Świata stan psychiczny
niedziela, 26 września 2010
Jak nie urok to front atmosferyczny wielkosci Australii

czyli: Chasing the wrong dreams?


No to chyba sie wywialo. Uff!

Po trzesieniu ziemi, aftershocks, najbardziej deszczowym sierpniu (i wrzesniu) w historii zapisow pogodowych przyszlo 7 dni wichur takich, ze dachy zrywalo, przerwacalo drzewa, a latajace trampoliny atakowaly slupy trakcji elektrycznej i narodowe media.
Podobno najwiekszy na swiecie, podobno wielkosci Australii i podobno przeszedl.
Przeszedl z wyspy polnocnej na poludniowa.
Kto to mi mowil, ze klimat w Nowej Zelandii lagodny jest?

Czuje sie troche jak ten pan, ktory zmienial miejsca zamieszkania co kilka miesiecy, bo sasiedzi niedobrzy, dzieci dokuczaja, albo zyly wodne nie w tych miejscach co trzeba.
Wlasnie powstrzymalismy go przed wyprowadzka do Australii. Przewlekly zespol urojeniowy.

Pogoda, miejsce zamieszkania, czy ilosc pieniedzy na koncie to sprawy wtorne, najwazniejsze, zeby byc w srodku szczesliwym.
Wiem, wiem.
Problem w tym, ze jak sie przez lata gonilo za niewlasciwymi marzeniami, to teraz trzeba frycowe placic.
10 lat zajelo mi zorientowanie sie, ze tak na dluzsza mete ja sie do tego zawodu nie nadaje. Ile potrwa odkrecanie zakreconego swinskiego ogonka?

Poki co pisze jak oszalala. Mr Pretender and Dead Princess zbliza sie do polmetka. W swietle powyzszego wyznania zapieranie sie, ze powiesc ta nie zawiera watkow autobiograficznych jest bez sensu. W synopsis wlasnie wypolerowanej na kolejny konkurs, jak byk stoi: 'Kasia, the main character, is chasing the wrong dreams'.

Glupia Kaska forma!



;-)

10:26, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (3) »
sobota, 18 września 2010
Impostor syndrom

Czyli: I co ja robie tu, p. 2

A wszystko przez to, ze sie w niedziele Psiolce przyznalam, ze od czasu kiedy omal sie nie rozplakalam na Allocation Meeting w community team (pod koniec lutego) nie mialam wiekszego Career Crisis i po raz pierwszy od kilku lat znow mnie kreci moja praca.

W poniedzialek zignorowalam zaproszenie na wyklad, bo wydal mi sie malo ciekawy. We wtorek ktos wsunal mi pod drzwiami artykul, ktory natychmiast wyladowal na stercie 'Do Przeczytania' z boku komputera. We srode moj pierwszoroczny stazysta 'zagial' mnie z receptorow. We czwartek na Peer Revew Group siedzialam cichutko zastanawiajac sie, skad Oni biora takie informacje. W piatek znow nie poszlam na Journal Club, bo mnie smiertelnie nudzi. A w sobote...
Ech, w sobote i niedziele zajmowalam sie pisaniem.

Powroty poweekendowe i powtorkowe sa coraz trudniejsze - moje poczucie nieadekwatnosci narasta z tempem, w jakim moja wiedza psychiatryczna wypierana jest przez wiedze na temat pisania. Czuje sie jakbym miala Impostor Syndrome, chociaz wiem, ze moje odczucie bierze sie z tego, ze mnie juz moj zawod nie kreci :-(

Spedziwszy poltorej godziny na przegladaniu spisu konferencji naukowych usilujac znalezc cos interesujacego na tyle, by mnie zmusic do wybrania sie chocby po to, zeby odebrac certyfikat udzialu (i moc sobie to wpisac w Professional Development Program), zrobilam przerwe na refleksje. Nie ma sensu sie oszukiwac. Pracowac jestem w stanie, bo mam do czynienia glownie z ostra psychiatria, zadnych tam Chronic Acopias and Shitty Life Syndromes. Kreci mnie ta praca, bo razem z garstka entuzjastow zaczelismy Wielkie Zmiany (ktore moga mi sie przydac w kopaniu tunelu).
A reszta? Nie trzeba tegich glow...

'Są takie rzeczy że nikt nie zaprzeczy
po co tu się głowić'


Ide dalej kopac tunel.

11:07, formaprzetrwalnikowa , Digging the escape tunnel
Link Komentarze (7) »
wtorek, 07 września 2010
Ironia losu

About the importance of switching off your inner editor and ignoring the spellchecker


Rozdzial 5 mojej ksiazki prawie skonczony. Wyglada na to, ze pomysl z braniem jednego dnia w tygodniu wolnego na pisanie zdaje egzamin. Swiadomosc, ze ma sie tylko okreslona liczbe godzin do dyspozycji motywuje do tego, by wykorzystac ten czas jak najbardziej efektywnie.
Jeden dzien/tydzien - jeden rozdzial (tzn zarys rozdzialu w jeden dzien, 'polerowanie' przez reszte tygodnia).

Odwlekanie i marnowanie czasu (Procrastination) to tylko jedna z wielu pulapek czyhajacych na  aspirujacego pisarza. Innym wielkim wyzwaniem jest Wewnetrzny Edytor - taki maly czlowieczek, ktory siedzi w glowie lub na ramieniu i krytykuje (stad inna nazwa: Wewnetrzny Krytyk).
Krytyka, w tym wypadku dotyczy jakosci przerzuconych na e-paper slow, a jej efektem jest znaczne zwolnienie szybkosci pisania, a co gorsze - potrzeba poprawiania, przepisywania, ulepszania tego, co sie juz napisalo. Z niekoniecznie dobrym skutkiem.

Bo w pisaniu najwazniejsze jest, zeby wreszcie To z siebie wyrzucic, najlepiej na papier lub e-papier. Potem dac pierwszemu szkicowi odpoczac.
Edyt sie zrobi pozniej, jak czlowiek dystanu do swego dziela nabierze.

Jako osobnik posiadajacy Wewnetrznego Krytyka -Perfekcjoniste, na dodatek dotknietego OCD jestem skazana na wieczne meki poprawiania, przepisywania, ulepszania, wyszukiwania jeszcze-lepiej-oddajacego-to slowa w kolejnym slowniku, googlowania a-czy-tak-sie-w-ogole-po-angielsku-mowi i czy-aby-na-pewno-to-zdanie-jest-poprawne.
A jak juz przebrne przez te pulapki, zawsze zostaje przekleta cienka czerwona (falujaca) linia spellchecker'a. Czy jeszcze ktos z was nie potrafi sie oprzec przymusowi klikniecia na podswietlone slowo i poprawienie bledu?
Brrr!


Ironia losu - OCD przeszkadza mi w pisaniu ksiazki o OCD.
Hehe, to moze ja juz wroce do pisania
Ee, chcialam powiedziec: poprawiania.


;-)

13:03, formaprzetrwalnikowa , Gone writing
Link Komentarze (1) »
niedziela, 05 września 2010
A No-Go zone

albo: Z Basni O Krainie Mlekiem i Miodem Plynacej.


Na wstepie mego listu pozdrawiam Was bardzo serdecznie. Zyjemy.

Trzesienie ziemi dotarlo do nas tylko w wiadomosciach, tak zalanych informacjami o efektach 7,1 w skali Richtera, ze katastrofa samolotu na Fox Glacier zginela w nawale gruzu sypiacego sie w Christchurch.
Trzesienie ziemi spowodowalo ogromne szkody w budynkach, sieciach elektrycznych i telefonicznych, wywolalo powodzie. Na szczescie nie ma ofiar smiertelnych.
W katastrofie samolotowej zginelo 9 osob - wybrali sie poskakac ze spadochronow, a.k.a. ponurkowac w niebie (skydiving).

Ironia losu. Rzeczy na niebie i ziemi, o ktorych nie snilo sie filozofom.
Miejsce akcji - South Island, najpiekniesze miejsce na ziemi.


Tymczasem w Auckland kolejny weekend dobiega konca. Zamknieta autostrada, ktora na niemal 2 dni zatrzymala miasto podobno ma byc otwarta przed zaplanowanym terminem. Szpitale, otrzasnawszy sie z wielotygodniowego strajku pracownikow laboratoriow, podobno jakos sobie radza ze strajkiem radiografow.
Tymczasem straszyzna lekarska wszelkich specjalnosci w calym regionie probuje latac dziury powstale po naglej odmowie brania nadgodzin przez mlodziez. Po obnizeniu stawek registrarzy wszystkich stopni wypieli sie na zarzady health boards a my obudzilismy sie z reka w nocniku kombinujac, jak tu jeden konsultant ma zrobic robote dwoch registrarow, swoja i jeszcze sie nastepnego ranka na oddziale pojawic.
Problem w tym, ze akcja, choc wyglada na zorganizowana nie jest oficjalna, wiec nie mozna wprowadzic 'stanu wyjatkowego', ani zaczac negocjacji.

I nawet sie poskarzyc nie moge, bo przeciez mnie ostrzegano; 'It's like Britain, but 30 years ago.'
Hm, raczej 40 lat temu. Zdecydowanie przed porzadkami pani Thacher.


No i gdziez ta Kraina Mlekiem i Miodem plynaca?

10:42, formaprzetrwalnikowa , The World Upside Down
Link Komentarze (4) »