Świata stan psychiczny
czwartek, 30 października 2008
Jeśli przyśni ci się władza...


Dzisiejsza sesja szkoleniowa poświęcona była nowemu Mental Health Act (Ustawa o Ochronie Zdrowia Psychicznego), który wchodzi w życie 3. listopada. Miało być szkolenie zorganizowane odgórnie przez menagerstwo, ale prowadzący nie dojechał, więc omówiliśmy najważniejsze zmiany własnymi siłami.
Na moje szczęście spotkanie to było pozbawione gorących emocji, jakie zwykle towarzyszą kolegom po fachu dyskutującym na ten temat. Bo dla tutajszych lekarzy nowy MHA jest kolejnym dowodem na to, że NuLabour ich nie lubi i za wszelką cenę stara się ich poniżyć i odebrać im...
No własnie, co odebrać?
Prawdę mówiąc, to nie bardzo rozumiem te spory, bo zwykle porzucam czytanie kolejnego artykykułu lub posta, jak tylko zorientuję się, że to znów TE narzekania. 

Najpierw był New Ways Of Working - program mający na celu na celu zlikwidowanie psychiatrów (w towarzystwie kolegów po fachu wolę się nie przyznawać, ze jestem zwolenniczką NWW, bo to jak przyznanie się, że się człowiek kąpie raz w miesiącu).  Pożniej 'choroba' przejmowania leczenia przez pielęgniarki i innych 'noctors' (od: nocere = szkodzić + doctor) rozpowszechniła się na pozostałe specjalizacje. Mój stażysta mówi, że teraz jeśli człowiek chory trafi do A&E (oddział ratunkowy) to musi mieć niebywałe szczęscie (lub raczej nieszczęście), żeby być przyjętym przez lekarza. Większośc zadań jest wykonywana przez pielęgniarki.

Rwetest o ustawę zezwalającą pielęgniarkom i farmaceutom po szkoleniu (kilkutygodniowy kurs) na przepisywanie pewnej grupy leków trwa do dzisiaj, a koledzy uwielbiają się przerzucac błędami i idiotyzmami popełnionymi przez owych 'supplementary prescribers'.
 Pielęgniarki odbierają lekarzom nie tylko pracę, ale także i tytuły! Nurse consultant, nurse specialist, senior practitioner - czy jak tam siebie zwą. A że lekarzom niedawno zabroniono nosić fartuchy i zegarki to teraz lekarza od pielęgniarki nawet po ubiorze się nie odróżni. 

Ja się generalnie zgadzam z tezą, że jakby się zasad diagnozowania i leczenia można było nauczyć na kilkutygodniowym kursie, to studia medyczne nie trwałyby tyle lat a lekarze nie musieliby się do końca życia uczyć. A jak ktoś chciał zostać lekarzem, to mógł iść na medycynę a  nie na pielęgniarstwo.
Ale myśle sobie, że tutaj nie tylko o jakość opieki medycznej chodzi...

Jedena z najgorętszych dyskusji w kwestii nowego Mental Health Act kręci się wokół statusu Approved Clinician, który ma zastąpić Responsible Medical Officer. Problem w tym, ze AC może zostać 'any registered medical practitioner' po odpowiednim przeszkoleniu: pielęgniarka psychiatryczna, psycholog, terapeuta zajęciowy. A rola AC wiąże się z przedłużaniem/odnawianiem leczenia wbrew woli osób poddanych takiemu leczeniu w myśl niektórych artykułów ustawy.
Nadal jednak pierwsza decyzja o przyjęciu i leczeniu wbrew woli ma należeć do odpowiednio doświadczonego, przeszkolonego i zaakceptowanego w spacjelnym procesie lekarza psychaitry (Section 12 approved doctor).

Koledzy pokrzykują coś o tym, ze pielęgniarka czy psycholog będą sobie szastać artykułami lub też ignorować konieczność leczenia wbrew woli, bo przecież nigdy nie bedą w stanie dorównać lekarzom doswiadczeniem klinicznym itepe, a odpowiedzialność za ich szkodliwe decyzje i tak zostanie na barkach biednego lekarza.
Ziarko prawdy, jak w każdej plotce, pewnie tu jest, ale mnie się wdaje, ze to znów chodzi o starą dobrą władzę.

Kiedyś napisałam notkę o teście, który zrobilam na kursie z leadership (ale chyba ją wywaliłam, bo nie mogę znaleźć) - 'What makes you tick?', czyli co cię 'kręci' w pracy. Na 100 możliwych punktów 85 ulokowałam w kolumnie z 'achievements'. zdziwiłam się bardzo, bo nie podejrzewałam,zebym AŻ TAK. Zrobiłam wiec test jeszcze raz, uczciwiej. wyszło mi 91/100 w achievements, reszta w afiliation. w kolumnie władzy - zero absolutne.
Władza mnie nie interesuje, wole się od niej trzymac z daleka. Dla mnie władza = odpowiedzialność, a ja odpowiedzialna to mogę być za siebie. Z drugiej jednak strony cieszę się, że są ludzie, którym chce się rzadzić i porządkować swiat, bo gdyby ludzkość składała się z jednostek tak leseferskich jak ja, to nadal byśmy na drzewach siedzieli.

Ale wiem też jak władza może pociagać. Wiele takich przypadków widziałam, zwłaszcza w tym fachu. Znam takich, co to wybrali tę specjalizację dlatego, że daje możliwośc pozbawiania ludzi wolności, godności, intymności. A do tego ta władza nad życiem i śmiercią. Tacy ludzie mnie przerażają.
Grupa studencka, z którą ostatnio miałam zajęcia jest interesującą mieszanką podstawowych 'drivers', które motywują ludzi do obrania tej ścieżki kariery: potrzeby afiliacji, głodu osiągnięć i fascynacji wladzą. Jesli się człowiek dobrze przyjrzy, to widac, kto jest tu dlaczego - ciekawe doświadczenie.
Martwi mnie jednak dziewczyna, która w czasie case studies wszystkich chciała pakować do szpitala, najlepiej wbrew woli. Mam nadzieję, że nie zostanie psychiatrą.
Miałam wielką ochotę zacytować jej moją ulubioną poetkę:

'Jeśli przyśni ci się władza
nie wychodź przez tydzień
z ust'
[e. lipska: z sennika]

.
22:17, formaprzetrwalnikowa , Brać lekarska, brać!
Link Komentarze (4) »
wtorek, 21 października 2008
Klątwa

Czyli: było źle a będzie jeszcze gorzej?


Kiedy byłam młodszą nastolatką, na pytanie, kim chę zostać jak będę duża (wersja bardziej 'dorosła': na jakie studia chcę iść), odpowiadałam rezolutnie: 'Wszystko, tylko nie medycyna', argumentując swą niechęć to pięknego zawodu lekarza niechęcią do nadmiaru nauki. Wieść gminna natenczas nosiła wiele opowieści o biednych studentach medycyny i książkach telefonicznych.

Po latach, już jako studentka medycyny, przekonałam się, że choć w każdej plotce jest ziarko prawdy, w tej był worek ziarna. Przyznać się, kto na pierwszych dwóch latach zaprotestowałby przed zakuwaniem 50 stron z książki telefonicznej, gdyby tego zażądali, bo ja chyba nie. Wątpię, czy zauważyłabym różnicę, gdyby ktoś podmienił strony z topografią nerwu twarzowego na listę nazwisk na B.
Tego twarzowego nauczyłam się dopiero jak wymyśliłam o nim piosenkę. Do dziś mogę spiewająco: 'włokna czuciowe nerwu twarzowego rozpoczynają się w zwoju kolanka...'
A inna sprawa, ze jako studneci starsznie zastraszeni byliśmy, zwłaszcza w czasie dwóch pierwszych lat.
Potem było lepiej.

Ale niekoniecznie lepiej w kwestii zakuwania, bo jak już nie musielismy nic zakuwać na pamięć, to się okazało, ze medycyna to taki zawód, w którym się ciagle trzeba uczyć. Powtarzano nam to przynajmniej raz w tygodniu przez następnych kilka lat, argumentując to badaniami, które szacowały, ze wiedza w medycyny wymienia się co 7 lat (ach, ta magiczna 'siódemka'!). Nie wiem, przez ile lat nam to powtarzano, bo trudno mi się w tym połapac, ale wychodzi mi, że skończyło się, jak sama zaczęłam swoim stażystom mówić, że medycyna to taki fach, w którym uczyć się trzeba przez całe życie.

Oczywiście, każdy szanujący się profesjonalista powinien być na bieżąco z ciagle zmieniającą się wiedzą w swojej dziedzinie. Czy jednak nie powinien mnie martwić fakt, że wobec wyrażanej tak otwarcie za młodu niechęci do nadmiaru nauki, do klątwy zakuwania do końca zawodowego życia własnie dorzuciłam jeszcze jedną?

Kurs z Clinical Education w toku, pierwsze zajęcia teoretyczne za mną. Teraz pora na wdrażanie teorii w życie. Zainspirowana entuzjazmem prowadzących kurs i kolegów, którzy 'bawią' się w nauczanie młodziezy medycznej od jakiegoś czasu, rzuciłam się i ja, by kaganek oświaty nieść. Mało mi męczenia mojego biednego stażysty, mało sporadycznych wystąpien na cotygodniowych Case Conference, rzuciłam się na studentów. Ba! Dziś zgłosiłam się na ochotnika do przygotowania krótkiego szkolenia z zaburzeń osobowości dla mojego zespołu.

Jutro mam moje drugie zajecia ze studentami (5 rok) - seminarium będzie obserwowane, w roli obserwatora wystapi kolega z kursu. Następne zajęcia będą obserwowane przez przydzielonego mi przez Uniwerek Tutora.
Muszę zrobić próbę generalną jutrzejszych zajęć, żeby sprawdzić, czy zmieszczę sie w przesłanym obserwatorowi planie. Muszę nanieść kilka poprawek na 'case studies' do zadań praktycznych. Muszę sprawdzić, czy mam wszystkie pomoce naukowe (Power Point twoim worgiem!). A, i jeszcze trzeba wymyślec i 'wyklepać' kwestionariusz feedbacku dla studentów. No bo przecież chcę się rozwijać jako nauczyciel!

Powieść lezy odłogiem, nowa seria Poirota wciąż czeka na rozpakowanie, czasu an blogaska brak, chleba znów dziś nie upiekę. Jutro na obiad będą pierożki z pudełka.
Myślicie, ze to TA klątwa?
Obyś cudze dzieci uczył!
?


;-)

20:38, formaprzetrwalnikowa , Brać lekarska, brać!
Link Komentarze (16) »
niedziela, 12 października 2008
Coś fajnego na weekend
Czyli: Luźna refleksja nad pojęciem normy


W piątek, przy okazji omawiania czwartkowej prezentacji (Objawy uboczne leków przeciwdepresyjnych) mój GPisowy stażysta zboczył na niebezpieczną scieżkę dyskusji o psychiatrach, a zwłaszcza ich słonności do ekscentryczności. Był ciekawy, ile z tego to 'kapitał wniesiony', a ile - efekt lat spędzonych w środowisku z 'rozszerzonym pojęciem normy' i mimikry.

Razem ze Starszą Koleżanką broniłyśmy teorii, że 'przesiew' zaczyna się już w momencie dokonywania wyobru specjalizacji:


[za: bmj]


Młody taktownie zaprotestował, że przecież ja jestem normalna.
Ja? Normalna???
Zapytaj moją sekretarkę.


Sekretarka: Robisz coś fajnego w weekend?
FP: Tak. Jedziemy do lasu w Szkocji, popatrzeć, czy liście zmieniły kolor.
S (po chwili wahania, z zakłopotanym usmiechem): Oh, nice!

Ciekawe, co na to Młody?


;-)


liscie 1liscie 2
19:48, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (28) »
poniedziałek, 06 października 2008
Nie ma tego dobrego, co by na złe nie wyszło

Konsumpcjonizm i Risk Society?

Strach otwierać gazety, mili państwo, Internet zresztą też.
Credit crunch zieje otwartą paszczą z każdego kącika, ceny domów lecą na łeb już od dawna, gospodarka zwalnia - nic dziwnego, skoro każdy szanujący się brytol zmienia dom średnio co 5-7 lat i pierwsze, co robi po wprowadzeniu się, to dodaje ten 'individual touch', czyli wywala co się da i robi generalny remont. Brak ruchu na rynku mieszkaniowym oznacza zastój w gospodarce. A zastój w gosporadce oznacza jeszcze większy zastój w gospodarce, bo ludzie zarabiają mniej pieniędzy, więc ograniczają konsumpcję.

Dziś kolejne rekordy na światowych giełdach: londyńska odnotowała największy od 20 lat spadek cen akcji. Niemcy dołączyły do galerii państw wykupujących banki z finansowych kłopotów. Maleńka Islandia w popłochu próbuje ocalić walącą się ekonomię, ktora w ciągu ostatnich kilkunastu lat zamiast na rybach, bankowością stała.
Oczy już nie tylko bankierów i inwestorów giełdowych są zwrócone na rząd - rozdawcę dóbr podatniczych pod postacią wykupu 'toxic debts'. Po tym, jak Amerykanie zrozumieli, że akcja wpompowania 700 miliardów dolarów w amerykański system bankowy nie miała na celu uratowania skóry pazernym bankowcom, coraz więcej 'zwykłych zjadaczy chleba' zdaje sobie sprawę, jak złożonym i wielozaleznym organizmem jest współczensa, zblobalizowana gospodarka. Bank nie ma kasy, bank nie da kredytu - nie ma kredytu - nie ma inwestycji i nie ma wypłaty; nie ma wypłaty - nie ma pieniążków na zakup nowego samochodu, nie ma na samochód - fabryka samochodów zwolni produkcję i część załogi... i tak dalej w ten deseń. W ciagu ostatniego roku sprzedaż nowych samochodów w UK spadła o 21%, z czego ponad połowa to efekt wrześniowego kryzysu.

Zwykli zjadacze chleba martwią się więc, co bedzie dalej, wypłacaja pieniądze z banków i usiłują lokować je za granicą i domagają się wyjaśnień, skąd się to wszystko wzięło. Ci bardziej oświeceni w kwestiach gospodarczych już znaleźli sobie winnych: amerykńskie banki szczodrą ręką dające kredyty wszystkim jak leci, nawet najbardziej ryzykownym klientom. Inni winią społeczeństwo konsumpcyjne, które zaczęło już zjadać własny ogon. Ze wszech stron słychac pomstowanie na to, że nikt nie ocenił ryzyka, nikt nie próbował mu zapobiec (co jest niezgodne z prawdą, bo the Economist już od roku grzmiał o tym, że amerykański 'bąbel mieszkaniowy' może w każdej chwili pęknąć i jakie będą tego konsekwencje). Pesymiści wieszczą koniec 'tłustego okresu' i mówią, ze teraz przyjdzie nam zapłacić za tarzanie się w dobrobycie.
Zgodny chór głosów domaga się od rządów radykalnych kroków mających na celu ograniczenie wolności złych bankierów, wprowadzenie większej kontroli nad gospodarkami i w ogóle ocalenie społeczeństwa od zła krachu finansowego.

Niestety, zaniechanie czytania stron/ogladania wiadomości gospodarczych nie przynosi ulgi. W ciagu ostatnich kilku tygodni naukowe działy mediów wszelakich zasypały nas doniesieniami o złym wpływie tego, co do tej pory uważane było za dobre i zdrowe. ot, zacznijmy od Paracetamolu - w moich czasach studenckich uznawanego za jedyny bezpieczny dla dzieci lek - już nie jest taki bezpieczny, bo wykryto, że podawanie go małym dzieciom zwiększa ryzyko wystąpienia u nich astmy. Astma jest chyba jednym z ulubionycch obecnie 'straszaków' - kilka miesięcy temu donoszono bowiem o zależności między stresem w ciąży a występowaniem tegoż zaburzenia. Antydepressanty, nie dośc, że niewiele skuteczniejsze niż placebo, to jeszcze moga negatywnie wpływać na męską płodność. Nawet witaminy są odżegnywane od czci i wiary, bo mogą zmniejszać skutecznośc leków przeciwrakowych, ba! -  skracac życie!

Oberwało się nawet biednym puszkom i plastikowym pojemnikom na żywność. Zawarty w nich Bisphenol A został przez jakichś gorliwych naukowców powiązany z wyższym ryzykiem chorób serca. British Heart Foundation wezwała do dalszych badan nad tym zjawiskiem a koledzy lekarze delikatnie przypomnieli, że osobnicy, którzy nadużywają jedzenia z puszek i plastikowych pudełek mają również tendencje do bardzo niezdrowej, tłustej diety i nieruchawego trybu życia.
A wszystko to opisywane w kategoriach 'may' albo nawet 'might' (or may not) i w najrózniejszych kombinacjach. Pomyslelibyście kiedy, że zapalenia wyrostka robaczkowego można nabawić się z... powietrza? Zanieczyszczonego, rzecz jasna!

Tak czy siak, w świat poszły kolejne ostrzeżenia: to jest złe, tamto jeszcze gorsze. człowiek się w gubi w tym nadmiarze informacji, często sprzecznych. Na dociekanie, kto ma racje czasu nie ma, bo przecież w pracy sami musimy ciagle robić risk assessments i risk management- znak naszych czasów, bo bez tego ani rusz. Eksperci przestali być ekspertami, rządy dwoją się i troją, zeby obywateli chronić przed złem czyhającym z każdego niedomytego talerza i nierównej płytki w chodniku. Strach się bać. Risk society rulez!

Część ludzkości próbuje ze wszystkich sił ograniczyć ryzyko, wprowadzając w życie kolejne zalecenia. A część nic sobie z tego nie robi, czesto wychodząc z założenia, słusznego zresztą, ze w końcu i tak na coś umrzeć trzeba.




O, słodkie życie bez świadomości zła! O, błogosławiona niewiedzo lat minionych!
Ze tak sobie westchnę cicho i zapiszę w notesiku, żeby jutro koniecznie wysłać pana B na EKG.
Właśnie koledzy mnie uswiadomili, że haloperidol może (might) wydłużać odcinek QT.


;-)
21:21, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (9) »