Świata stan psychiczny
czwartek, 31 sierpnia 2006
Wtorny analfabetyzm
Z dedykacja dla Brittany:
http://brittany.blox.pl/2006/08/piate-przez-dziesiate.html


Econimost, w nr z 16.08.06 donosi, ze 21.sierpnia br Confederation of British Industry opublikowala przygnebiajace odkrycia dotyczace kiepskich umiejetnosci osob konczacych obowiazkowa nauke szkolna.
Podobno wiele mlodych osob startujacych na rynku pracy nie potrafi zrobic 'w mysli' najprostszych rachunkow czy tez pisac po angielsku bez bledow ortograficznych i gramatycznych.
Jedna z osob zajmujacych sie rekrutacja  pracownikow do hurtowni drogeryjnych, skarzy sie, ze dramatycznie wzrasta liczba aplikantow, ktorzy nie potrafia obliczyc 10% z 10. Wiele osob takze nie potrafi pisac i MOWIC poprawnie po angielsku. I nikt nie wspomnina nic o imigrantach, wiec zakladam,ze mowa o anglikach.

Przestaje sie martwic moimi bledami jezykowymi.

Brytanka, a moze Twoja szefowa z takiej hurtowni przyszla?


;)
11:13, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 28 sierpnia 2006
Świat owinięty w kocyk
Buty trzeba zdjąć na progu, założyć kapcie, bo Mały biega, na podłodze siada i bawi sie na podłodze - a brud z dworu, wiesz...
Szklanki na stole stawiać ostrożnie, żeby się nie przewróciły, bo stół obłożony kocem a rogi poowijanie ręcznikami, bo rogi i kanty i ranty- wszystko ostre a Mały biega i w każdej chwili może głową uderzyć.
Do kuchni lepiej nie chodzić, bo Mały też będzie chciał wejśc, a w kuchni... oj, w kuchni...
I oka z niego spuścić nie można, bo jak tylko pozwoli się mu pójśc gdzies samemu to - o, prawie palec do kontaktu wkładał!

Kiedy pytam: Czy ty aby nie przesadzasz, mówi: Jak będziesz miała dzieci, to sama zobaczysz...

Ale przecież trudno cokolwiek zobaczyć żyjąc w świecie owiniętym w kocyk...


:-/
08:56, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (13) »
niedziela, 27 sierpnia 2006
Strachy na lachy
Nie lubię latać samolotem. Może niezupełnie dlatego, że się boję, ale nie lubię nieprzyjemnego uczucia żołądka podjeżdzajacego do gardła przy zmianie przyspieszenia. Teraz latanie trochę straszniejsze, choć scenka ze zdejmowaniem butów przy kontroli, zwłaszcza w wydaniu paniuś w wąskich któtkich spódniczkach i butach na wysokim obcasie - nawet zabawna.

Burzy się boję od chwili, kiedy widziałam i słyszałam, jak piorun przywalił w taflę jeziora, zaczynającego się jakieś 100m od mojego okna. brrr...

Latanie samolotem w burzy jest gorsze od samego latania, ale nie tak złe jak sama burza - bo nie słychać walenia piorunów. Mam nadzieję, ze samolot to jest 'puszka faraday'a'.
Ale za to trzęsło. I strasznie wyglądała ta wielka czarna chmura, którą mijaliśmy.
brrr...

Cieszyłam się, kiedy już wylądowaliśmy. Mam nadzieję, że podróż powrotna będzie spokojniejsza.

Pozdrowienia z polski

:)
09:43, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (5) »
piątek, 25 sierpnia 2006
... rzeczy na niebie i ziemi
o których sié formie nie snilo.

Myslalam, ze juz nic mnie w srodowisku lekarskim nie zaskoczy.
Myslalam, ze wiem juz o wszystkich swinstwach, jakie sie tam dzieje.
Myslalam, ze juz wiecej nie bede o tych sprawach pisac.
Ale ten artykul:
http://fakty.interia.pl/fakty_dnia/news/Lekarska_mafia_gnêbi_pacjentów_i_m³odych_medyków,784615,2943
mnie powalil.

O tym nie mialam pojecia.
10:01, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (18) »
czwartek, 24 sierpnia 2006
Co z plażowania wynikło

albo: Każdy ma jakiegos bzika.

Cóż, chyba mnie trafiło. TP marudzi, że teraz to już normalnie nie mozemy pójśc na spacer, bo ja zawsze swoją torbę z aparaetm taszczę; narzeka, że wieczorami długo przy kompie przesiaduję wzdychajac nad cudzymi zdjęciami, że wszędzie pełno moich gazet a pudełko z filmami wypchnęło z lodówki jego piwo.
No strasznie.
Strasznie mnie trzepnęło. RAno się budzę i wyglądam przez okno, czy słońce ładne, wieczorem spoglądam na niebo, czy jej sens na spacer iśc, na wszystkie wycieczki zabieram wielki plecak z kilkoma kilogramami sprzętu.
A najgorsze jest to, ze moje zdjęcia ciągle do pięt nie sięgają moim oczekiwaniom.
Problem w tym, że jestem na tym trudnym etapie, kiedy już się odróżnia zdjęcie słabe od dobrego a dobre od bardzo dobrego; kiedy samemu robi się już fotki poprawne technicznie, ale wciąż niezbyt ciekawe.
Bardzo trudny etap, bo wiem, co jest nie tak z moimi zdjęciami, a nadal nie potrafię wznieśc się ponad swoje słabosci.
A do tego laboratoria, które jedno po drugim mnie rozczarowują kiepską jakością skanów, nie pomagają.
Ale nie ustaję w próbach.

W poniedziałek wieczorem wybrałam się na zachód słońca na plażę -spózniłąm się jakieś pół godziny, ale te kamienie udało mi się uchwycić:



Wypstrykałam cały film i bardzo mi się to spodobało, więc we wtorek wstałam rano, żeby zdążyć na wschód słońca (jakby ktoś się jeszcze nie zorientował, to mieszkam na wschodnim wybrzeżu).
Spóźniłam się znów jakieś pół godziny, ale nie przeszkodziło mi to poeksperymentować trochę:







Miejsce na oklaski: jak zwykle pod spodem

;)

19:59, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (24) »
poniedziałek, 21 sierpnia 2006
Dining out - by The Times
W sobotnim numerze Timesa omówienie badania pokazującego, ze brytyjczycy wydają więcej pieniędzy na jedzenie poza domem. Między 1992 a 2004 kwota wydawana przez tubylców na jedzenie 'na mieście' wzrosła dwukrotnie.
Wydają więcej na jedzenie poza domem niż jedzenie w domu!
Praktycznie każdy, kto może sobie na to pozwolić, czyli 96% populacji, je poza domem, przynajmniej okazjonalnie.
Jest to oczywiście spowodowane bogaceniem się społeczeństwa, a także zmianą stylu życia, bo ponad 16% badanych je na miescie, bo nie ma czasu gotować. Podobno także faktem, że budowane obecnie mieszkania mają coraz mniejsze kuchnie, gdzie 'you can't swing a cat'.
A gdzie jadają brytyjczycy?
27% w fast foodach
23% w pubach
15% w hotelowych restauracjach
14% w restauracjach
7% w restauracjach etnicznych
5% w restauracyjkach/kafejkach w centach handlowych ('in-store')
2% przy drodze  ('roadside' - czy to aby nie oznacza jedzenia kanapek siedzac w przydrożnym rowie? ;-))

Jak widać tendencja, o której pisałam wcześniej nie jest tylko moim wymysłem: eating out to często siedzenie na ławeczce w parku z pudełkiem pizzy albo fish&chips w papierze na kolanach.
Opcję 'I like to eat take away meals' zaznaczyło
50,3% badanych brytyjczyków.
28,3% francuzów
27.2% niemców
11.5% hiszpanów

Z drugiego bieguna: 'I think fast food is all junk':
37,1% brytyjczyków
55% francuzów
36,7% niemców
49,2% hiszpanów


Wygląda na to, że z fastfoodami jest jak z Marmite'm: love it or hate it.


;)
08:22, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (1) »
sobota, 19 sierpnia 2006
Te co skaczą i pływają...
Ze specjalną dedykacją i podziękowaniem dla koleżanki M, która dzielnie motywowała mnie do chodzenia na basen i doskonalenia pływania.


Wyprawiłam się dziś po raz trzeci na basen.
Tym razem jest to basen o w dośc przyzwoitej długości - czyli 20m i ma wydzielony tor dla pływajacych.
Na tor dla pływajacych nie było zbyt wielu chetnych, więc go zmonopolizowałam.

Zrobiłam sobie dziś test Coopera, który polega na tym, że pływa się najszybciej jak się potrafi, non stop przez 12 minut. Wynik w przepłyniętych metrach mozna sobie odczytac w ponizszej tabeli:

TEST COOPERA

poziom pływania20-29 lat30-39 lat40-49 lat
bardzo słaboponiżej 350poniżej 325poniżej 275
słabo350-450325-450275-350
zadowalająco450-550450-500350-450
dobrze550-650500-600450-550
bardzo dobrzeponad 650ponad 600ponad 550


Udało mi się przepłynąc 400m w 12 minut. Co prawda kwalifikuje się to jako 'słabo', ale jaka poprawa od czasu 325m w czerwcu!
No i ogólnie przepłynęłam dziś 1900m w godzinę. W maju przepływałam 1400m w godzinę.


Nie pękłam z dumy tylko dlatego, że mogłabym nabrudzic w basenie i zostać usunięta z klubu

;)
11:59, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (8) »
piątek, 18 sierpnia 2006
Samochwala w kacie stala

Miejsce akcji: gabinet
Czas akcji: wizyta kontrolna
Wystepuja:
G - pacjent od wielu lat chorujacy na schizofrenie
Samochwala



G: You are a pretty good doctor, aren't you, huh?
S: Well, that's what I actually think about myself.


;)

11:54, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (13) »
środa, 16 sierpnia 2006
But did they buy their own furniture?
W nowym nomerze Economista ciekawy artykuł o tym, że klasy społeczne nie są już wiarygodnym przewodnikiem po niczym w brytanii, ale wciąż są ważne.
BAdanie przeprowadzone na zlecenie Economista pokazuje, że Brytyjczzcy są nadal zaskakujco wrażliwi na klas społeczną - zarówno własną jak i innych ludzi. NAdal też uważają, że od klasy społecznej trudno się uwolnić (jest 'sticky').
48% osób w wieku 30 i więcej lat oczekuje, że będzie sobie w życiu radzić lepiej niż ich rodzice, ale tylko 28% oczekuje, że zmieni klasę społeczną! Ponad 2/3 uważa, że ani oni ani ich dzieci nie opuszczą klasy, w ktorej się urodzili.
Na czym wiec polega ta rzecz, od której tak trudno uciec i jak ludzie odgadują klasę społeczną innych osób? Otóż najbardziej użyteczne wyznaczniki to: rodzaj wykonywanej pracy, adres, akcent i dochód - właśnie w takiej kolejności.
Dochód na końcu, bo klasa społeczna to kwestia czegoś mniej oczywistego niż zamożność. Niejaki Alan Clark, były minister, pisał o ludziach, którzy 'kupują swoje meble' - co jest eufemistycznie pogardliwym określeniem niższych klas społecznych - ludzi, którzy tych mebli nie dziedziczą.

Wygląda na to, że chociaż w brytanii od czasów Orwellowskiego 'the most class-ridden country under the sun' minęło wiele lat a granice miedzy klasami się zatarły, 71% tubylców twierdzi, że bardzo łatwo lub dośc łatwo potrafi odgadnąć, do jakiej klasy społecznej należą ich rozmówcy.
I nie zmieniły tego ani wielkie zmiany na rynku pracy i rozwój 'białokołnierzykowego' sektora, ani napływ imigrantów, ani nawet rosnąca ilośc celebirtów - tej 'równoległej arystokracji'. A brytyjczycy wolą się identyfikować z klasą spoleczną, w której się urodzili niż z tą, do której przynależa według rodzaju pracy i dochodów. A co ciekawsze, mają tendencję do umieszczania się w klasie nizszej niż owa praca, zarobki czy inne składniki sugerowałyby.



;)
08:27, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 14 sierpnia 2006
Chleba naszego, powszedniego...
Angielski chleb jaki jest - wszyscy, którzy spróbowali - wiedzą.
Napisano już o tym całe epopeje: ze gliniasty, watowaty, bez smaku, że nadaje się do zjedzenia tylko po opieczeniu w tosterze.
To wszystko PRAWDA.
Myslałam, ze francuzi nie potrafią robić dobrego chleba, ale nie miałam racji - przez dłuższy czasu kupowaliśmy tu właśnie francuskie bagietki - tzw part-baked, wystarczyło je dopiec w piecyku i miało się całkiem smaczną opcję.

Od jakichs dwóch tygodni mamy maszynę do chleba: wrzuca się do niej składniki wymienione w instrukcji obsługi, w kolejności i ilosci dokładnie takiej, jaka podana w instrukcji obsługi, włącza się ten cud techniki - i po ok 3,5 h wyjmuje się swieżutki, pachnący chleb.
Prawdziwy chleb.
Pycha!
Mój ulubiony przepis to ten na graham - jest chyba tak pyszny, jak ten, który pamętam z dziecinstwa, kupowany przez tatę.

Mój pierwszy chleb:

wyszedł trochę za słony, bo pomyliły mi się Tbsp (table spoon) z Tsp (tea spoon), ale to jego uwieczniłam, bo jego dobrze wymierzeni następcy znikali w zastraszającym tempie.

Smacznego :)
23:50, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (17) »
 
1 , 2 , 3