Świata stan psychiczny
piątek, 28 września 2007
Prestiż zawodu
albo: jeszcze medycyna czy już szamanizm?


W dzisiejszym BMJ opublikowano krótką notkę dotyczącą badania przeprowadzonego wśrod norweskich lekarzy i studentów medycyny.
Do 305 senior doctors, 500 lekarzy rodzinnych i 490 studentów ostatniego roku wysłano kwestionariusz z prośbą o przypisanie oceny od 1 do 9 na skali prestiżu 38 jednostkom chorobowym i 23 specjalnościom medycznym. Aby ominąć pułapkę potrzeby pokazania siebie samego w lepszym świetle, poproszono, by liczba opisywała prestiż, jakim wg odpowiadającego dana dziedzina cieszy się w środowisku lekarskim.
http://www.bmj.com/cgi/content/full/335/7621/632-b

Hm, wyniki tego nie były zaskakujące. Każdy student medycyny wie, że jeśli powie, że chce zostać kardiochirurgiem to od razu jego szanse u dziewczyny wzrosną; a w dyżurkach lekarskich istnieje mniej lub bardziej nieormalna konkurencja tzw trudnych przypadków.
Nic dziwnego, że na czele 'prestiżowych' chorób znalazł się zawał serca, guz mózgu, białaczka i uraz śledziony.

Zasmucił mnie jednak dół skali. Lista wygląda podejrzanie znajomo: fibromialgia, zaburzenia neurotyczno-lękowe, nerwica depresyjna, schizofrenia i anoreksja...
Aż strach pytać kolegów innego fachu, czy oni nas, psychiatrów w ogole za lekarzy uznają
Czy bardziej za szamanów?


:-/
22:47, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (10) »
niedziela, 23 września 2007
I lodowiec stworzył...

Dawno, dawno temu, jakieś 16 milionów lat temu, klimat naszej planety bardzo się ochłodził, a okolice równika stały się suche. To sprawiło, że zaczęły wymierać lasy, a ich miejsce zaczęła zajmować sawanna.
Później pokrywa lodowa Antarktyki zaczęła się rozrastać, blokując w śniegu i lodzie ogromne ilości słodkiej wody.
Jakieś 2.7 mln. lat temu rozpoczęło się zlodowacenie półkuli północnej. Lądolody Arktyki dotarły do wysokości, na których dziś leżą Nowy Jork, Birmingham czy Kopenhaga, ale wieczna zmarzlina skuwała ziemię aż po Morze Śródziemne i Morze Czarne.
Po zlodowaceniu nastąpiło ocieplenie. Później znów nadeszła epoka lodu, po niej ocieplenie - i tak w kółko jeszcze kilka razy. Ostatni z chłodnych okresów, tzn Mała Epoka Lodowa, miała miejsce jeszcze nie tak dawno temu - między XV a XX w. i to ona jest odpowiedzialna za opowieści o podróżach saniami przez zamarznięty Bałtyk.

Jedną z pozostałości epok lodowych są lodowce. Te ogromne masy śniegu i lodu nie tylko są największym magazynem słodkiej wody. Ich wędrówki po naszej planecie wgryzły się w jej krajobraz: rozprzestrzenianie się i wycofywanie, podmywanie i wymywanie, topnienie i zamarzanie...

Wędrujący doliną lodowiec zmienia jej kształ z ostrego V na łagodne U:




Zalane doliny polodowcowe zamieniają się w fiordy:



W tych niezalanych często tworzą się jeziora: rynnowe - długie, wąskie, głębokie, układajace się w dawnej rynnie lodowca:



lub morenowe: duże, płytkie, o rozwiniętej linni brzegowej:



Lodowce są także odpowiedzialne za powstawanie oczek jeziorkowych, wzgórz morenowych, wodospadów i jeszcze mnóstwa, mnóstwa innych cudów natury, 
których nie wymienię, bo czasu i miejsca by zabrakło.
Jedno wiem: gdyby nie lodowiec, nie byłoby tak pięknych miejsc jak Norwegia.

Chyba zostałam czcicielką lodowca

;-)

11:16, formaprzetrwalnikowa , Podróże małe i duże
Link Komentarze (8) »
wtorek, 11 września 2007
Take your kids shopping
Pod koniec lipca wyspy obiegła paraliżująca wiadomość: mieszkańcy UK są zadłużeni na więcej niż wynosi ich dochód na głowę.
Najgorsze, że większość tych długów to tzw unsecured debts, czyli długi niezabezpieczone (nie mających zabezpieczenia majątkowego w przeciwienstwie do np. kredytów hipotecznych), z kartami kredytowymi na czele.
Gazety pisały o tym, że ludzie nie mają pojęcia, na ile są zadłużeni, używają kredytów z jednej plastkiowej karty do spłacania długu z drugiej, itd.

Winę za tak złe wyniki przypisuje się ogromnemu pędowi do wydawania pieniędzy na przyjemności. Wg Creditaction:
- ponad 8.3 mln (niemal 20%) urlopowiczów zadłuża się, żeby zafundować sobie wyjazd wakacyjny, z czego ponad 60% używa do tego celu kard kredytowych, a 14% overdrafts)
- w samym tylko lipcu sprzedaż online wzrosła o 80% w stosunku do ub. roku, bijąc dotychczasowe rekordy
- przeciętna impreza ślubno-weselna kosztuje ok 20.000 GBP, a przecietny gość wydaje 386 gbp
- dla porównania przeciętny rozwód kosztuje ok 28.000 gbp

- liczba hazardzistów dzwoniących po pomoc na specjalną linię dla hazardzistów wzrosła o ponad 1/3 w ciągu ub. roku, ze średnim długiem deklarowanym przez tych nieszczęsników wynoszącym 13.867 gbp

 http://www.creditaction.org.uk/debtstats.htm

Ponoć w wydawaniu pieniędzy królują kobiety- wg badania przeprowadzonego przez USwitch prawie 770.000 wyspiarek to shopaholiczki, wydające średnio ponad 1800 gbp rocznie na ubrania.

http://www.financedaily.co.uk/News/FemaleShopaholicsFaceDebtCrisis_322.html

Media pełne są informacji o tym, jak rozpoznać sygnały 'bad spending' i jak wygrzebywać się z długów, bo brytole wolą schowac głowę w piasek niż 'face reality'. Wg wspomnianego wyżej CreditAction: 1/3 dorosłych w ogole nie planuje wydaktów, a ci którzy to robią poswięcają temu zadaniu srednio 5 minut na tydzień. Nic więc dziwnego, ze 25% brytoli nie ma pojęcia ile wydaje tygodniowo a 26% - ile wydaje miesięcznie, a tylko połowa zna balans swoich kart kredytowych.
Młodzież, niestety, nie rokuje wiele lepiej: około 15% osob między 18 a 24 rokiem życia myśli, że ISA (Individual Saving Account) to jakiś dodatek do iPoda, a 10% ,z e to 'energy drink'.

Nic dziwnego, mili państwo. Wiedzę o gadżetach i używkach zdobywali od urodzenia.

- I love my grandkids. I spend quite a lot of time with them. - powiedziała jedna z moich pacjentek - I take them shopping and everything.
Ale kiedy zapytałam, co to 'everything' oznacza, okazało się, że neiwiele, bo na wyprawy do miejsc takich jak kino, muzeum czy nawet wesołe miasteczko nei ma kasy, a na darmowe spacery po okolicznościach przyrody zdrowia. Więc zabiera je na zakupy.
A potem przychodzi w depresji, bo znów pieniędzy zabrakło.


Take your kids shopping! Niech się gospodarka kręci.
Ja tez będe miała zajęcie


:-/





Ps. Pozdrawiam znad walizek spakowanych na wakacje opłacone z oszczędności a nie karty kredytowej. Kierunek: dzikie fiordy Norwegii, zero telewizji i internetu, zakupy planowane tylko w celu uzupełnienia racji żywnościowych.
Do przeczytania :)

10:52, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (8) »
niedziela, 09 września 2007
Between the devil and a deep blue sea

Czyli: Między prawem a etyką lekarską.


Ostatni dyżur przed urlopem przyniósł niespodziewany zalew nietypowych spraw.
Spraw wywołujących gęsią skórkę i panikę 'oranyjulekjaktobyło?!'

Bo czy o 22.00 godzi się przenosić z jednego szpitala do innego pacjenta, który właśnie stracił ukochaną żonę z jednego szpitala do innego, bo się lekarzowi kierującemu pomyliły 'catchment area', tylko dlatego, że się orydynator wścieknie, że zabraliśmy mu ostatnie wolne łóżko?

Czy podpisać zgodę na 2 godzinny urlop pod eskortą rodziny pacjentce przyjętej wbrew woli, bo lekarz prowadzący się podobno zgodził, ale zapomniał wypisać papier?

Czy wreszcie podpisany 2 miesiące temu przez lekarza na oddziale wewnętrznym dokument Do Not Resuscitate jest nadal ważny na oddziale psychiatrycznym?

'Wspołczesna opieka zdrowotna przynosi wyjątkowo złożone i wielowarstwowe dylematy etyczne i czasami lekarze są nieprzygotowani, by sobie z nimi radzić' - piszą we wstępie autorzy (darmowego, online) kursu etyki medycznej sygnowanego przez World Medical Association.
Dziwnym zbiegiem okoliczności zapisałam się nań wczoraj rano.

'Medical ethic raises questions about physician behaviour and decision-making – not scientific or technical questions such as how to treat diabetes or how to perform a double bypass, but questions about values, rights and responsibilities. 
Ethics should not be confused with law. One difference between the two is that laws differ significantly from one country to another while ethics is applicable across national boundaries. In addition, ethics quite often prescribes higher standards of behaviour than does the law, and occasionally ethics requires that physicians disobey laws that demand unethical behaviour'

http://www.lupin-nma.net/


Wszystkim zagubionym między diabłem prawa a głębokim morzem etyki medycznej polecam!

23:09, formaprzetrwalnikowa , Brać lekarska, brać!
Link Komentarze (9) »
piątek, 07 września 2007
Raport mniejszości
albo: Kropla drąży skałę


31.05.2007 James Watson, współodkrywca podwójnej helisy DNA, stał się pierwszym człowiekiem, któremu zsekwencjonowano genom.
Projekt ten trwał 2 miesiące i kosztował 1. mln dolarów (ok. 500.000 GBP) - oczywiście taka sława, jak Dr Watson nie musiała płacić rachunku!
W jednym z wywiadów noblista twierdzi, że koszty takich badań będą szybko się zmniejszać i wkrótce mogą byc dostępne 'na kasę chorych'. Sprawi to, że swiat będzie piękniejszy, medycyna spersonalizowana a ludziom będzie się żyło lepiej, piękniej i będa dla siebie bardziej tolerancyjni.

No, za cholerę tych uroków nie mogę sobie wyobrazić, zwłasczza zaś tego ostatniego. Dr Watson argumentuje, że jeśli będzie wiadomo, że ktoś w genach ma zapisany, powiedzmy, zespół Aspergera - wtedy będziemy wiedzieli, ze nie jest zwykłym dziwakiem, tylko chorym człowiekiem, więc będziemy dla niego bardziej wyrozumiali itepe.

Artykuł w jednym z ostatnich numerów Economista przedstawia jednak zupełnie inny obraz. Oprócz rosnących kosztów prewencji chorób, które mogłyby się nigdy nie objawić, autor podejmuje temat tajności danych zebranych z sekwencjonowania genomu i używania ich do różnych celów, z ubezpieczeniami zdrowotnymi na czele. Już w tej chwili kompanie ubezpieczeniowe w UK mają prawo dyskryminować posiadaczy genu wywołującego pląsawicę Huntindgtona i modyfikować koszty polisy, jeśli jej posiadacz jest mężczyzną. A ostrzą już aptetyty na więcej.
Wyobrażacie sobie, jakim żyznym polem dla waszego ubezpieczyciela będzie otwarta księga waszego DNA?
A dla waszych pracodawców?
A dla wszelkich władców tego świata?
Science- fiction, hę?





Jedna z najgorętszych debat ostatnich dni w UK dotyczy propozycji, by wszyscy mieszkańcy kraju i wszyscy przyjeżdzający złożyli genetyczne 'odciski palców' w specjalnym banku DNA.
http://news.independent.co.uk/uk/crime/article2934322.ece
Cel? Poprawa bezpieczeństwa narodowego poprzez zwiększenie możliwości odnalezienia sprawców przestępstw dzięki DNA własnie.
Tony Blair w zeszłym roku powiedział, ze nie widzi powodu, dla którego 'DNA każdego czlowieka nie miałoby być trzymane w takiej bazie danych'. Z komentarzy, jakie usłyszałam i przeczytałam (włączając kolegów po fachu na forum) wynika, że nie jest jedynym, kóry nie widzi.
Ja widzę. I na szczęscie jeszcze kilka innych osób.
Gordon Brown na szczęscie też widzi coś poza biurokracją i problemami logistycznymi.
Widzi zagrożenie wolności obywatelskich.
Bo od takiej bazy już krok do prewencji przestępst bazowanej na DNA - wystarczy jesczze trochę popracować nad mapowaniem genów odpowiedzialnych za argesję i zachowania antyspołeczne.
I hop - do Raportu mniejszości.
I do 1984.

TP mówi, że przed '11/09' taka propozycja ze strony rządu byłaby nie do pomyślenia.
Kropla drąży skałę.
By-by civil liberties?


:-/
08:54, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (2) »
sobota, 01 września 2007
A tummy bug or a bugbear?
czyli: plaga chorobowych


Każdego roku brytyjska gospodarka traci mnóstwo pieniędzy z powodu chorobowego pracowników. W 2006 straty te wyniosły 13.4 mln GBP, z przeciętnym 'przydziałem' chorobowego na pracownika wynoszacym 7 dni - o pół dnia wiecej niż w roku poprzednim.
Co gorsza, pracodawcy sądzą, że ok 12% tych nieobecności nie jest spowodowane autentyczną chorobą, a służy wydłużeniu weekendu albo wakacji czy też 'leczeniu' kaca, albo - jak to było w zeszłym roku - pozwala oglądac mecze pucharu świata.
Takiej rozmaitości pokus trudno się oprzeć, zwłaszcza że prawo zezwala na wzięcie do 3 dni chorobowego bez konieczności przynoszenia zwolnienia lekarskiego.

Oczywiscie, w 'sick records' królują pracownicy sektora publicznego ze średnią 9 dni chorobowego na pracownika.
Mogłam się o tym znów przekonać wczoraj.
Z 22 osób tworzących głowny skład naszego zespołu 3 nie pracują w piątki, 3 są czasowo przeniesione do innych działów, 5 jest na urlopie (włacznie z managerem), 1 miała 'flexi day', 2 są na długoterminowym chorobowym, a 2 zadzwoniły rano, że są chore i nie przyjdą.

Kiedy wreszcie z gęstwiny opisów na tablicy, na której zapisujemy kto gdzie jest i keidy wraca, wyłowiłam jedyną oczekiwaną tego dnia pielęgniarkę- okazało się, że recepcjonistka własnie rozmawia z nią przez telefon - dzwoniła z GP surgery, że nie przyjdzie, bo złapała tego 'żołądkowo-jelitowego' wirusa, którego rozsiała J.
Na placu boju została recepcjonistka, J, która rozsiała 'tummy bug', Zastępująca Szefa, psycholożka i ja.

23% zespołu na chorobowym.
Niezły wynik, nie?
Aż dziw, że to się jeszcze jakoś kręci...


:-/



ps. Sicness absence rate of staff in NHS in 2004 za Department of Health:
  • The national sickness absence level for 2004 is 4.6%.
  • The rates of sickness absence vary by trust type; for example, levels are considerably higher in ambulance trusts (6.2%) than in acute trusts (4.4%).  The rate for the relatively small number of staff in Strategic Health Authorities is lowest of all at 2.5%.
  • 11:48, formaprzetrwalnikowa
    Link Komentarze (2) »