutaj, jak widać, zajęło się tym państwo.
Tylko teraz nie wiem, czy to dlatego, ze rodzina zaczęła obumierać czy z nadmiaru troski?
Co było pierwsze: zanik funkcji rodzinny czy nanny state?
Macie jakieś teorie?
08:26, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 11 czerwca 2007
Ku pamięci
Z ciekawostek lokalnych (w pewnym sensie).


Osoby przebywające w tym wyspiarskim kraju wystarczajaco długo, żeby się wybrać na spacer zapewne zauważyły zjawisko sponsorowanych ławek. Ławeczki takie stoją w uczęszczanych miejsach i są ozdobione tabliczką z nazwiskiem darczyńcy lub też osoby, ku pamięci której taka ławka jest dedykowana. Często znajduję na nich przywiązane bukiety kwiatów (zwykle jeszcze w folii- taki tutaj zwyczaj :-/)
Pomysł sam w sobie podoba mi się bardzo: zamiast marnować kupę kasy na bezużyteczny kawał granitu/mamrumy/lastriko na cmentarzu, stawia się pozyteczną ławeczkę, która służyć będzie okolicznej ludności przez lata. A osoba stawiająca taką ławeczkę będzie mogla sobie przychodzić posiedzieć na niej, wspominajac zmarłego.

Ławeczki, które widziałam przy okazji wizyty w Ironbridge Museum (Shropshire) były ozdobione wieloma tabliczkami różnych osob- wywnioskowałam z nich, że były postawione jako akcja społeczna, prowadzona przez ITV (prywatna telewizja) z okazji 2000roku. Domyślam się, że chodziło o jakieś 'milenijne postanowienia', coś w rodzaju 'dobrych uczynków na nowe tysiąclecie'.

Tabliczki te sprowokowały mnie do refleksji nad życiem rodzinnym tubylców.
Na początku uderzyło mnie, że tutejsze rodziny przychodzą na wizyty z pacjentami, dopytują, troszczą się, wspierają. Pacjeni, którzy przychodzą sami, zapytani, czy rodzina jest 'supportive' zwykle bez wahania potakują.
Inaczej niż w polsce, gdzie różnie bywa: niektóre są wspierające, inne nie.

Rodzice,  mniej lub bardziej spontanicznie opowiadają o sukcesach dzieci, o tym, jak to ich wspierają w róznych działaniach, jak ich chwalą itp. Inaczej niż w polsce, gdzie rodzice chwalą się sukcesami dzieci i chwalą za nie dzieci albo nie.

Wiele osób spontanicznie mówi, że są 'a very close family'. Niektórzy mówią, że są 'close', niektórzy, że tylko 'good'. Opinii negatywnych słyszałam tak niewiele, że potrafię je wymienić.
Inaczej niż w polsce, gdzie ludzie się kochają i nienawidzą, kłocą i godzą, nie odzywają latami, spotykają co tydzien... i też o tym mówią.

Oczywiście są też rodzice, którzy żalą się, że oddali dzieciom życie a dzieci nie odzywają się od lat, nie piszą, nie dzwonią, nie chcą mieć nic wspólnego.
Tak jest i tu, i tam i wszędzie indziej.

Bo ludzie są wszędzie podobni, doświadczają tych samych emocji, mają takie same dylematy.
Ja wiem, że pewne zjawiska nie spadają z nieba i trzeba sobie na nie 'zapracować'.
Ja słyszę, że mój_ojciec_zawsze, moja_matka_nigdy, mój_brat_to_zrobił, moja_siostra_nic_nie_zrobiła, nigdy_mu_tego_nie_wybaczę... i myślę sobie, że to ma sens, bo to jest żywe.

W polsce słyszałam: 'Obiecałam sobie, że pogodze się z moją siostrą', 'Postanowiłem, że będę odwiedzać ojca częściej', 'teraz już rozumiem mojego brata, ale to nie znaczy, że mu wybaczyłam'. To rozumiałam, bo to było żywe.

Ale tego: 'we will love each other and keep each other as happy as possible' 'we will keep our loved ones in our hearts for always','I will always love my girl-friend', 'we will enjoy each other's company and keep each other as happy as possible' nie rozumiem.
Ale myślę, że to z tego samego worka, co 'friends', czyli ludzie_których_numery_telefonów_mam_w_komórce.


Jak byłam dzieckiem, wpisywaliśmy sobie do pamiętników: Ku pamięci: niech ci diabeł łeb ukręci.

Niech kręci. To i tak jest martwe:




23:29, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (11) »
niedziela, 03 czerwca 2007
Country Walking
Albo: Poznaj swój kraj

Z cyklu: ciekawostki lokalne


Chciałam napisać o kolejnym etapie naszych wędrówek po bliższej i dalszej okolicy, ale właśnie zorientowałam się, że nie napisałam o samym zjawisku Country walking. Dziś więc odcinek zaległy.

Wyspiarze uwielbiają swoje wyspy. Uważają, ze takiej różnorodności fauny i flory to niemalże nigdzie na swiecie nie znajdziecie. Dowodzą, że można tu zobaczyć cały przekrój historii geologicznej ziemi, najbardziej róznorodną linię brzegową, najpiękniejsze ogrody, najweselej kląskające ptaki itepe itede.
Ba, zrobili w ten deseń mnóstwo fantastycznych filmów, głownie serii, takich jak choćby rozpoczynający właśnie trzeci sezon 'The Coast.

Żeby nie było: wiara ta przekłada się na codzienne uczynki: brytyjczycy uwielbiają podróżować po swoich wyspach: po drogach, dróżkach i bezdrożach. Jest tu świetnie rozwinięta sieć 'public pathways', które pozwalają pieszym, rowerzystom i 'koniarzom' na dotarcie do większości ciekawych miejsc.
Wszystkie ciekawe miejsca zostały odpowiednio oznakowane i opisane w rozmaitych przewodnikach.
Drogi wodne w tych kwestiach niewiele ustępują drogom lądowym (patrz: moje ubiegłoroczne wpisy dot. podróży Kanałem Kaledońskim).
Jednym z narodowych sportów tubylczych jest 'bird watching': można kupić wszystko potrzebne do uprawiania takiego sportu od lornetki, przez atlasy ptasich portretów i treli (płyty/kasety), do specjalnych maskujących ubiorów.
Oczywiscie, kwitnie rynek prasowy, na którym każdy miłosnik piękna wysp brytyjskich może znaleźć coś dla siebie.

W moich poszukiwaniach fotograficzno-wypoczynkowych trafiłam na magazyn Country Walking, który co miesiąc publikuje kilkanaście ciekawych opisów scieżek wraz z mapkami. Scieżki prowadzą róznymi mniej lub bardziej uroczymi zakątkami a trik polega na tym, że większość można pokonać w kilka godzin, wychodząc i wracajac do tego samego miejsca (tzn tego, gdzie zostawiło się samochód), zwykle pod lokalnym pubem, tak aby udać się na popołudniową herbatę z zasłuzoną bułeczką.

Takich spacerów odbyliśmy już kilka. Zwykle na trasie spotykaliśmy kilka innych osób podążających tym samym szlakiem, dzierżąc tę samą wymiętoloną karteczkę wyciętą z Country Walking.
Poznaj swój kraj!

;-)



ps. A oto na dowód kilka fotek ze spacerów:

1. Dipton Mill




2. Swaledale





20:30, formaprzetrwalnikowa , Podróże małe i duże
Link Komentarze (12) »