Świata stan psychiczny
poniedziałek, 25 sierpnia 2008
Bo kura na mnie patrzy
Albo: agency versus structure cd

Olimpiada się skonczyła, pałeczkę sztafety organizacji igrzysk Pekin przekazał wczoraj Londynowi.
Londyńczycy już wiedzą a nawet zaakceptowali fakt, że 2012 będzie 'humbler, smaller and smarter'. Mają budżet mniejszy o połowę, inne stadiony i inną kulturę. Widzą to jednak nie jako przeszkodę czy trudnośc, ale jako 'opportunity' i zapowiadają, że igrzyska w 2012 nie będą 'ani lepsze, ani gorsze, ale inne'. Lord Coe, szef London 2012 już zapowiada, że jego Olimpiada nie będzie tylko pokazem umiejętności sportowych i cyrkowych akrobacji, ale 'sport as a bridgehead to other things': wartości kulturowych, dziedzictwa narodowego czy choćby zainteresowania futbolowych 'couch potatos' innymi dyscyplinami sportu.

Medalowy wyścig w Pekinie skończył się wygraną gospodarzy. Podejrzewam, że zasłuzyli sobie na to ciężką pracą, choc pewnie i własna widownia dopomogła. Brytyjczycy, czwarci w tabeli świętują gorąco każdy medal i zapowiadają, że za 4 lata będzie jeszcze lepiej. Ci, którym medali się zdobyć nie udało, mimo pokładanych w nich nadziei, przyznają się, jak młodziutki skoczek do wody Tom Daley że 'could have performed better in the final'. Nawet Paula Ratcliff, której kolejny raz nie udało się ukończyć biegu z powodu kontuzjowanej nogi, mimo doskonałej wymówki, bije się w piersi, że za mało trenowała: "I was trying to achieve the impossible because the amount of running I had done wasn't enough and you can't take short-cuts in the marathon".

Takie myślenie jest mi zdecydowanie bliskie: jeśli osiągnęłam zamierzony cel, to jest to mój sukces. Jesli go nie osiągnęłam - za mało pracowałam. Żadnych tam pechów, pleców i przekupionych sędziów. Internal locus of control, czyli poczucie wewnętrznej kontroli nad własnym życiem.
Przez ostatnie 3 lata ciężko pracowałam, żeby osiągnąć płynność w angielskim - stąd ogólny wynik mojego IELTSa: 8.5. Niestety, do pisemnej części sie nie przyłożyłam i stąd (wystarczajace do rozpoczęcia studiów, ale nie zadawalające mnie) 7.5. Przez następnych 6 miesięcy będę nad tym pracować.

Przyznaję też otwarcie, że irytują mnie ludzie, którzy źródła wszelkich swoich niepowodzen (i sukcesów) lokują w świecie zewnętrznym, a sukcesy bliźnich przypisują plecom, 'układom', czy w najlepszym wypadku szczęściu. Jest to jedna z rzeczy, których nie trawiłam w Polsce. Niestety, takie podejście do 'agency and structure' zdecydowanie nie przysparza mi popularności w pracy, a walka z pasywnym oczekiwaniem na 'pigułkowy cud' doprowadziła mnie do decyzji o wykopaniu 'escape tunel'. (O tym innym razem)

I dlatego tłumaczenia polskich sportowców, dlaczego nie udało im się osiągnąć oczekiwanego sukcesu wywołały u mnie mieszane uczucia. Rozbawiła mnie imponująca kolekcja polskich wymówek: 'Bo spiker darł się na całe gardło', 'Bo sędzia nie znał reguł', 'Bo trener kazał się nie wygłupiać', itepe itede (więcej tutaj). Ale po chwili refleksji, czytając artykuł Tomasz Lisa, doszłam jednak do wniosku, że to tak naprawdę bardzo smutne zjawisko. Dowodzi, że setki lat doskonalenia się w wiktymologii wryły się tak bardzo w pamięc, że stały się cześcią charakteru narodowego, ba - istotą polskości. 

Przypomina mi to moją tchórzliwą kuzynkę:
- Kaaaasia do doooomu!
- Nie mogę.
- Czemu?
- Bo kura na mnie patrzy...


:-/
10:14, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (14) »
środa, 13 sierpnia 2008
Ale to już było...

Kolejny esej z nauk społeczych napisany i wysłany. Moja świadomość współczesnego świata niniejszym powiększyła się o globalizację. Oraz odkrycie, że w kwestii dyskusji nad tymże zjawiskiem stoją po stronie transformacjonalistów, czyli zwolenników teorii, że 'pogłoski o globalizacji są przesadzone'.

Przy okazji czytania materiałów kursowych doszłam również do wniosku, że zaczęło mi się podobać kwestionowanie róznych tzw. ustalonych prawd, czasem ot, dla samej sztuki kwestionowania.
Jednakowoż w kwestii w/w globalizacji nie posunęłabym się aż tak daleko, by twierdzić, że wszystko już kiedyś było i to, co obecnie obserwujemy jest jednynie kontynuacją i postępem zjawisk znanych ludzkości od wieków, jeśli nie tysiącleci.
Że ludzie zawsze podróżowali, że się komunikowali, że handel kwitnął między państwami odległymi od siebie o setki kilometrów. Ba, nawet że media nadal w większości zajmują sie sprawami lokalnymi, a globalne seriale przerabiane są na modłę lokalną.
Że co? Internet? Phi! Już to przerabialiśmy...

'(...) Zrewolucjonizował biznes, sprowokował powstanie nowych form przestępczości, zalał uzytkowników powodzią informacji. Zakwitły romanse i sztuka wymyślania i łamania kodów. Rządy i agencje regulujące próbowały bezskutecznie kontrolowac nowe medium. Trzeba było na nowo przemyśleć wiele spraw, od zbieranie informacji po dyplomację. Tymczasem, w plątaninie kabli, dojrzewała techniczna subkultura, z własnymi obyczajami i językiem.'


I teraz zagadka: o czym ta notatka?




;-)
08:50, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (4) »
niedziela, 03 sierpnia 2008
Gospodarka, głupcze
Czyli: Niewidzialna ręka rynku


Zmorą i niewyczerpalnym źródłem mniej lub bardziej zdesperowanych komentarzy dla tutejszych lekarzy, głównie rodzinnych, są prośby/żądania wystawienia 'zaświadczenia o'.
Rodzajów zaświadczeń są gazyliony, tyle ile potencjalnych możliwości wykorzystania ich. Od niezbędnych i uzasadnionych, przez biurokratyczne, do absolutnie absurdalnych.
A to czy starsza pani z osteorporozą, cukrzycą i nadciśnieniem może wykonać skok spadochronowy ('it's for charity, you know'), a to zaświadczenie dla przedszkola, że dziecko miało dwudniową sraczkę i musiało zostać w domu (żeby rodzice nie musieli płacić za dni nieobecności malucha w przedszkolu), a to znów, że nowy partner mamy dziewiątki dzieci w rodzinach zastępczych został uzdrowiony z mordeczych skłonności mamy owej miłością (żeby dzieci mogły przyjeżdżac do mamy na weekendy). A do tego setki 'sick notes' (L4), zaświadczeń uprawniajacych do odbioru zasiłków i anulowania 'gym membership' i innych bzdur.

Rodzinni maja mnóstwo roboty bez wypisywania głupawych zaświadczeń. Zapotrzebowanie jest ogromne, moce przerobowe lekarzy nieporównywalnie mniejsze, nie wpominając o niechęci do tego typu zadań. Trudno się więc dziwić, że niewidzialna ręka rynku poruszyła machinę, z której wyskoczył taki oto serwis internetowy:
http://www.doctorsnotestore.com/uk_doctor_fake_sick_note.html

Za jedyne £24,99 można zamówić 'autentycznie wyglądajacą replikę zwolnienia' albo listu anulującego tak trudny do anulowania abonament za siłownię. Wszystko ładnie napisania na 'oficjalnym papierze', z prawdziwą pieczątką. Wzory zaświadczenia do obejrzenia w galerii. Puste lub wypełnione. Dostarczone w ciągu 48 godzin, bez dodatkowych kosztów.
Oferta specjalna: buy one, get one free - nie do pogardzenia, jako że wypadki chodzą po ludziach, a lekarze już nie. 'You never know when you'll have to explain your absence again'.

I na nic protesty, pomstowania, grożenie sądem. Jest popyt, jest podaż.
Adam Smith rulez!


It's the economy, stupid!



;-)
09:06, formaprzetrwalnikowa , Brać lekarska, brać!
Link Komentarze (4) »