Świata stan psychiczny
środa, 29 sierpnia 2007
National Trails

z cyklu: Jedziemy na wycieczkę, bierzemy misia w teczkę...


Nie będzie o pracy, bo mam przesyt i jestem zmęczona a tu jeszcze tyle spraw do załatwienia przed urlopem.
Będzie o urlopie, a własciwie o urlopowaniu się krótkimi odcinkami.

Dzięki poniedziałkowemu świętu Banka Holideja udało mi się wreszcie namówić TP na przejście kawałkiem jednej z najpiękniejszych tras w UK: Pennine Way.
Pennine Way jest jedną z 15 National Trails, czyli długodystansowych tras pieszych (i częściowo rowerowych lub konnych) poprowadzonych przez najpiękniejsze rejony Anglii i Walii (w Szkocji trasy te nazywają się Long Distance Routes). Trasy te powstały na początku XX wieku, keidy to wśród wyspiarzy modne stały się piesze wycieczki w dzikie i piękne rejony kraju.
Z dzikości niewiele dziś pozostało, ale ustanowione po II Wojnie Swiatowej parki narodowe i Areas of Outstanding Natural Beauty nadal zachwycają rozmaitością fauny i flory, choć czasem trudno to dojrzeć przez strugi deszczu i tłumy turystów.

Pennine Way jest jednym z najdłuższych i najtrudniejszych szlaków: liczy 429km poprowadzonych wzdłuż Gór Penninskich; od Peak District, przez doliny Yorkshire, Murem Hadriana, do Cheviot Hills i kończy się w Scottish Borders.
Od chwili, kiedy zobaczyłam przepiękne zdjęcia zrobione na szlaku Pennine Way i przeczytałam relacje tych_którzy_przeszli, wiedziałam, że też chcę tego doświadczyć: ciszy, zapomnienia o cywilizacji, piękna surowych krajobrazów, trudów pokonywania własnych słabości.
Niestety, na przejście całej Pennine Way potrzeba około 16 dni. Troche za dużo jak na urlopowy wypadzik, kiedy każdy dzień z 26 przysługujących annual leave skrupulatnie liczony i oszczędzany jak sie tylko da, pogoda kapryśna, kondycja biurkowo-samochodowa a skłonność do wygody rośnie z wiekiem w postępie kwardatowym.

W czasie poprzednich krótkich wypadów weekendowych udało nam się zobaczyć/przejść fragmentami Hadrian Way i Cheviot Way.
Tym razem udaliśmy się 'na lewo i w dół' od krainy Wallace'a i Grommita, czyli do doliny Ribbersdale, w Yorkshire.
Było przepięknie. Pogoda dopisała. Turysci, neistety, też :( Niektóre z maleńkich miasteczek były tak zawalone turystami, że nie można było przejść chodnikiem z powodu tłoczących się na nim ludzi a ulicą z powodu sznurów samochodów.
Na szczęście na szlaku zawsze pozostawała opcja przyspieszenia pod górkę i zostawienia 'onych' w tyle.
Tym razem przeszliśmy jakieś 15 km Pennine Way. Stopy pobolewają mnie do dziś, ale było warto.
Lece przygotowywać następny wypad!

:)









19:43, formaprzetrwalnikowa , Podróże małe i duże
Link Komentarze (5) »
środa, 22 sierpnia 2007
Przychodzi gruba baba do lekarza
Tym, którzy uważają, że jestem złośliwa i obcesowa w stosunku do moich pacjentów, polecam lekturę sobotnich feletonów Dr Copperfielda w Timesie.
Ten doświadczony GP obdarzony dodatkowo ostro ciętym piórem porusza w nich aktualne problemy wyspiarskiej nacji w kontekście zdrowia.
W ostatnią sobotę na ten przykład, pan doktor zajął się brytyjczyków podejsciem do otyłości:
http://www.timesonline.co.uk/tol/life_and_style/health/our_experts/article2274143.ece
Przychodzi gruba baba do lekarza a ten życzy sobie, żeby ją zważyć. A potem zaczyna się cała polka z odchudzaniem obejmująca etapy:
1. Ależ ja jem jak ptaszek
a/ to muszą być moje hormony (łatwa do obalenia teoria)
b/ to na pewno któreś leki (chociaz faktycznie niektóre leki, zwłaszcza psychiatryczne mają takie działanie uboczne, to samo odstawienie leku nie sprawi, że osobnik schudnie)
2. Dieta (która oczywiscie nie działa - patrz punkt pierwszy)
3. Weight Watchers lub inny tego typu obficie reprezentowane na wyspiarskim rynku wysysacz kasy i czasem tłuszczu (często również nie dający efektów - patrz punkt pierwszy)
4. Exercices on prescription (działa! ale za mało, a poza tym przestaje, jak się kończy 'recepta' a poza tym: patrz punkt pierwszy)
5. Leki (częściej pomagają zgubić zawartość jelit niż zbędne kilogramy)
6. 'something must be done' - czyli żądanie któregoś z dostępnych w ramach NHSu zabiegów operacyjnych pomagających schudnąć - dostępne za darmo dla wszystkich z BMI powyżej 40 lub powyzej 35, jeśli są jakieś powikłąnia otyłości (kto widział osobnika z BMI>35 bez powikłań otyłości, jak cukrzyca, wieńcówka, nadciśnienie?)

Ale niedługo konsultacje lekarskie będą wyglądały inaczej.
Jacyś naukowcy odkryli, że otyłość jest powodowana przez... wirus! I to taki, którego łatwo złapać!
http://news.independent.co.uk/health/article2881419.ece
Dramat! Łapie się takiego wirusa od kaszlącej koleżanki w pracy (naukowcy nie podają, czy tylko otyli się źródłem zakażenia) a on nasze niewinne komórki macierzyste przekształca w groźne i trudne do pozbycia się komórki tłuszczowe.
Na pocieszenie naukowcy mówią, ze nie u wszystkich zakażonych rozwinie się otyłość; jakiś wpływ na to będzie miał 'pewien rodzaj siedzącego trybu życia, który sprzyja tyciu' ('the sort of sedentary lifestyle that favours putting on weight').

Szkoda mi tych biednych GPsów. Oczyma duszy widzę, jak przychodzi gruba baba do lekarza i już od drzwi woła
- Panie doktorze, znów przytyłam - to na pewno ten wirus. Niech mi pan antybiotyk jakiś na to zapisze.


Czasem sobie myślę, że odkrycia naukowców przynoszą ludzkości więcej szkody niż pożytku.


:-/
08:56, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (12) »
sobota, 18 sierpnia 2007
Co tam, panie, w pracy piszczy?

Nie lubię złych wiadomości - zwykle nakręcam się nimi bardziej niż są tego warte, więc wole je omijać. Wyćwiczyłam sobie oko tak, że złe wieści zwykle trafiają w obszar plamki ślepej ;-)
Niestety, wątek pt 'Bezrobocie wsród psychiatrów' na tubylczym forum lekarskim uparcie wymykał się z tegoż obszaru, więc po kilku dniach wewnętrznej walki, przeczytałam go i teraz spieszę popsuć humory tym z Czytelników, którzy wybierają się na wyspy w poszukiwaniu pracy, niekoniecznie w mojej specjalności.

Wygląda na to, ze ciągu ostatnich 15 miesiecy sytuacja na rynku pracy dla consultant psychiatrist zmieniła się dramatycznie: w Londynie na ogłoszenie, na które wczesniej nie odpowiadał nikt, teraz jest 17 zgłoszeń. Poza Londynem nie jest aż tak źle (w midlands: 10 aplikantów na miejsce), ale jest coraz mniej locumów na psychiatrii dorosłych (stanowiska obejmują konsultanci z kontraktem na stałe); łatwiej jest znaleźć pracę w old-age, learning disability i child and adolesent.

Podobno jest ponad 100 osób ze specjalizacją z okulistyki i bez stałego kontraktu.

Ginekologia i położnictwo: obserwuje się tendencję do redukcji stanowisk konsultantów o 20%; jest ok 100 chętnych nowych specjalistów na o wiele mniej miejsc.

Zajrzałam na kilka forów innych specjalności, ale nie zauważyłam podobnych w wątków, ale BMJ Careers z tego tygodnia wyrzuca 220 ofert pracy na stanowisko substantive full time post dla konsultantów różnych specjalności:
- 19 z anestezjologii
- 9 z kardiologii
- 3 z neurologii
- 8 z ginekologii i położnictwa
- 3 z okulistyki
- 29 z psychiatrii (ale tylko 4 w general adult, w tym jeden na Orkadach)
- 19 z radiologii
- 11 z chirurgii

zainteresowanych szczegółami odsyłam na:
http://www.bmjcareers.com/tpl/jobsCurrent.php


Spanikowanym kurczącymi się zasobami polecam rady jednego z forumowych kolegów po fachu, znanego z ciętego języka:

For married or co-habiting female doctors in their mid-30's: get an irreversible tubal ligation, one ah them really good tight ones, and ensure that you have a certificate to prove it - and attach it as the first page of your CV.

For younger male doctors whilst competing:
1. Stop listening to songs with choruses that go "Things will only get better" - except when legless on a Saturday night (or whatever your favourite night for getting hammered).
2. Begin studying law, especially Company Law.
3. Avoid magical thinking - and hopes of 'rescue' by some powerful body like the RCPsych etc etc.
4. Study the history and trajectory of how doctors in the UK have been treated.
5. Dare to be an unpoplular realist.
6. Know that in any system a percentage of people will be affected by cognitive dissonance which leads them to stay to the very end - ensure you're not one of them.

For 'juniors' that happen to be not so junior consider going into business. Do some business studies pronto. It doesn't have to be business 'or' medicine. It could be both - a 'sliding scale' approach that does not exclude continuing with the 'rat race' to some degree'.


Wszystkim życzę powodzenia :))
12:56, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (2) »
wtorek, 14 sierpnia 2007
Miedzy bogiem a czlowiekiem
Refleksja nad zawodem lekarza


Niedawno, po raz kolejny, mialam okazje dyskutowac z nielekarzem (pozdrawiam Pania Doktorantke od Emigrant Dream) o tym, jak to z nami lekarzami jest. Ze sie domagamy specjalnego traktowania, podwyzek, przywilejow itepe, zupelnie jakby innym tez sie nie nalezal szacunek, tez nie mieli zle, tez nie chcieli zyc lepiej. A przeciez, jak i inni, jestesmy tylko ludzmi, wykonujacymi tylko prace.
Przeklenstwo naszego zawodu lezy w owej 'schizofrenii': z jednej strony jestesmy zwyklymi ludzmi, wykonujacymi wyuczona prace (nie oszukujmy sie: nauczenie sie tego fachu nie wymaga jakich nadprzyrodzonych zdolnosci; jeden z moich kolegow mawial: 'Medycyna to 10% talentu i 90% twardej dupy'), odpowiedzialna i owszem, ale czyz kierowcy autobusow tez nie odpowiadaja za zycie i zdrowie innych ludzi?
Ano, odpowiadaja. I roznie im to wychodzi, podobnie jak nam.
Z drugiej jednak strony wymaga sie od nas poswiecenia, potepia za wyjazdy za granice i pogon za pieniadzem.
Mamy byc bogami wladajacymi zyciem i smiercia, zdrowiem i choroba. I ludzmi - zwyklymi czlonkami spoleczenstwa, trybikami maszyn.
Ratujemy ludziom zycie - dobrze. Domagamy sie za to pieniedzy - zle. Mamy odwage jechac na wojne - dobrze. Mowimy, ze wysylanie zolnierzy, zeby strzelali a za nimi lekarzy, zeby ratowali tych, ktorych zolnierzom nie udalo sie usmiercic jest bez sensu - zle.
Boimy sie - zle. Mowimy, ze sie boimy - jeszcze gorzej.

The last king of Scotland v 2.0, czyli wywiad z Mikolajem - lekarzem, ktory zaraz po stazu pojechal do Iraku:
http://www.gazetawyborcza.pl/1,76842,4381236.html

Za Twoją pracę tam, za odwagę i przyznanie się do jej braku, za siłę
i bezsilność. Za człowieczeństwo.
Szacunek, Mikolaj :)
10:26, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (6) »
piątek, 10 sierpnia 2007
Tajemnica szyfru Marabuta

Jako dawna fanka tworczosci niejakiej J. Chmielewskiej czesto zastanawialam sie, jak rodzina i znajomi Autorki reaguja na wykorzystywanie ich postaci w jej tworczosci. Czy sie nie obrazaja, ze z kogos zrobila morderce, albo ze napisala, ze ktos ozenil sie z kims dla pieniedzy?
I na ile inni pisarze wymyslaja swoich bohaterow, a na ile bazuja ich postaci na osobach z otoczenia?
Ja na przyklad mam takie hobby, ze kolekcjonuje historie o napotkanych w zyciu ludziach. Historie te staja sie pozniej przypowiesciami, ktorych czesto uzywam w celach terapeutycznych i mam je pogrupowane  w zbiorki, np:  Mozesz Zmienic Swoje Zycie Jesli Chcesz, albo: Ludzie To Maja Pomysly, albo: Rzeczy Nie Sa Takie Jakimi Wydaja Sie Byc. i wiele innych.
Bohaterow tych historii zaszyfrowuje mniej lub bardziej, bo nie o osoby tu chodzi tylko o Idee.
Podobnie jest z blogiem.

Z racji kolejnej fali zainteresowania moim blogiem wywolanej -jak zgaduje- wywiadem, przygladam sie liczbie wejsc z medycznych portali i forow. Czesc z nich jest zamknieta i utajniona, wiec nawet nie moge sobie zajrzec tam i sprawdzic, w jakim kontekscie podano link do mojej pisaniny. Co oczywiscie nakreca moja paranoje, bo rownie dobrze moze byc to wpis w stylu: 'Poczytajce se te duby smalone naiwnej panienki' (luzny cytat z komentarza do komentarza na temat mojego blogaska). hehe.
I mysle sobie: a moze podczytuja mnie jacys Starzy Znajomi i zastanawiaja sie, kim jest Bromba a kim Glus i gdzie sie podzial Kajetan Chrumps???

Z serdecznym pozdrowieniem dla Utajnionych Anestezjologow


;-)

ps. Halotan :)

16:49, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (4) »