Świata stan psychiczny
piątek, 08 października 2010
Pomoc lekarska potrzebna od zaraz

tzw Research


Mr Pretender and Dead Princess utkneli w rozdziale 15, w ktorym Glowny Bohater zostaje lekarzem stazysta - aktywista. Jest grudzien 2004, ja mam zacmienie mozgu ('bo nie ten, bo nie ten juz wiek'), a google wyrzuca mi tylko zarchiwizowane artykuly z gazeta.pl, wiec se moge poczytac naglowki.

Help!

Potrzebuje informacji z pierwszej reki nt protestow lekarzy stazystow dot. LEPu, dyskusji nt unijnej ustawy o uznawaniu kwalifikacji i zarobkow rzeczonych stazystow w roku 2004, w Polsce.

Odpowiedzi bardzo mile widziane pod postem, albo na priva.

11:20, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (5) »
niedziela, 26 września 2010
Jak nie urok to front atmosferyczny wielkosci Australii

czyli: Chasing the wrong dreams?


No to chyba sie wywialo. Uff!

Po trzesieniu ziemi, aftershocks, najbardziej deszczowym sierpniu (i wrzesniu) w historii zapisow pogodowych przyszlo 7 dni wichur takich, ze dachy zrywalo, przerwacalo drzewa, a latajace trampoliny atakowaly slupy trakcji elektrycznej i narodowe media.
Podobno najwiekszy na swiecie, podobno wielkosci Australii i podobno przeszedl.
Przeszedl z wyspy polnocnej na poludniowa.
Kto to mi mowil, ze klimat w Nowej Zelandii lagodny jest?

Czuje sie troche jak ten pan, ktory zmienial miejsca zamieszkania co kilka miesiecy, bo sasiedzi niedobrzy, dzieci dokuczaja, albo zyly wodne nie w tych miejscach co trzeba.
Wlasnie powstrzymalismy go przed wyprowadzka do Australii. Przewlekly zespol urojeniowy.

Pogoda, miejsce zamieszkania, czy ilosc pieniedzy na koncie to sprawy wtorne, najwazniejsze, zeby byc w srodku szczesliwym.
Wiem, wiem.
Problem w tym, ze jak sie przez lata gonilo za niewlasciwymi marzeniami, to teraz trzeba frycowe placic.
10 lat zajelo mi zorientowanie sie, ze tak na dluzsza mete ja sie do tego zawodu nie nadaje. Ile potrwa odkrecanie zakreconego swinskiego ogonka?

Poki co pisze jak oszalala. Mr Pretender and Dead Princess zbliza sie do polmetka. W swietle powyzszego wyznania zapieranie sie, ze powiesc ta nie zawiera watkow autobiograficznych jest bez sensu. W synopsis wlasnie wypolerowanej na kolejny konkurs, jak byk stoi: 'Kasia, the main character, is chasing the wrong dreams'.

Glupia Kaska forma!



;-)

10:26, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (3) »
sobota, 18 września 2010
Impostor syndrom

Czyli: I co ja robie tu, p. 2

A wszystko przez to, ze sie w niedziele Psiolce przyznalam, ze od czasu kiedy omal sie nie rozplakalam na Allocation Meeting w community team (pod koniec lutego) nie mialam wiekszego Career Crisis i po raz pierwszy od kilku lat znow mnie kreci moja praca.

W poniedzialek zignorowalam zaproszenie na wyklad, bo wydal mi sie malo ciekawy. We wtorek ktos wsunal mi pod drzwiami artykul, ktory natychmiast wyladowal na stercie 'Do Przeczytania' z boku komputera. We srode moj pierwszoroczny stazysta 'zagial' mnie z receptorow. We czwartek na Peer Revew Group siedzialam cichutko zastanawiajac sie, skad Oni biora takie informacje. W piatek znow nie poszlam na Journal Club, bo mnie smiertelnie nudzi. A w sobote...
Ech, w sobote i niedziele zajmowalam sie pisaniem.

Powroty poweekendowe i powtorkowe sa coraz trudniejsze - moje poczucie nieadekwatnosci narasta z tempem, w jakim moja wiedza psychiatryczna wypierana jest przez wiedze na temat pisania. Czuje sie jakbym miala Impostor Syndrome, chociaz wiem, ze moje odczucie bierze sie z tego, ze mnie juz moj zawod nie kreci :-(

Spedziwszy poltorej godziny na przegladaniu spisu konferencji naukowych usilujac znalezc cos interesujacego na tyle, by mnie zmusic do wybrania sie chocby po to, zeby odebrac certyfikat udzialu (i moc sobie to wpisac w Professional Development Program), zrobilam przerwe na refleksje. Nie ma sensu sie oszukiwac. Pracowac jestem w stanie, bo mam do czynienia glownie z ostra psychiatria, zadnych tam Chronic Acopias and Shitty Life Syndromes. Kreci mnie ta praca, bo razem z garstka entuzjastow zaczelismy Wielkie Zmiany (ktore moga mi sie przydac w kopaniu tunelu).
A reszta? Nie trzeba tegich glow...

'Są takie rzeczy że nikt nie zaprzeczy
po co tu się głowić'


Ide dalej kopac tunel.

11:07, formaprzetrwalnikowa , Digging the escape tunnel
Link Komentarze (7) »
wtorek, 07 września 2010
Ironia losu

About the importance of switching off your inner editor and ignoring the spellchecker


Rozdzial 5 mojej ksiazki prawie skonczony. Wyglada na to, ze pomysl z braniem jednego dnia w tygodniu wolnego na pisanie zdaje egzamin. Swiadomosc, ze ma sie tylko okreslona liczbe godzin do dyspozycji motywuje do tego, by wykorzystac ten czas jak najbardziej efektywnie.
Jeden dzien/tydzien - jeden rozdzial (tzn zarys rozdzialu w jeden dzien, 'polerowanie' przez reszte tygodnia).

Odwlekanie i marnowanie czasu (Procrastination) to tylko jedna z wielu pulapek czyhajacych na  aspirujacego pisarza. Innym wielkim wyzwaniem jest Wewnetrzny Edytor - taki maly czlowieczek, ktory siedzi w glowie lub na ramieniu i krytykuje (stad inna nazwa: Wewnetrzny Krytyk).
Krytyka, w tym wypadku dotyczy jakosci przerzuconych na e-paper slow, a jej efektem jest znaczne zwolnienie szybkosci pisania, a co gorsze - potrzeba poprawiania, przepisywania, ulepszania tego, co sie juz napisalo. Z niekoniecznie dobrym skutkiem.

Bo w pisaniu najwazniejsze jest, zeby wreszcie To z siebie wyrzucic, najlepiej na papier lub e-papier. Potem dac pierwszemu szkicowi odpoczac.
Edyt sie zrobi pozniej, jak czlowiek dystanu do swego dziela nabierze.

Jako osobnik posiadajacy Wewnetrznego Krytyka -Perfekcjoniste, na dodatek dotknietego OCD jestem skazana na wieczne meki poprawiania, przepisywania, ulepszania, wyszukiwania jeszcze-lepiej-oddajacego-to slowa w kolejnym slowniku, googlowania a-czy-tak-sie-w-ogole-po-angielsku-mowi i czy-aby-na-pewno-to-zdanie-jest-poprawne.
A jak juz przebrne przez te pulapki, zawsze zostaje przekleta cienka czerwona (falujaca) linia spellchecker'a. Czy jeszcze ktos z was nie potrafi sie oprzec przymusowi klikniecia na podswietlone slowo i poprawienie bledu?
Brrr!


Ironia losu - OCD przeszkadza mi w pisaniu ksiazki o OCD.
Hehe, to moze ja juz wroce do pisania
Ee, chcialam powiedziec: poprawiania.


;-)

13:03, formaprzetrwalnikowa , Gone writing
Link Komentarze (1) »
niedziela, 05 września 2010
A No-Go zone

albo: Z Basni O Krainie Mlekiem i Miodem Plynacej.


Na wstepie mego listu pozdrawiam Was bardzo serdecznie. Zyjemy.

Trzesienie ziemi dotarlo do nas tylko w wiadomosciach, tak zalanych informacjami o efektach 7,1 w skali Richtera, ze katastrofa samolotu na Fox Glacier zginela w nawale gruzu sypiacego sie w Christchurch.
Trzesienie ziemi spowodowalo ogromne szkody w budynkach, sieciach elektrycznych i telefonicznych, wywolalo powodzie. Na szczescie nie ma ofiar smiertelnych.
W katastrofie samolotowej zginelo 9 osob - wybrali sie poskakac ze spadochronow, a.k.a. ponurkowac w niebie (skydiving).

Ironia losu. Rzeczy na niebie i ziemi, o ktorych nie snilo sie filozofom.
Miejsce akcji - South Island, najpiekniesze miejsce na ziemi.


Tymczasem w Auckland kolejny weekend dobiega konca. Zamknieta autostrada, ktora na niemal 2 dni zatrzymala miasto podobno ma byc otwarta przed zaplanowanym terminem. Szpitale, otrzasnawszy sie z wielotygodniowego strajku pracownikow laboratoriow, podobno jakos sobie radza ze strajkiem radiografow.
Tymczasem straszyzna lekarska wszelkich specjalnosci w calym regionie probuje latac dziury powstale po naglej odmowie brania nadgodzin przez mlodziez. Po obnizeniu stawek registrarzy wszystkich stopni wypieli sie na zarzady health boards a my obudzilismy sie z reka w nocniku kombinujac, jak tu jeden konsultant ma zrobic robote dwoch registrarow, swoja i jeszcze sie nastepnego ranka na oddziale pojawic.
Problem w tym, ze akcja, choc wyglada na zorganizowana nie jest oficjalna, wiec nie mozna wprowadzic 'stanu wyjatkowego', ani zaczac negocjacji.

I nawet sie poskarzyc nie moge, bo przeciez mnie ostrzegano; 'It's like Britain, but 30 years ago.'
Hm, raczej 40 lat temu. Zdecydowanie przed porzadkami pani Thacher.


No i gdziez ta Kraina Mlekiem i Miodem plynaca?

10:42, formaprzetrwalnikowa , The World Upside Down
Link Komentarze (4) »
niedziela, 29 sierpnia 2010
Unhappily ever after

czyli: Dlaczego nie potrafie napisac romansu


Na dowod tego, ze pewne elementy warsztatu pisarskiego sa wspolne dla wszystkich gatunkow i typow literackich wybralam sie na konferencje Romance Writers of New Zealand - An Affair to Remember.

Konferencja juz zapadla mi w pamiec i w gesto zapisany notes. Torba pelna ksiazek, trzy dlugopisy i dwie zakladki to namacalne prezenty. Praktyczne porady, rynkowe trendy i ludzie chetni, by dzielic sie swoimi doswiadczeniami to nabytki, do ktorych kiedys, mam nadzieje, da sie przyczepic karteczke z cena.

Jak zwykle, najbardziej inspirujace okazaly sie jednak rozmowy w kuluarach, kolejce po lunch i przy stole (zupelnym przypadkiem zdominowanym przez Polki).
Od jakiegos czasu juz podejrzewalam, ze znalezienie wlasnego stylu ('voice') moze zajac mi troche czasu, ale zupelnie zaskoczylo mnie odkrycie, dlaczego, mimo wielkich wysilkow nie do tej pory nie bylam w stanie napisac niczego, co a jakimkolwiek stopniu przypomina romans.

Bo co jak co, prosze panstwa, ale Romance is not dead, Mills & Boon (Harlequin) szuka nowych talentow, ksiazki i eBooki w tonacji czerwono-rozowo-mietowej wciaz sprzedaja sie dobrze i przynosza zysk nawet ich autorom, a i sam gatunek sie rozwija, rozszerza, mistyfikuje, uduchawia a nawet kryminalizuje. Dla kazdego cos dobrego. Az zal nie sprobowac uszczknac choc kawalka tego tortu dla siebie.
Dlaczego wiec, ach, dlaczego ja nie moge?

I znow sie okazalo, ze wszystko przez te cholerna robote. Jak ja mam pisac o tym, ze zyli dlugo i szczesliwie, jak zdecydowana wiekszosc milosnych historii, ktore slysze konczy sie zle, a jak uslysze, ze ktos jest szczesliwy, to mu sie podejrzliwie przygladam, czy aby nie w manii?
Blimming hell, pora na zmiane dekoracji!

Karinie dziekuje za inspiracje.
A teraz - do roboty! Zaczynam od czytania ksiazek ze szczesliwym zakonczeniem.
Gdzie ja te torbe z ksiazkami polozylam?



;-)

00:46, formaprzetrwalnikowa , Gone writing
Link Komentarze (7) »
środa, 04 sierpnia 2010
Wychodzenie z zakretu

czyli: Turning the corner?


Wybaczcie dluzsze milczenie, ale ciezko bylo i cholernie pod gorke, ale w tym tygodniu sie jakos zmienilo i moze juz na dobre (moze sie naszemu kiwuskiemu landlordowi nie uda sprzedac domu, w ktorym mieszkamy i nie bedziemy sie musieli jeszcze raz przeprowadzac przed kupnem wlasnego).


1. Dom w Anglii prawie sprzedany (seeing is believing - czekamy na kontrakt)
2. Nowe ambitne prace rozpoczete (ja siedze w starej, ale za to zaczynam zmiany z jasnym komunikatem dokad zmierzam; z ta aplikacja na Chief Medical Officer to jeszcze troche poczekam, nie?)
3. Mam swoj pierwszy book deal!
Przeczytajcie se sami:

Further to our editorial meeting, I am delighted to say that we would like to commission you to write [book title].
Your proposal was just the right pitch for us - we were all very impressed.
(...)

Yours sincerely
[Imprint Manager]

Po ostatnich bolesnych ranach zadanych przez liczne rejection slips ten mail jest jak balsam na moje pisarskie ego. jeszcze nie 6-cyfrowy kontrakt na powiesc bestseller, ale dobry poczatek.

Hehe, ironia losu: nie dosc, ze pierwszy powazny krok w Escape Tunnel stawiam dzieki wyksztalceniu i doswiadczeniu zawodowemu, to jeszcze pisac bede o OCD (Obsessive-compulsive disorder) - przypadlosci ktora  meczy mnie czasem, na szczescie w nieznacznym stopniu.

Ksiazka jest zaplanowana na kwiecien 2011. Manuskryp musze dostarczyc do koncza stycznia 2011. Plenty of time! O ile oczywiscie, moj przeklety perfekcjonizm i w/w OCD pozwola mi owa ksiazke skonczyc na czas.

hehe


;-)





ps. musze wreszcie zaczac pisac bloga o pisaniu, po angielsku. macie jakies pomysly na tytul, bo cos mnie wena opuscila...

12:52, formaprzetrwalnikowa , Digging the escape tunnel
Link Komentarze (9) »
czwartek, 15 lipca 2010
Tu sie nie ma z czego smiac!

albo: Don't be such a POM


NZ nadal daje mi sie we znaki. Przyznaje z pokora, ze moj pomysl, zeby nie czekac na residency tylko przyjechac na work permit byl bardzo, bardzo glupi.
Czuje sie jak niewolnik, bo juz nawet nie obywatel trzeciej kategorii.

I nawet sie smiac z tego nie mozna.


Miejsce akcji: praca
udzial biora: A - POM, w Kiwilandzie od 15 lat; B - POM w Kiwilandzie od 1,5 roku, C - Kiwi
FP - wiadomo

[A, B, FP chichocza. C patrzy ze zdziwieniem. Smiech milknie.]
[wychodzi C]
A: Cos ty zrobil? teraz sie C obrazila!
B: Ja nic nie zrobilem. To mial byc zart!
A (glosno) Zart? W pracy sie nie zartuje. Don't be such a POM. You need to learn Kiwi way of life! (cicho chichocze)
(B, FP dyskretnie dolaczaja do cichego chichotu)


[kurtyna]


;-)

20:47, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (4) »
czwartek, 24 czerwca 2010
Good news


Albo: Przepraszamy za usterki.


Nie pisze, bo dobre wiadomosci chwilowo trafil szlag.

Nawet laskawie udzielona po 10 miesiacach ('the process can take up to 6 months') provisional vocational registration nie cieszy, bo na wszystkich chca podpis superwizora.
Superwizor tymczasem wyjechal na urlop - znilnal pewnego poniedzialku i wroci jakos pod koniec lipca.
Stracilam juz rachube, ilu kolegow aktualnie przebywa na urlopie, ale wiem, ze wszyscy oni wyjechali na ponad miesiac. 
Reszte dziwi moje zdziwienie, jak mozna tylu senior doctors dac tak dlugie urlopy w tym samym czasie.


Opiewana przez ciagnacych tu jak muchy do miodu angoli pogoda tez okazuje sie przereklamowana. Czy wiedzieliscie, ze Auckland dostaje rocznie wiecej deszczu niz Londyn?

Auckland vs British Cities
Average Number of Rainy Days
(0.25mm or more falls)

Month Auckland London Edinburgh Birmingham
January 21 15 17 18
February 19 13 15 14
March 17 11 15 14
April 16 12 14 15
May 15 12 14 14
June 12 12 15 13
July 10 12 17 15
August 10 11 16 15
September 11 13 16 14
October 14 13 17 16
November 19 15 17 17
December 19 15 18 17


Dla leniwych (nieposiadajacych kalkulatora):
Auckland: 183; London: 154, Edinbourgh: 191, Birmingham: 182/ rainy days/year



Auckland (North Island) - New Zealand’s Largest City
Climate:

Warmest month:  February (24°C average)
Coldest month:  July (16°C average)
Average annual sunshine:  2148 hours
Average annual rainfall:  1157 mm

UK: average annual rainfall: 600mm, average number of rainy days 100/year


wyglada na to, ze ktos tu sie dal nabrac...
Dobrze, ze ja sie pogoda za bardzo nie przejmuje. Deszcz w UK tez mi jakos nie bardzo przeszkadzal  - nie ma zlej pogody, jest tylko nieodpowiednie ubranie.


Zeszlosobotnia desperacka proba obnizenia kosztow tygodniowych zakupow w supermarkecie do poziomu standardowego Uk tygodnia skonczyla sie lodowka pusta we srode i gwaltowna smiercia kreatywnosci w obliczu miesa mielonego, puszki pomidorow i zwiedlej kapusty.
Nawet nie wiem, czy w tym supermarkecie maja 'deli counter' - nie moj poziom.

Nadciaga widmo overdraftu.


Patrzac dzis rano na moje buty (czerwone maryjane's Martensa) pomyslalam, ze wlasciwie mozna by tego bloga zaczac czytac od poczatku.


Przed planowaniem powrotu do UK/Europy powstrzymuje mnie tylko fakt, ze nie mam nawet na bilet na statek.
Gorzej - nie wiem, kiedy bedzie mnie na to stac.


Chyba mnie trafil szlag.


Przepraszamy za usterki.

11:59, formaprzetrwalnikowa
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 31 maja 2010
Homesick

Albo: Europa, Europa


Dzisiejsza rozmowa, kolejna juz z serii Where do you come from? przeksztalcona w dyskusje o poczuciu tozsamosci narodowej sklonila mnie do napisania notki o przypadlosci zwanej homesickness.

Ci, ktorzy mnie znaja moze pamietaja, ze nigdy nie tesknilam za Polska, czy to mieszkajac w UK, pracujac we Francji, czy podrozujac po Europie.
Jak dzis pamietam moment, kiedy po przeczytaniu Kalevala zapragnelam zamieszkac w Skandynawii. Mialam wtedy 14 lat i uwazam to za moment narodzin siebie jako obywatela Europy. Wejscie Polski do UE przypieczetowalo to poczucie.

Nigdy jednak nie traktowalam tego bardzo powaznie. Zdziwila mnie zyczenie mojego niemieckiego kolegi, by jego Kiwilandzkim superwizorem byl 'a European doctor'.
Kilka tygodni, reklam i ogloszen o sprzedazy przedmiotow uwazanych za luksusowe z powodu ich europejskiego pochodzenia i prawno-kulturowych nieporozumien pozniej wiedzialam, co kolega mial na mysli.

Tesknie za malymi, kolorowymi domkami, za kolorowo ubranymi ludzmi na ulicach, za samochodami innymi niz biale i stare; za wystawami sklepowymi z ladnie zaaranzowanymi ladnymi przedmiotami (nie musze ich kupowac!), za poczuciem anonimowosci w tlumie, za tlumem, za centralnym ogrzewaniem i oknami podwojnie szklonymi, za pociagami i tramwajami, za latem w lecie a zima w grudniu, za gazetami, ktore nie musza wychodzic co dwa dni, zeby bylo o czym w nich pisac (nie musze ich czytac). Za takim rozumieniem praw czlowieka i wolnosci obywatelskich,w  jakim wyroslam. Za europejska demokracja, a nawet za socjalizmem.

Tesknie za swiatem, ktory mimo roznic jezykowych rozumiem.


I po raz pierwszy w zyciu jestem homesick, bo po raz pierwszy w zyciu jestem poza moim domem-  Europa.




[Moja kwintesencja Europy: Francuzka z holenderskim nazwiskiem spiewa piosenke o tesknocie za Niemcami]

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 81