Świata stan psychiczny
poniedziałek, 28 lipca 2008
Gangsterzy i filantropi

Czyli: O ciemnych i strasznych stronach bycia lekarzem


Nasz zawód jako zawód tzw. społecznego zaufania zawsze i (mniej więcej) wszędzie był na świeczniku i pod lupą. Trzeba więc się liczyć z tym, że ludzie będą się nam przyglądać bardziej uwaznie niż innym, ze szczególnym uwzglednieniem tzw patrzenia na ręce.
I trzeba się także liczyć z tym, że jeśli zdarzy się nam naruszyć prawo w młodości durnej i chmurnej, to może mieć to reperkusje w życiu zawodowym. Zwłaszcza w krajach, gdzie proces aplikacji o pracę czy miejsce na studiach jest związany ze sprawdzaniem rejestrów kryminalnych potencjalnego kandydata, jak np w UK.

Tutejsza naczelna rada lekarska (GMC) staje sie coraz bardziej skrupulatna, a nawet czepliwa w coraz liczniejszych sprawach przeciwko lekarzom i wiadomo, że bedzie coraz gorzej. Dlatego nie rozumiem zamieszania wokół pewnego maturzysty, któremu odmówiono przyjęcia na wydzial medyczny w Imperial College w Londynie - a to dlatego, że rok wcześniej zadajac się się z 'niewłaściwym towarzystwem' brał udział we włamaniu.
Chłopiec się oburzył, że jakżesz można tak surowo karać za błędy młodości, w dodatku błędy juz 'odsłużone' (community service) i że przecież "They can't just look at this one offence. We're only human and we've made mistakes." Oczywiście, że lekarze są tylko ludzmi, którzy także popełniają błędy, ale chciałabym usłyszeć, jak zareagowałaby GMC, gdyby taki np, skreślony z rejestru za nie do końca udowodnioną 'winę' prof. Southhall albo zawieszony na 3 miesiące za plagiaty psychiatra Raj Persaud powiedziedzieli na przesłuchaniu: 'You have to look at the whole bigger picture as well'. Podejrzewam, że szanowna rada wybuchnęłaby śmiechem.
Niestety, młodszy, być może przyszły kolego tak to już w tym zawodzie jest: musisz być czysty jak kryształ i łzy tu nie pomogą. To twierdzenie nalezy przyjąc na wiarę i się z nim pogodzić.

'Niewiedza i infantylizm lekarzy są przerażające' powiedziała Aleksandra Gielewska, redaktor naczelna "Służby zdrowia" wyjaśniając w Gazecie Wyborczej, dlaczego jej pismo opublikowało żywo komentowany w lekarskim świecie artykuł 'Niezbędnik medyka' z poradami, jak zachować się w razie 'nalotu' policji, służb antykorupcyjnych czy prokuratury na lekarski dom lub gabinet. Słynna porada, by połknąć kartę SIM wywołała oburzenie w środowisku, podobnie jak podejrzenia, że lekarze nie mają zbyt dobrego pojęcia o tym, jak działa prawo.

Ja tam na połykaniu kart SIM się nie znam, ale myślę, że faktycznie świadomośc prawna polskich lekarzy jest dość nikła. Nikt nam na studiach o tym nie mówi, więc błądzimy w ciemnościach, często 'inicjację' przechodząc dopiero w pracy, ucząc się na własnych lub cudzych błędach; szczęściarzami mogą się nazywac ci, którzy mają przyjaciół/partnerów prawników lub trafili na chętnie dzielącego się swoją wiedzą bardziej świadomego legislacyjnie kolegę.

Tutaj jest trochę inaczej, bo i kraj z wielosetletnimi tradycjami prawnymi zwłaszcza w kwestii praw i wolności obywatelskich, i młodzież lekarska od wcześnie uświadamiana w kwestii rozwijającej się w kierunku amerykańskiej tzw. 'litigation (compensation) culture'. Prasa medyczna pełna jest porad w kwestiach prawnych, medical protection unions zarabiają ciężkie pieniądze na lekarzach potrzebujących opieki i reprezentacji prawnej w razie bliskich spotkań trzeciego stopnia z prawnikami, a wirtualne i realne fora dyskusyjne aż wrą od coraz mrożących krew w lekarskich żyłach historii o tym, jak łatwo można w tym kraju stracić prawo wykonywania zawodu czy dobra reputację a z nimi wszystko, co się w życiu osiągnęło.

Świadoma, ze nieznajomość prawa nie zwalnia z odpowiedzialności, chłonę tę wiedzę zmieszaną z 'opowieściami o wampirach' i trzęsąc portkami błagam mój dobry los, by udało mi sie wyjść z tego bez szwanku. I co jakiś czas, z drżącym sercem sprawdzam, czy mego nazwiska nie ma na stronie iWantGreatCare gdzie pacjenci, ich rodziny i opiekunowie mogą się anonimowo podzielić przemysleniami na temat jakości usług lekarza i ocenić  jego umiejętność słuchania, zaufanie, jakie wzbudza i generalnie zarekomendować lub też nie.

Pomysłodawca i właścicel strony nawiązał już współpracę z GMC i Department of Health oraz szumnie ogłosił dobrodziejstwa, jakie jego projekt przyniesie jakości opieki zdrowotnej w tym kraju. Trudno się nie zgodzić z ideą, że pacjenci i ich opiekunowie powinni mieć głos w pewnych kwestiach dotyczących opieki zdrowotnej i powinni mieć prawo podzielenia się swoimi doświadczeniami w kontakcie z danym medykiem. Nie wszyscy lekarze są doskonali, niektorzy bywają nawet kiepscy, ciągle jeszcze są tacy, którzy pacjentów traktują jak zło konieczne i jestem za tym, by tępić zachowania niewłaściwe. Ale nie zawsze to, co ludziom wydaje się dobre, jest tak naprawdę korzystne dla ich zdrowia.
Nie będe się wdawać w szczegóły: koledzy lekarze doskonale wiedzą, o czym mówię, prawda?

Wygląda na to, że Dr Neil Bacon, pomysłodawca strony, zupełnie zapomniał, jak to łatwo w internecie, anonimowo obrzucić kogoś błotem a jak trudno potem to błoto oczyścić. I że dobra reputacja i społeczne zaufanie to podstawowe narzędzia pracy lekarza, na równi z jego wiedzą i doświadczeniem. My tym zarabiamy na zycie! I my wiemy, jak delikatne są te rzeczy, jak trudno je odzyskać, jeśli się je straci. A tymczasem władze planują włączenie wyników z iWantGreatCare do corocznej rewalidacji wszystkich lekarzy.

Pierwsze jaskółki miażdżących, bluzgających błotem ocen już się pojawiły. Anonimowe, a jakże - po to, by komentujacy czuli sie swobodnie w wyrażaniu swoich opinii o swoich doktorach. W razie niesłusznego oczernienia, pokrzywdzony lekarz nie może więc wytoczyć szlakującemu procesu o zniesławienie, nawet gdyby domyślał się, kto jest autorem komentarza - tajemnica zawodowa.

Na moim ulubionym doktorskim forum zawrzało. Oburzeni stekiem bzdur głoszonych w mediach przez kolegę Bekona lekarze odpowiedzieli więc grupowymi kontraatakami. Zaczęli od listów do pomysłodawcy, domagajac się usunięcia własnych danych osobowych ze strony, grożąc konsekwencjami Data Protection Act (Ustawy o Ochronie Danych Osobowych). Potem pojawiły się sprostowania pod artykułami i wywiadami z uśmiechniętym Neilem: a to, ze wcale nie jest specjalistą jak to opowiada, a to, że z badań wynika, że większośc lekarzy jest przeciwko jego pomysłowi, albo że na jego stronie jest zaledwie ułamek praktykujących w Uk lekarzy, z czego część to medycy zmarli lub emerytowani.

A kiedy okazało się, że Dr Bacon nic sobie z tego nie robi i dostał 'błogosławieństwo' GMC, do akcji wkroczył związek zawodowy BMA i grupa prawników.


Trzymam kciuki za powodzenie tych akcji, tak jak trzymałam za doktora G i jego walkę o oczyszczenie z zarzutów i powrót do zycia publicznego. Bo chocby nie wiadomo jak szczytna była idea, to w demokratycznym kraju wszyscy ludzie powinni mieć prawo do sprawiedliwego traktowania i obrony swego dobrego imienia.
Wszyscy.
I gangsterzy, i filantropi.

19:07, formaprzetrwalnikowa , Brać lekarska, brać!
Link Komentarze (2) »
środa, 23 lipca 2008
It's been 7 hours and 20 years...
Albo: Kiedyś nawet fiołki pachniały mocniej.


Do dziś pamiętam, jak pierwszy raz usłyszałam Mandinkę. Jeszcze nie byłam pewna, czy podoba mi się takie 'skakanie po oktawach', ale na głos Sinead zareagowałam organicznie - 'gęsią skórką'.
Późniejsze piosenki z 'The Lion and the Cobra' zdecydowanie przypadły mi do gustu. Byłam wtedy w liceum i co sobota namiętnie słuchałam Listy Przebojów Programu Trzeciego.
To były czasy!

Czy łapiecie się na myślach czy słowach, że kiedyś to było inaczej? Lepiej, bardziej, mocniej?
Muzyka nie była tak głośna, programy w TV ciekawsze, a jagody w lesie słodsze?
Pamiętam, jak mając już dwadzieścia kilka lat wybrałam się na fiołki z koleżanką z dzieciństwa - w nasze 'stare' miejsce. Obie uwielbiamy fiołki.
Ale fiołki, które wtedy zebrałyśmy nie pachniały tak wspaniale, jak te z naszego dzieciństwa.


Sinead też nie jest już ta sama. Nie śpiewa już wojowniczych protest-songów o wojnie, śmierci z przedawkowania dragów czy ulicach Londynu. Na wczorajszym koncercie zaśpiewała kilka kawalków z nowej płyty: Theology- uduchowionych, spokojnych, monotonnych piosenek o wewnętrznym wszechświecie, aniolach i marii magdalenie.


Jej głos brzmiał czysto, ale matowo.


I nawet jak zaśpiewała: It's been sever hours and fifteen days...



To to już nie było TO.
Nie było wysokich tonów, chropowatości i gęsiej skórki.
Panta Rhei czy nostalgia wieku średniego?


Kiedyś nawet fiołki pachniały mocniej.


;-)
08:14, formaprzetrwalnikowa , TSPW
Link Komentarze (9) »
niedziela, 20 lipca 2008
Tak na oko równe szanse

Albo: All my eye and Betty Martin*


Festiwal Political Absurdness trwa.

Dziś proponuję coś z działu 'Equal opportunities', czyli równych szans w zatrudnieniu, edukacji i temuż podobnież.  Generalnie jest to bardzo chlubna idea. Niestety, czasem używa się jej wbrew zdrowemu rozsądkowi, jak w przypadku opisanej już przeze mnie akcji GMC i BMA zachęcania niepełnosprawnej młodzieży do studiowania medycyny.
Niestety, ta sprawa nie odbiła się szerszym echem w kręgach osób nie pozbawionych umiejętności myślenia logicznego. Na szczęście pomysł speców od PC i equality z HRu Gminy Isles of Scilly wywołał żywą reakcję mediów. A wszystko przez głupie wymaganie, by kontrolerzy ruchu lotniczego mieli wzrok co najmniej sokoli (20/20).

Opublikowane niedawno ogłoszenie o naborze na stanowisko air traffic controler na lotnistu St. Mary na Isles of Scilly zgodnie z wytycznymi podaje 'excellent vision' jako jedno z podstawowych wymagań, jakie muszą spełniać kandydaci na powyższe stanowisko.
Na dole ogłoszenia znajduje się notka skierowana do osób, które mają kłopot z odczytaniem tekstu ogłoszenia, że po wersję w Braille'u, większym druku, 'easy read' lub audio należy się zgłosić do Community Relations Officer.

Przecierając swoje krótkowzroczne i astygmatyczne oczy ze zdumienia, z niepokojem czekam na rozwój w y p a d k ó w.
Na wszelki wypadek powstrzymam się od podróży lotniczej na Isle of Scilly via St. Mary's Airport, co i wam serdecznie doradzam.


;-)



*All my eye and Betty Martin = (old) nonsens

14:56, formaprzetrwalnikowa , Political absurdness
Link Komentarze (3) »
niedziela, 13 lipca 2008
Uwaga zły pies!


Ulubione zwierzęta domowe brytyjczyków, zwłaszcza te na służbie, nie mają ostatnio dobrej prasy.
Najpierw szkocka policja musiała przepraszać mułzumanów oburzonych tą oto kartką reklamującą nowy numer telefonu do zgłaszania 'niepilnych' spraw:


tayside police


a potem policyjna 'rada starszych' (Association of Chief Police Officers) musiała się zająć łapami sniffer dogs zanieczyszczającymi podłogi w domach muzułmanów.

A wszystko dlatego, że mułzumanie uważają psy za zwierzęta nieczyste.
Sklepikarze w Dundee odmówili umieszczenia podobizny słodkiego psiaka, a pan Mohammed Asif,  jeden z tamtejszych radnych stwierdził, ze policja powinna była wiedzieć, ze taka karta nie zostanie dobrze przyjęta przez wszystkie społeczności miasta - w końcu mają doradców do spraw różnic kulturowych (diversity advisors).

Sparzeni w ogniu obrażonych uczuć religijnych stróze porządku, postanowili podmuchać na zimne i załozyć psom szukającym narkotyków i środków wybuchowych w domach mułzumanów specjalne buty na gumowej podeszwie.

A wszystko to mimo wypowiedzi jednego z czołowych brytyjskich imamów, ze tak naprawdę tylko ślina psów uważana jest w islamie za nieczystą a jeśli względy bezpieczeństwa wymagają użycia psów, 'then it has to be done'. Dodał też, że mułzumanie powinni zaakceptować fakt, że brytyjczycy kochają psy i 'do (their) bit', zmieniając choć trochę swoją postawę wobec tych zwierząt.


Czekam na dalszy ciąg tej religijnej wojny, zastanawiając się, kiedy uprzejmi i szanujący kulturę innych brytyjczycy znikną z powierzchni tych wysp, ginąc od ostrza własnej broni przeciwko nietolerancji i braku szacunku dla diversity.


:-/

17:16, formaprzetrwalnikowa , Political absurdness
Link Komentarze (3) »
wtorek, 08 lipca 2008
Prysznic myśli

Nowa kategoria zainspirowana ostatnim wysypem perełek Political Corectness.


Na początek pożegnanie ze starszym niż świat korporacji i zebrań personelu wyrażeniem 'brainstorm' (burza mózgów).
Z artykułu w Mail online wynika, że choć zostało ukute i początkowo używane przez psychiatrów (1890s) dla opisania 'powaznych napadów nerwowych', tuż po wojnie (1940s) przyjęło się w niemedycznym świecie jako metafora dla zebrania w celach kreatywnych. I tak już zostało.

Otóż diversity officers (diversity i equality to ważne kwestie w tym kraju!) rady gminnej w Turnbridge Wells stwierdzili, że wyrażenie 'brainstrom' jest obraźliwe dla osób chorujących na padaczkę i, podobnie jak kilka innych instytucji, zakazali używania go. Kolektywny wysiłek twórczy ma się teraz nazywać 'ideas shower'.

I nieważne, że The National Society for Epilepsy już 3 lata temu po przeprowadzonym wśród swoich członków badaniu, podało do publicznej wiadomości, ze chorzy na padaczkę nie widzą nic obraźliwego w burzy mózgów. Political Absurdness znów zwyciężyła.


Ciekawa jestem jakimi pomysłami zapryszniczą nas następnym razem.


;-)

08:38, formaprzetrwalnikowa , Political absurdness
Link Komentarze (14) »
piątek, 04 lipca 2008
Wiara czyni cuda?


1 czerwca para przedsiębiorczych Amerykanów wystrzeliła w globalny świat swój pomysł na 'lek na całe zło': Obecalp.
Firmę nazwali Efficacy Brands, a sprzedawany przez nią specyfik dla dzieci o smaku czereśniowym zawiera ... glukozę.
A wszystko po to, by , jak mówią, nie truć dzieci prawdziwymi lekami. Kiedy potomek marudzi, ze coś go/ją boli, wystarczy podać Obecalp (podpowiedż: czyt. od tyłu), którego smak i faktura mają pomóc przekonac mózg, ze słodkawa tabletka to prawdziwy lek. Proste, prawda?

A jednak, niekoniecznie. Jak podaje NYT, Lekarze rodzinni i bioetycy zareagowali co najmniej z rezerwą. Jedni swoja dezaprobatę argumantują nieprzewidywalnością efektu placebo, inni kwestionują sens podawania placebo w sytuacji, która nie jest 'podwójnie ślepa', jak to jest w badaniach skutecznosci leków względem placebo ('podwójnie ślepa', bo ani osoba otrzymująca substancję, ani osoba zapisująca/podająca ją nie wiedzą, czy w tabletce znajduje się aktywny biochemicznie składnik czy placebo). Skuteczność placebo w znacznej mierze opiera się na tym, ze obie strony wierzą, że tabletka pomoże. Czy w sytuacji, gdzie podajacy wie, że tabletka jest 'ściemą' wystarczy wiary otrzymującego, by nastąpiło 'uzdrowienie'?
 
Podobną reakcję wiadomośc ta wywolała na Wyspach. Douglas Kamerow w BMJ skomentował 'wynalazek' Amerykanów z wielu punktów widzenia. I chociaz w środowisku lekarskim placebo zawsze było miało wątpliwą reputację, od lat trwają prace nad dyskusje nad uregulowaniem korzystania z 'cudownego' efektu 'leku bez leku'. Chodzi o to, by podanie placebo było wyborem etycznym, ponieważ mimo obszernej biblioteki badań dowodzacych skuteczności 'cudownej pigułki', placebo nie jest panaceum i nie powinno się korzystać z jego 'cudownego' efektu w sytuacjach, kiedy dostępne są skuteczniejsze interwencje (The thinking doctor's guide to placebo).

Jak pisze Kamerow, 'dobrzy lekarze' korzystają z placebo rozsądnie i skutecznie. Zdają bowiem sobie sprawę, że oprócz obustronnej wiary, że dana pigułka pomoże, efekt placebo to także efekt balintowego 'lekarz jako lek'. Znaczenie relacji pacjent-terapeuta (w tym przypadku lekarz) w procesie zdrowienia jest znane medycynie od tysięcy lat. W niedawno przeprowadzonym badaniu składników efektu placebo ( Components of placebo effect: randomised controlled trial in patients with irritable bowel syndrome) prowadzący badanie wykazali, że skuteczność  'cudownej pigułki' wzrosła z 44% do 62%, kiedy doktor podający lek odnosił się do pacjenta ciepło, z uwagą i wzbudzając zaufanie (confidence).

A jak się na placebo zapartują pacjenci? Podejrzewam, że wszystko jest OK dopóki nie zdają sobie sprawy, co łykają - grunt, ze pomaga! Gorzej, jak się dowiadują... Jak byście się poczuli, gdyby wasz wspaniały doktor na pytanie, co to za cudowny lek przeciwbólowy, odpowiedział wam, że własciwie to cukier puder? Stosowanie przez lekarza placebo w sytuacjach poza badaniami naukowymi pociąga za sobą ryzyko kłopotów prawnych.

A co z rodzicami podającymi choremu dziecku czereśniową tabletkę na ból brzuszka czy strach przed 'potworem z szafy'?
Na jakiej podstawie zdecydują, że to a nie tamto nie zasługuje na potraktowanie 'prawdziwym lekiem'? Co odpowiedzą na pytanie podobne do powyższego, zadane przez potomka, który wyrósł z wieku bezbrzeżnej wiary w słowa rodziców? Jak na takie wyznanie 'małego oszustwa' zareaguje nastolatek?
A w ogóle, to skoro głownym składnikiem efektu placebo jest odrobina ciepła i uwagi, dlaczego 'sprzedawac' to pod przykryciem słodkich pigułek? Nie można tak otwarcie: usiąśc przy ciepriącym dziecku, potrzymać je za rączkę, zrobić kakao (ojciec mojej przyjaciółki, emerytowany już pediatra, uważa odpowiednio podane kakao za wspaniały środek leczący wiele dziecięcych dolegliwości)?
A czy dzieci w ogole chcą tabletek? Może wolą, żeby to mama albo tata sprawili, że poczuli się lepiej?

Jak, podobnie jak pan Kamerow, uważam, że traktowanie każdej dzieciecej dolegliwości tabletką uczy nas polegać na 'twardej' medycynie od najmłodszych lat. A potem idziemy w świat z przekonaniem, że każdy ból, fizyczny czy duchowy powinien być 'opatrzony' przez medyka i wyleczony tabletkami.


I przychodzi potem baba do lekarza i śpiewa:




;-)

09:40, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (4) »