Świata stan psychiczny
środa, 31 października 2007
In search of snow in Snowdonia
- Powinnaś się wreszcie wybrać na jakieś porządne wakacje - powiedziała matczynym tonem Moja Sekretarka.
- Właśnie zamówiłam noclegi w Walii. Jedziemy do Snowdonii.
- Snowdonia? i Co wy tam będziecie robić? - popatrzyła na mnie troskliwie - Chodzić? Zwiedzać? A wypoczywać to gdzie? Nie mogłabyś pojechać sobie wreszcie na jakieś leniwe wakacje w Hiszpanii albo innym ciepłym kraju... poleżeć na plaży albo nad basenem, sącząc drinka?

Ano nie mogłabym.
Jestem stworzeniem, które z natury swej nie znosi bezczynności. Leżenie w łóżku z zamkniętymi oczami dłużej niż pół godziny przyprawia mnie o ból głowy. Nie wspominając już o leżeniu na plaży. Mam nawet takie powiedzonko, że żebym leżała na plaży dłużej niż 5 minut, musiano by mnie przybić do piasku gwoździami.

A z tą Snowdonią to było tak:
Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam tę nazwę w jakimś magazynie, myślałam, że to nazwa 'krainy z bajki', czegoś jak Narnia czy ZaGóramiZaLasami.
Wydawało mi się niemożliwe, by naród tak praktyczny i pragmatyczny, śnieg oglądający głównie na obrazach i w reklamach, nadał taką nazwę realnemu miejscu.
Ale wkrótce przekonałam się, że się myliłam i Snowdonia jest jak najprawdziwszą krainą w Walii, w dodatku krainą piękną.
I jedyne, co między bajki mozna włożyć to śnieg:


[Snowdonia National Park]


[Widok ze Snowdona, najwyższego szczytu Walii]


[już nie Snowdonia, a Powys, jeden z zbiorników wody pitnej dla wielkich aglomeracji Midlands]

Jak widać, pogoda nam dopisała.
Walia spodobała nam się, chociaż w większości przypadków nie mieliśmy bladego pojęcia, jak wymawiać nazy odwiedzanych miejsc.
A ja kolejny raz dowiedziałam się, że moja niechęć do chodzenia po górach jest głęboko zakorzeniona, wielowarstwowa i niezmienna od 20 lat.
I że nie powinnam, NAPRAWDĘ nie powinnam, dla psychicznego i fizycznego zdrowia własnego i osób mi towarzyszących, wybierać się w góry. Jakiekolwiek góry.
Poprzednie doświadczenie pt. Górwica_w_Pirenejach wystarczyło mi na 12 lat.
Ciekawe, jak długo będe pamiętać Panikę_Nad_Rwącym_Wodospadem...


;-)
19:51, formaprzetrwalnikowa , Podróże małe i duże
Link Komentarze (7) »
czwartek, 25 października 2007
Poskramiacz lwów
Znacie ten skecz Pythonów:

http://www.youtube.com/watch?v=XMOmB1q8W4Y



?


Od kilku miesięcy w ramach radzenia sobie z kryzysem w miejscu pracy w szczególe i kryzysem sensu mojej pracy w ogole, snuję fantazje o tym, co jeszcze innego w życiu mogłabym robić.
Jako że nie mam dość motywacji, zeby się wybrać na konferencję poswieconą alternatywnym karierom lekarzy w przyszłym miesiącu w Londynie, muszę sobie radzić na domorosłe sposoby.

Postanowiłam dać sobie kolejną szansę zostania pisarzem albo przynajmniej dzinnikarzem. W tym celu zabrałam się wreszcie za kurs Creative Writing, na który zapisałam się rok temu i do tej pory nie zrobiłam nic. Na razie wysłałam potwierdzenie, ze jednak chcę ten kurs skończyć i po wielu miesiącach skończyłam pierwszy assignement. Czeka na wysłanie.
Nałogowo oglądam TVFood, próbując później wytworzyć zaobserwowane cuda we własnej kuchni, w nadziei zostania drugą Nigellą Lawson (oczywiscie, w mniejszym rozmiarze i nie mam tu na myśli metaforycznego rozmiaru ;-).
Próbuję rozgryźć zasady przygotowywania zdjeć do sprzedaży.
Zrobiłam test predyspozycji zawodowych na bbc:
http://www.bbc.co.uk/science/humanbody/mind/surveys/careers/index.shtml
Ale wynik był tak dziwny, ze aż strach go wspominac (wyszło mi, że ostatnią robotą , za jaką się powinnam zabierać jest taka jaką wykonuję!!)

A dzis rano w kolejnym rzucie desperacji zrobiłam test na stronie NHSu: Pick a career from the mix.
Oto jej wynik:
http://www.stepintothenhs.nhs.uk/Result.aspx?SessionID=cecad529-1d4e-4c09-9d66-077cad96cc97


[chórek: Vocational Guidance Councellor]



;-)
23:02, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (7) »
wtorek, 23 października 2007
Już po wyborach. To kiedy wracacie?
i po wyborach.
Część Polski i chyba cała Europa odetchnęły z ulgą.
Niemcy cieszą się, że znów się będzie można z tymi zza Odry dogadać, Francuzi wyrażaja nadzieję, że Polska wreszcie będzie porządną obywatelką Europy a Anglicy podziwiają wyborczą mobilizację emigrantów.
Polskie media nawet zaczęły przebąkiwać cos na temat naszych powrotów:
http://www.alert24.pl/alert24/1,84880,4602623.html

Prasa wyspiarska tymczasem od kilku tygodni roztrząsa na różne strony niedawne pogłębione badania na temat wpływu imigrantów na brytyjską gospodarkę.
Ubiegłotygodniowy The Economist ironizuje, że Home Office opublikowało dwa badania: jedno opiewające 6 bln funtów, jakie pracujący ciężej niż wyspiarze imigranci dorzucili do ekonomicznego garnka; i drugie, w którym załamuje ręce nad obciązeniami, jakim w związku z 'zamorskimi' przybyszami poddawane są służba zdrowia, policja i służby socjalne. 
W wyemitowanym kilka tygodni temu w Channel 4 reportażu na podobny temat, rodowici mieszkańcy wysp żalili się zwłaszcza na to, że obcy odbierają im mieszkania socjalne i zajmują ich dzieciom miejsca w szkołach oraz ze przez nich wzrosla ilosc drobnych przestepstw.

Narzekano również na Polaków: że odbierają pracę brytyjczykom, co przyczynia się do obniżania płacy minimalnej; i na to, że ostatnio przerzucili się z grupowego wynajmowania klitek na kupowanie domów, co podbija ceny na i tak rozgrzanym do czerwoności rynku mieszkaniowym, odbieramy tubylcom niskowykwalifikowaną pracę.
Staliśmy się też w oczach brytyjczyków coraz bardziej wybredni jeśli chodzi o pracę: już nie chcemy brać 3xD (dirty, dangerous, difficult) jobs, pniemy się po szczeblach kariery, sięgamy po stanowiska managerskie, domagamy się podwyzek a w najgorszym przypadku zwracamy się do związków zawodowych o ochronę naszych interesów:
http://www.nytimes.com/2007/10/19/business/worldbusiness/19migration.html?pagewanted=1&_r=1


I chociaz w ogólnym rozrachunku imigranckim jako narodowość nie wypadamy źle (wysoki odsetek osób zatrudnionych, niski - social housing):


[The Economist]

w ogólnej atmosferze narastającej ambiwalencji wobec imigrantów, desperackich pomyslow na radzenie sobie z obcokrajowcami zapychajacymi wiezienia:
http://news.bbc.co.uk/1/hi/uk/7059283.stm
i najnowszego zmartwienia, że na wyspach robi się coraz ciaśniej:
http://news.independent.co.uk/uk/this_britain/article3088076.ece
zastanawiam się, które z brytyjskich mediów pierwsze napisze:
'Już po wyborach. To kiedy wracacie?'


?




ps. pytanie techniczne: czy ktos z Czytelników zna niezawodny sposób na ukrywanie linków, bo mi ten tradycyjny (z a href) częsciej nei działa niż działa?
23:45, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (2) »
Science is not here to make us feel better
- Nauka nie istnieje po to, byśmy się czuli lepiej – powiedział Noblista James Watson odpierając zarzuty o rasizm swojej wcześniejszej wypowiedzi o genetycznym uwarunkowaniu różnic w IQ:
http://news.independent.co.uk/sci_tech/article3075664.ece
- Nasze poglądy na świat powinny opierać się na stanie naszej wiedzy, na faktach, a nie na tym, jakim byśmy chcieli ten świat widzieć - dodał:
http://comment.independent.co.uk/commentators/article3075642.ece

Ludzie nigdy nie byli tacy sami. Rasa ludzka wyewoluowała jako zbiór osobników podobnych do siebie tylko 'z grubsza': postawa wyprostowana, mózgoczaszka większa od twarzoczaszki, naga skóra, konczyny górne z przeciwstawnym kciukiem, dolne - dostosowane do chodzenia.
Dla kreacjonistów: bóg stworzył nas mężczyzną i kobietą, z założenia różnopłciowymi.
Materiał genetyczny zapisany w DNA naszych przodków ewoluował jeszcze wolniej niż oni zdobywali nowe umiejętności i podbijali nowe terytoria. Ewoluował jednak zgodnie z prawami genetyki, prowadząc do wyszkałcania się 'endemicznych odmian'. To dlatego rdzenni mieszkańcy Afryki mają ciemną skórę (albo raczej jak sprostowała Gypsi: biali mają białą, bo utracili gen kodujący barwnik), Norwegowie niebieskie oczy, Żydzi aszkenazyjscy wysoką zapadalność na rzadką chorobę Tay-Sachsa a Eskimosi są niscy.

Political Corectness jest wymysłem naszych czasów. Ludzie nie są równi wobec matki natury: jedni dostają w 'wyprawce' letalne geny, inni mniejszą odporność na choroby zakaźne, jeszcze inni brzydki nos albo brak poczucia humoru, który przyczyni się do tego, że nie pozostawią po sobie potomstwa.
Dzięki tej różnorodności świat jest ciekawy; jedni są świetnymi inżynierami, inni genialnymi kucharzami, są wielbiciele Marmite'a i sympatycy opalania, mężczyzni wolący brunetki i zwolenniczki owłosionych torsów, a każda potwora znajduje swego amatora.


Na moim biurku wylądowała kolejna prośba o poparcie wniosku o operację plastyczną na koszt NHS:
'Mam 27 lat, rozmiar 12 i biust tylko 32AA. Mam już dość wypychania biustonoszy i wypróbowywania specyfików powiększajacych biust. Przez małe piersi nie czuję się kobietą i wstydzę się rozebrac na plaży. To wszystko ma negatywny wpływ na moje samopoczucie i tylko operacyjne powiększenie piersi uchroni mnie przed depresją i myślami samobójczymi, które mam od okresu dojrzewania'.

Czytam ten list połową mózgu, bo druga jest zajęta kombinowaniem wytłumaczenia dla organizatorów szkolenia, na którym się nie pojawiłam, choć bardzo mi zależało.
No bo co ja mam im powiedzieć? Ze się zgubiłam?
Ze się zgubiłam, mimo sat-navu, mapy i wskazówek podanych przez organizatorów? Zgubiłam się w drodze do szpitala, w którym byłam już na tylu innych szkoleniach?
Kto mi w to uwierzy?
Przecież wszyscy osobnicy Homo Sapiens, jako hunters-gatherers (myśliwi-zbieracze) zostali wyposażeni w wewnętrzny system nawigacyjny.

Jak tylko nauka odkryje gen odpowiedzialny za orientację w przestrzeni, poproszę o naprawienie mojego, żebym mogła się wreszcie poczuć w pełni człowiekiem.
Najlepiej na koszt NHS.


:-/
08:27, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (3) »
sobota, 20 października 2007
Trąbię na gołębie

Kilka domów dalej ktos karmi gołębie, wysypując pokruszony chleb na środek ulicy. Tą uliczką dojeżdżam do większej ulicy,i dalej - do pracy.
Każdego ranka, na środku i tak wąskiej jezdni siedzi gromadka ptaków. Są na tyle oswojone z miastem, ze nie reagują na dzwięk zbliżającego się samochodu.
Zatrzymuję się więc i trąbię na nie, czekając aż odlecą.
Nie potrafię pomyśleć: 'To tylko gołębie', 'dachovy osrance' - jak je nazywaliśmy w szkole i przejechać przez środek nieswiadomej niebezpieczenstwa grupki.

Gatunek Homo sapiens zszedł z drzewa, ale wciaż ciągnie do 'braci mniejszych'. Trzymamy w domach psy, koty, króliki, rybki, węże, papugi, kanarki, nawet generalnie nielubiane myszy i szczury. Dokarmiany gołębie i kaczki w parku, sikorki w ogródku, sarny w lesie.
I przywiązujemy się do tych stworzeń, jak do innych osobników rodzaju ludzkiego. A czasem nawet bardziej.
TP mówi, że ludzie biorą sobie zwierzaki, żeby się do nich przywiązywać, a one odwdzięczają się tym samym. I o to chodzi.
Angole śmieją się z siebie, że oni bardziej dbają o zwierzęta niż o własne dzieci, na dowód podając, że RSPCA (Royal Society for Prevention of Cruelty to Animals, założone w 1824r) powstało wcześniej niż NSPCC (National Society for the Prevention of Cruelty to Children, założone w 1889).
Już się pogodziłam z faktem, że tutaj ludzie wpadają w depresję po śmierci psa.

Wychowałam się na wsi, gdzie psy i koty (nie mówiąc o myszach i królikach) były traktowane jak zwierzęta gospodarskie. Nie trzymało się ich w domu, ale oczywiście karmiło, bawiło się i głaskało.
Z przywiązywaniem emocjonalnym bywało różnie, niektórzy zastępowali to przywiązywaniem do budy.
Życie w mieście jest inne i zmienia podejście do zwierząt.
W mieście ludzie bardziej przywiązują się do zwierzaków, oferując im dom za cenę resztek wolności, przestrzeni i miejskiej dżungli, w której one nie zawsze potrafią się odnaleźć.

Dziś popołudniu TP znalazł Miśka, naszego kota, z rozjechaną głową, tuż przy naszym podjeździe.
Ktoś go potrącił. Może nawet sąsiadka, parkując samochód.

- Miał dobre życie - powiedział TP zakopując Miśka w ogródku, w miejscu, w którym lubił się wygrzewać - Uratuje życie dwóm innym kotom - dodał później - Weźmiemy ze schroniska dwa kociaki. Dwa - na wypadek wypadku.

Schowałam wszystkie drobiazgi, kojarzące sie z kotem. Był inteligentny, ciekawski, pogodny, grzeczny i ufny. Zabiła go miejska dżungla.
Przepłakałam cały wieczór.



Ja trąbię na gołębie, a wy?



[']

21:29, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (12) »
niedziela, 14 października 2007
Chronią słabszych, pomagają nieporadnym
Z cyklu: nowe obowiązki lekarza.


World Medical Associacion właśnie zatwierdziła nowe wytyczne dotyczące lekarzy: obowiązek profesjonalnego dokumentowania przypadków tortur. WMA ma nadzieję, że w ten sposób możemy przyczynić się do zaniechania takich praktyk.
Cel zbożny i godny pochwały, ale czy skuteczny?



[źródło: The Economist]


Tymczasem na wyspach niejaki Mayur Lakhani - członek rządowej komisji d/s health inequalities i przewodniczący Royal College of PGs wnioskuje, by lekarze rodzinni zapisywali lekcje angielskiego pacjentom, którzy mają trudności z komunikacją w tym języku:
http://www.timesonline.co.uk/tol/news/uk/article2648673.ece
I (znów) pomysł słuszny i godny poparcia, bo lepsza znajomość języka pozwoli na lepszy dostęp do opieki zdrowotnej i będzie korzystna dla całego społeczenstwa, bo: “If you can’t speak English and can’t get a job you’re more likely to have health problems.”. A lekarze rodzinni już stosują niekonwencjonalne metody leczenia ('gimnastyka na receptę' dla otyłych pacjentów). Jednakże wobec katastrof takich jak ostatnie śmierci z powodu wewnątrzszpitalnego zakażenia C. difficile czy odwieczne problemy z lekami na raka, ten projekt z pewnością nie będzie na szczycie listy oczekujących na pieniądze.
A GP znów będą winieni za niewykonywanie swoich obowiązków.


Stany i Wielka Brytania są krajami, które wytyczają nowe standardy nie tylko opieki zdrowotnej czy praw człowieka. Zaskakujące jest więc, jak często owe standardy bywają rozbieżne.
W czasie gdy w USA prezydent Bush wetuje propozycje rozszerzenia children's healthcare insurance scheme (darmowa opieka zdrowotna dla dzieci z najuboższych rodzin), w jednym z zakątków UK zbiera się kolejna komisja ochrony narażonych na wykorzystywanie dorosłych (protection of vulnerable adults). Ideą tej instytucji jest ochrona praw osób starszych, niepełnosprawnych, chorych psychicznie przed wykorzystywaniem przez opiekunów, krewnych i nie tylko. Chlubne to zadania i godne pochwały.
Tym razem jednak komisja zajmować się będzie ochroną osobnika, przeciwko któremu toczy się proces o fotografowanie z ukrycia 'women's different body parts'. Grozi mu więzienie, umieszczenie na ogólnodostępnej liście sex offenders, utrata pracy, a co za tym idzie: utrata domu, utrata dobrego imienia, publikacja zdjęcia i nazwiska w mass mediach. Konsekwencje tego rodzaju przestępstwa.

'To śmierć za życia' - mówi oskarżony i w tajemnicy wyznaje pracownikowi socjalnemu, że jeśli wina zostanie mu udowodniona, to popełni samobójstwo.
Pracownik socjalny szybko kieruje go do psychiatry.
Pomoooooooocy!


Pomooooocy, bo zwiaruję!


:-/
10:46, formaprzetrwalnikowa , Brać lekarska, brać!
Link Komentarze (3) »
wtorek, 09 października 2007
Threatning the life of the nation?
Od kilku tygodni The Economist publikuje serię tekstów o erozji 'civil liberities'. Ubiegłotygodniowy artykuł 'Detention without trial - the stuff of nightmares'  jest refleksją nad walką z 'war against terrorism'. Nad porzuceniem zasady 'habeas corpus' (jedno z najstarszych praw chroniących wolność jednostki i uniemożliwiających arbitralne decyzje), aresztowaniami pod zarzutem podejrzenia o działalność terrorystyczną, wydłużeniem czasu, na jaki można podejrzanego o terroryzm zatrzymać przed udowodnieniem mu winy, przyzwoleniem na zabijanie niewinnych ludzi w metrze tylko dlatego, ze się podejrzanie zachowują, wprowadzaniem nieograniczonego “control order” z elektronicznym tagowaniem, zakazem używania telefonów i internetu oraz ścisłą godziną policyjną na każdego podejrzanego o terroryzm, przyzwoleniem na tortury.

Jest to ewidentnie niezgodne z Europejską Konwencją Praw Człowieka, ale jest dopuszczalne “in time of war or other public emergency threatening the life of the nation”.

Oczywiście, ojcowie tych zmian mają na myśli dobro wyższe - dobro całych narodów, dobro ludzkości. Ludzkości, z której łona przypadkiem wyszło kilka 'potworów', zagrażających jej bezpieczeństwu.
A owa ludzkość godzi się na te jawne naruszenia praw obywatelskich, płacąc w ten sposób za (fałszywe) poczucie bezpieczeństwa i ufając, że ci u sterów nie nadużyją władzy.
I wszystko jest dobrze, dopóki po drugiej stronie barykady znajdują się 'oni'.
Gorzej, jeśli nagle to my okazujemy się wrogami narodu, zagrażającymi jego życiu. 

The White Paper - dokument opublikowany w lutym tego roku przez rząd i GMC przedstawia propozycje zmian w regulacji zawodów związanych ze służbą zdrowia.
Jedna z głównych nowości to propozycja zastąpienia dotychczasowego standard of proof w sprawach o 'fitness to practice' z kryminalnego na cywilny. Co w praktyce oznacza, że do pozbawienia oskarżonego lekarza prawa wykonywania zawodu wystarczy wykazać, że 'on the balance of probabilities' jego działania były niezgodne z przyjętymi standardami. Do tej pory dowody w tej kwestii musiały być 'beyond reasonable doubt'.
Jedno potknięcie - jedna sprawa - jeden balans prawdopodobieństwa i by-by rejestrze, by-by praco, by-by jedyny sposobie zarabiania na życie.

Myślę, że to nie tylko efekt spraw takich jak 'Shipman' czy 'Bristol Case'. Czarne owce zawsze były, są i będą w naszej profesji tak samo jak w każdej innej. Nasz zawód, może nawet i bardziej niż inne, potrzebuje specjalnych regulacji sprawdzających kompetencje i morale osób wykonujących go i kandydatów na nich. Wszystkie mniej lub bardziej cywilizowane kraje mają takie systemy wewnętrznej kontroli. I dobrze, i tak powinno być.
Nie miałabym nawet nic przeciwko 'imperial conditioning' - będącemu częścią procesu szkolenia warunkowaniu uniemożliwiającemu zaszkodzenie pacjentowi, któremu w Akademii Suk podlegali lekarze (F. Herbert: Diuna).

Przeraża mnie świadomość, że to atak na resztki niezależności, która razem z kompetencjami i współczuciem od tysiącleci stanowi filar naszego zawodu.
Przeraża mnie świadomość, że to jeden ze strumyczków coraz silniejszego nurtu podmywającego human rights - będące częscią tego, co czyni nas cywilizowanymi. 
Przeraża mnie świadomość, że dzieje się to w krajach, które od wielu, wielu lat uważają się za 'liberty champions'.

A na poziomie zawodowym przeraża mnie to, że mimo tysięcy głosów sprzeciwu i miliardów dowodów przeciw, proces patrzenia na lekarzy jako na zagrażających życiu narodu już się rozpoczął.


:-/
15:09, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 01 października 2007
17 minut
albo: Przyjaciele, przyjaciele...


Kilka miesięcy temu wielkie łby marketingu martwiły się, że internauci odwiedzający strony takie jak MySpace czy Facebook spędzają na nich przeciętnie zaledwie 17 minut. Zaprzęgnięto więc siły czyste i nieczyste do pracy nad tym, by spędzali tam więcej czasu.
Nie jestem pewna, czy im się to udało, bo dane z lipca 2007 pokazują coś innego:


[za: http://lsvp.wordpress.com/2007/07/23/follow-up-on-top-social-networks-by-engagement/ ]

Czyli 8 - 9,5 minut na wizytę, jeśli moje myślenie matematyczno-statystyczne jest poprawne.

Posprzeczalismy sie z TP, czy te 17 minut to duzo czy malo.
On twierdzi, ze bardzo duzo, zwlaszcza w kontekscie czasu online i, oczywiscie, czasu reklamowego.
Ja mu na to, ze przeciez social networking z definicji dotyczy nawiazywania kontaktow miedzyludzkich a podobno glowna atrakcja takich sieci jest mozliwosc zaprzyjaznienia sie z setkami osob bez koniecznosci wychodzenia z domu. I czy w takim kontekscie 17 minut to duzo?
Tym bardziej,z e jak sie zalogujesz na swoj profil, to najpierw musisz sprawdzic, kto ostatnio cie odwiedzal, pozniej zaladowac fotki z imprezy sobotniej, napisac o niej conieco i sprawdzic, co nowego u 'przyjaciol'.
17 (czy właściwie już 9) minut.
Nie zapominajmy, ze wiele osob w tym samym czasie oficjalnie pracuje.
Ile więc czasu zostaje na zaprzyjaznienie się?
Chyba niewiele.

I czas ten się zaczyna przeciekać przez coraz szybciej klikające palce.
Choć teoretycznie przecietny użytkownik witryn takich jak MySpace czy Facebook spędza na ich przeglądaniu więcej minut na miesiąc, przyrost ten jest znacznie mniejszy niż ilości przegladanych stron, i np dla Facebook w okresie od maja 2006 do maja 2007 zwiększył się o 35%, podczas gdy liczba przeglądanych stron wzrosła o 143%:
http://www.comscore.com/press/release.asp?press=1519

Nic dziwnego, ze trzeba przeglądać coraz wiecej stron - przecież przybywa wirtualnych przyjaciół!
Posiadanie 1000 osób na liście przyjaciół nie jest niczym niezwykłym, nawet jeśli taka przyjaźń przejawia się w 'virtual nodding' i okazjonalnym sprawdzaniu, kto kogo ma na swojej liście. To ostatnie jest szalenie ważne, bo może okazać się, że osoba, którą nazywamy przyjacielem, zadaje się z towarzystwem, które uważamy za nieodpowiednie. Wtedy taką osobę należy usunąć z listy przyjaciół:
http://www.timesonline.co.uk/tol/news/uk/science/article2426229.ece


Kilka lat temu, zafascynowana Internetem zwłaszcza w kontekscie społecznym, napisałam pracę dyplomową o nawiązywaniu kontaktu w sieci.
Pracę zatytułowałam: Złudzenie kontaktu czy kontakt ze złudzeniem.
Teorię z niezbyt obficie dostępnej jeszcze wtedy literatury na temat psychologii internetu, okrasiłam własnymi 'badaniami' - rozmowami przeprowadzonymi w sieci z ludzmi, którzy w tej sieci szukali kontaktu z innymi ludzmi.
Zaskakująco dużej ilości poszukujących nie udało się znaleźć tego, kogo lub czego szukali.

Nie zdziwiły mnie więc rewelacje Willa Readera - psychologa z Sheffield Hallam University opublikowane w ubiegłym tygodniu:
http://www.guardian.co.uk/technology/2007/sep/11/facebook.myspace
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80285,4506159.html

Cieszę się, że prawdziwa przyjaźń jeszcze nie umarła i mam nadzieję, ze nie ludzkośc nie pozwoli jej rozmyć się w wodnistej, letniej zupie:
- Friends? You asked me if I have friends? - upewniła się - You mean: the people whose numbers I've got in my mobile?


;-)

23:24, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (9) »