Świata stan psychiczny
poniedziałek, 29 września 2008
Chleba i igrzysk
czyli nad dziennikarską etyką refleksji kilka.


Ta historia zaczyna sie wiele lat temu, kiedy jej bohaterka jako nastolatka zakochana w głosie Tomasza Beksińskiego , poczuciu humoru Grzegorza Miecugowa (i umiejętnościach pianistycznych Macieja Sojki, współtwórcy TVN24) marzyła o tym, żeby zostać dziennikarzem.
Ale ponieważ współczesne poradniki Creative Writing radzą, żeby zaczynać opowieść, kiedy główna postać musi stawić czoła jakiemuś problemowi, zacznę ją w chwili, kiedy bohaterka przeczytawszy kilka artykułów, zastanawia się nad sensem zasad, ktore jej wpojono.


1. Journalism's first obligation is to the truth

Kluczem do pisania dobrych artykułów, jak podają poradniki, jest pisanie nie dla siebie, ale dla potencjalnego czytelnika: 'to inform and entertain the reader'.  A czytelnika trzeba sobie przyciągnąć.
Przyciąganie czytelnika w erze Information Society jest trudne. Codziennie wszyscy jesteśmy zalewani powodzią wiadomości: w telewizji, radiu, gazetach i Internecie. W tak olbrzymiej masie trudno wyłowić nie tylko informacje ważne, coraz trudniej oddzielić prawdę od fałszu, interpretację od nadinterpretacji, ba: to co się wydarzyło od tego, co nigdy nie miało miejsca. Współczesne media pełne są wiadomości z dupy wziętych, sfabrykowanych lub wylansowanych w celu przyciągnięcia czytelnika (patrz: artykuł Wojciecha Sadurskiego). Nawet kosztem zasad dobrego dziennikarstwa.


2. Its first loyalty is to citizens

Czytelnik staje się bowiem nowym bogiem mediów. To on przyciąga Rozdawców Dóbr Wszelakich, czyli reklamodawców  lub polityków. A czym przyciągnać kogoś, kto już wszystko widział i słyszał? Jeszcze większa dawką sensacji.
Media, zwane czwartą władzą, coraz cześciej zarzucają swoje trzy podstawowe funkcje: informatywną, interpretującą i kulturową na rzecz czwartej: rozrywki.


8. It must keep the news comprehensive and proportional

Pierwszym haczykiem na czytelnika jest tytuł. Tytuł musi więc być 'mocny', najlepiej żeby był krótki, oddziałujący na emocje, wykorzystujący nietypowe skojarzenia, albo po staremu kojarzący sie z seksem. Dobrze, żeby był 'na fali', najlepiej emocji, ktore aktualnie poruszają target czytelniczy, jak walka ze złem: 'Bez łapówek szpital przetrwa tylko cztery miesiące'. I nieważne, że artykuł jest nie o tym, że w Polsce się bez łapówek prowadzić szpitala nie da, tylko o tym, ze jak się chce to można i o absurdach polskiej biurokracji. Tytuł ma mocno złapać czytelnika za fraki i grać na jego emocjach, bez względu na to, jak daleki jest od rzeczywistości.

Dobry tytuł jednak nie wystarczy, zeby zatrzymac odbiorcę. Potęga prawego przycisku myszki czy tradycyjnego palca wskazującego odwracajacego stronę jest zbyt duża. Czytelnikowi złapanemu na tytuł nalezy temat artykułu zaserwować w pierwszej linijce i dać do zrozumienia, ze dalej napięcie bedzie już tylko rosnąć. 'Wstrząsające świadectwo lekarki' to dobry tekst na 'wstępniak', nawet jeśli nienapisany i niezamierzony przez autora.


3. Its essence is a discipline of verification

Dobrze jest wyjąć jedno-dwa zdania z kontekstu tekstu i umieścić je w boksie na marginesie. Takie 'wycinki' również przyciągają uwagę czytelnika. Wykorzystać do tego celu nalezy zdania krótkie, ale wzbudzajace silne emocje: 'Autorki blogów rezygnują z odpowiedzialności za siebie i zastępują ją wirtualną egzystencją w cyberprzestrzeni'.
A potem już wystarczy pisać, byle na temat, koniecznie nadal odwołując się do emocji. Najlepiej tych 'nieogranych', jak odraza czy pogarda. Dobre emocje się już dzisiaj nie sprzedają. Pomóc w tym może odpowiedni dobór informacji, tak by nie tylko pasowały do tezy artykułu, ale mocno ją ilustrowały - 'grosz do grosza i 7 tys się uzbiera'. 'Podkręcanie' kolorów emocjonalnych też dobrze się w tej roli spisuje - wystarczy tylko dodać szczyptę interpretacji, sprawdzanie faktów jest 'passe': 'Jedyną szansą ucieczki z kredytowego potrzasku okazuje się emigracja'.

Weryfikować? Najlepiej w trzech różnych źródłach? To bajki dla naiwnych grafomanów, którzy myślą, ze z książek można się sztuki dziennikarskiej nauczyć.


Naiwną ofiarą tychże książek jestem. Żałosną amatorką. Pełną ideałów adeptką przyglądania się rzeczom z różnych perspektyw, emocje zostawiajacą na bardziej intymne okazje.
Rzetelność? Etyka dziennikarska? Oddzielenie informacji od interpretacji?
Po co?
Czytelnicy chleb już mają.

Igrzysk im trzeba.


:-/



Ps. Śródtytuły pochodzą z artykułu Principles of Journalism 
00:34, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (23) »
czwartek, 18 września 2008
Ósma noga Louise czyli ziewając z podekscytowania
Wrócilismy z wakacji. Tym razem znów nie pojechaliśmy do Francji, z tym ze zamiast do Szkocji, na wakacje 'zamiast do Francji" pojechaliśmy do Walii.
A w Walii, jak to w Walii, padało.
Nie to jednak było najgorsze, bo po trzech latach to ja się do deszczu przyzwyczaiłam. Najgorszy dla mnie był brak zajęcia. W trzecim dniu naszej podrózy narrow boat po Langollen i Ellesmere Canals miałam już przeczytane wszystkie zabrane książki i gazety, łódka była wysprzątana, monotonne i niefotogeniczne krajobrazy obejrzane, opowiadania na konkursy wymyślone a ja zaczęłam żałować, że nie zabrałam drutów. TP natomiast wniebowzięty nicnierobieniem kwitł u steru i wyśmiewał się ze mnie.

Bo ja, proszę państwa, jestem Mironowa 'Kicia-Kocia, odwrotność bezrobocia' i nie potrafię siedzieć bezczynnie w jednym miejscu dłużej niż 20-30 minut.

Męczyłam się zatem przez następnych kilka dni, dozując sobie Timesa zakupionego w jedynym kiosku w okolicy i porządkowanie łódki. Nieco rozrywki przynosiły mi także obserwacje mijających nas i mijanych przez nas innych łódek.
Wychodzi mi na to, że narrowboats to nie tylko rodzaj wypoczynku, to sposób na życie i a nawet subkultura.

Narrowboats, to jak nazwa wskazuje, wąskie łodzie, oryginalnie specjalnie zaprojektowane, by przewozić towary po kanałach Anglii i Walii. Transport wodny był zawsze najtańszym rodzajem transportu dla większych ilości dóbr wszelakich, więc Mr Thomas Telford (ten od Ironbridge i Industrial Revolution), słynny brytyjski architekt i inżynier wpadł na pomysł wybudowania w brytanii sieci kanałów łączących naturalne akweny wodne, by dobra wszelakie wydobywane w okolicznych kopalniach i produkowane w pobliskich warsztatach mogły trafiać we własciwe miejsca. Kanały były wąskie i dość płytkie, bo wykopanie ich wcale nie było takie łatwe, więc musiano wymyślić specjalnie przystosowane do poruszania się po nich wąskie, siłą rzeczy długie, drewniane łodzie.
Początkowo ciągnięte były przez konie, które z kolei poruszały się po wytyczonych wzdłuż kanałów ścieżkach. Konie na początku XX w zastąpiły silniki parowe i dieslowskie, ale zapotrzebowanie na przewóz towarów ta drogą zmalało znacznie a po wojnie zaniknęlo zupełnie, przejęte przez transport kolejowy i drogowy.
To jednak nie oznaczało końca wąskich łodzi.

Konie zastąpiono silnikami dieslowskimi, część ładunkową dostosowano do życia, na drzwiczkach do kabin zaczeto malować kwiaty i zamki - cargo wyparli ludzie, którzy zakochali się w narrowboats jako sposobie na życie.
Obecnie po kanałach Wielkiej Brytanii pływa ok. 30,000 takich łodek, większość z nich jest współcześnie budowana i zaopatrzona we wszelkie zdobycze cywilizacji, od światła w kabinach, ciepłej wody w prysznicu po wygodne fotele i telewizję satelitarną. Większość z tych łodzi jest stylizowana, ale można także spotkać wiele autentycznych, starych, tradycyjnych łodzi, odnowionych i 'odpicowanych' tak, że urodą i komfortem nie ustępują tym współczesnym. Nic dziwnego, że wiele osób decyduje się porzucić tradycyjny tryb życia i osiedlić się na takiej łódce na stałe, w sezonie niezimowym lub spędza nań każdą wolną chwilę.

Jako że 'top speed' takiej łodzi to zaledwie 7km/h, kanały, o przeciętnej szerokości dwóch łodek są miejscami tak wąskie, że płynie się niemalże burtą dotykając do brzegu, niekiedy natykając na 'przeszkody' pod postacią śluz, mostków zwodzonych i tuneli, a na dodatek jest w nich płytko, możecie sobie wyobrazić, w jakim tempie płynie życie na takich łodziach.
Ano w spacerowym. Emerytalnym spacerowym. W trakcie naszej wycieczki niejednokronie byliśmy wyprzedzani przez maszerujących brzegiem spacerowiczów z psami, a raz próbę ścigania się na wodzie podjęła grupa kaczek (miłosiernie pominę rezultat tych zawodów).

Nic też dziwnego, że spotykani po drodze miłosnicy narrowboats w przerażajacej większości byli w wieku emerytalnym, acz wciąż dość żywotnym. Miara tej żywotności jest perfekcja do jakiej doprowadzili sztukę ozdabiania swoich łódek. 
Jedną z moich niewielu rozrywek w czasie tej 6 dniowej podróży stało się więc czytanie nazw narrowboats, zaglądanie do ich wnętrzy i fotografowanie cudów, które wlasciciele umieścili na ich dachach.
Oto kilka perełek z mojej kolekcji:

Dachy łódek generalnie służą jako ogórdki. Najczęściej więc stawia się na nich donice z kwiatami oraz specjalne 'kultowe' malowane dzbanki i konewki. Często właściciele używają tej przestrzeni w bardziej praktyczny sposób, zamieniając dachy w warzywniaki; co zdolniejsi ogrodnicy nawet sprzedają swoje plony (jak podejrzewam) sąsiadom:




Wiele osób na dachu 'sadza' swoich pluszowych ulubieńców - niech się wietrzą:
wietrzenie pluszaków



Ci, którzy zdecydowali się przenieść na narrowboat całe swoje życie czesto przeznaczają cześc przestrzeni na warsztat. Produkują głównie gadżety związane z narrowboaciarstwem: pokazane powyżej malowane dzbanki, obrazki wieszane na okiennicach łodki, linowe obijacze, czy takie oto ozdobne talerzyki (również wieszane na otwieranych na zewnątrz okiennicach) i figurki zwierząt umieszczane na sterze:
talerzyki


Podróżowanie taką łódką po wąskim kanale nie jest jednak tak zupełnie pozbawione wrażeń: a to z tunelu się trzeba wycować pośpiesznie, bo ktoś nim już płynie, a to się dachem w mostek zwodzony przywali, a to się przygruntuje raz czy drugi... A jeśli komuś tego mało, zawsze pozostają lokalne festiwale łodkowe (narrow boats rally), na które, jak podejrzewaliśmy z TP wyczekuje się cały rok, szczegółowo obmyślając dekorację, którą chce się olśnić widownię.
Mnie np olśniły

Miejsce 3.: Pełna gala flagowa:
gala falgowa


Miejsce 2: Wallace and Gromitt:
wallace and gromitt


Miejsce 1: Pierwszy człowiek na Księżycu lub (dla wtajemniczonych) Doctor Who:
dr who 


W kategorii nazw egzotycznych natomiast wygrała 'Noga Louise no 8' (pisownia oryginalna) przed 'Mesothelioma' (wisielczy humor właściciela?).



I tak, pękając ze śmiechu i  dopłynęliśmy do naszej mariny, mijając po drodze zwiewających z podekscytowania dziarskich staruszków.
Następny taki rejs to ja na emeryturze.

Jutro popłyniemy daleko


;-)
00:44, formaprzetrwalnikowa , Podróże małe i duże
Link Komentarze (63) »
czwartek, 04 września 2008
Kill Jill?
Czyli: W poszukiwaniu części zamiennych.


Przez ostatnich kilka dni w mediach dużo się mówi o transplantologii. Wczorajszy odcinek serialu o historii chirurgii 'Blood and Guts', był poświęcony 'Spare parts'. A tematyka przeszczepów przewija się gdzieś pomiędzy zwyczajowym śmieciem informacyjnym.
Główną burzę wywołuje propozycja zmiany w brytyjskim prawie z opt-in, czyli aktywnego wyrażenia zgody na pobranie narządów po śmierci, na opt-out, czyli domniemaną zgodę na bycie dawcą, jesli się aktywnie nie wyrazi sprzeciwu. Podobno większość społeczeństwa, podobnie jak większość MP popiera nową propozycję, ale lekarze i pielęgniarki są bardziej sceptyczni i rozważają protesty. Przyznaję szczerze, ze nie bardzo rozumiem dlaczego.

Od wielu lat chciałam dołączyć do grona potencjalnych dawców, w Polsce próbowałam zapisać się do banku szpiku (po tym, jak kilka osób w mojej rodzinie zmarło na nowotwory krwi i szpiku), ale pokonała mnie biurokracja. Więc, kiedy tylko usłyszałam, że w UK istnieje bardzo prosta metoda zostania potencjalnym dawcą, podpisałam zgodę na wykorzystanie wszelkich nadających się do 'recyclingu' organów po mojej śmierci. Stałam się posiadaczką Donor Card i poczucia, że jeszcze się na coś mogę społeczeństwu po śmierci przydać. 

Mnie już system opt-in wydawał się świetnym sposobem na poradzenie sobie z problemem braku narzadów do przeszczepów, ale okazuje się, że to nadal za mało - stąd propozycja zmiany w prawie. TP dziwi się, że w tak rozwiniętym i 'ześwieczczonym' kraju jak UK kwestia pozwolenia na pobranie narządów jest nadal tematem kontrowersyjnym. Pewnie, ze daleko im do Polski, gdzie sama byłam świadkiem kłotni rodzin z lekarzami 'Mój ojciec nigdy by nie pozwolił na to, żeby go po śmierci kroili na kawałki' wobec pisemnego oświadczenia rzeczonego zmarłego zezwalającego na pobranie narządów po jego śmierci, ale tak zupełnie bezkonfliktowo to nie jest. Mimo staran i wielu kampanii, wskaźnik oddawania narządów do przeszczepu jest jednym z najniższych w krajach rozwiniętych. Hiszpanie są podobno dwukrotnie bardziej chętni, by zostać dawcami - ciekawe, czy filmy pana Almodovara się do tego przyczyniły?

Poza przedstawionym powyżej sceptycznym stanowiskiem medyków, dużo zamieszania wywołała także reklama szkockiego NHSu, zachęcająca, by zostać dawcą narzadów (niestety, nie mogę wkleić klipu, więc podaję link)

Reklama pod tytułem 'Kill Jill?' wywołała oburzenie pewnych środowisk i sprawila, ze Advertising Standards Authority otrzymała 10 skarg od osób, które uważały, że filmik jest 'misleading, offensive and distressing because it implied that people who did not register as organ donors were killing someone".
Okazało się jednak, że klip ten przysporzył się do zwiększenia puli potencjalnych dawców o 300%  co nie udało się wcześniejszym, łagodniejszym kampaniom. Widocznie Szkoci potrzebowali aż takiego 'walenia po oczach i sumieniu'. Na szczęście rząd szkocki uniknął kary za tak twarde podejście do sprawy i reklama nadal może być pokazywana.

A ty, pozwoliłbyś, by twoje organy uratowały komuś życie?
You have 20 seconds to decide

.
21:01, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (20) »