Świata stan psychiczny
środa, 08 grudnia 2010
A w grudniu na poludniu

Po wygraniu NaNoWriMo i skonczeniu powiesci udalam sie na zasluzony odpoczynek.
Co prawda musze jeszcze zrobic edyt 1 rozdzialu i wyblyszczyc synopsis, zeby wyslac to na konkurs i zdazyc przed 15 grudnia, ale sezon wakacyjny uwazam za otwarty.

Z okazji lata, przyjazdu kumpeli z UK i tygodnia urlopu wybralysmy sie na zwiedzanie okolic, czyli Hauraki Gulf i Waiheke Island.
Pogoda dopisala:



Waiheke Island Enclosure Bay

[Waiheke Island - widok na Enclosure Bay]


Waiheke Island Palm Beach 1
[Palm Beach]


Cable car

[kolejka linowa, chyba juz nieczynna]


A z innych sezonowych nowin to TP wywiesil dzis na drzwiach wieniec swiateczny, sasiedzi z tylu ubrali choinke a my jutro wyruszamy Coromandel.


Z serdecznymi pozdrowieniami dla wszystkich zasypanych sniegiem.

07:57, formaprzetrwalnikowa , Podróże małe i duże
Link Komentarze (5) »
środa, 21 kwietnia 2010
Kwiecien czyli pazdziernik



Jak juz ponizej napisalam, nie wywiesilam flagi, nie plakalam i nawet zdrowaski nie zmowilam.

Zamiast na msze zalobna w polskim kosciele wybralismy sie polazic po Waitakere Ranges Regional Park.
Pogoda byla wciaz sloneczna, ale slonce nie grzalo juz tak mocno, wial wiatr a nawet popadalo.





[Waitakere Ranges, widok na Mercer Bay]





[Waitakere Ranger, Ahu Ahu, Mercer Bay]



Jakby nie patrzec, idzie jesien.
Nie ma na to rady

10:37, formaprzetrwalnikowa , Podróże małe i duże
Link Komentarze (5) »
niedziela, 04 kwietnia 2010
When life sucks

Czyli: Szukajac rownowagi.


Latwo jest powiedziec, ze nie wyprowadza sie do NZ po to, by pracowac, tylko zeby zyc.
Takim popaprancom jak ja z, nazwijmy to elegancko, niemieckim etosem pracy trudno jest sie przestawic na zycie 'po godzinach'.
Na szczescie pogoda i kilka dni wolnego sprzyja zapomnieniu o tym, ze miedzy 8.00 a 16.30 od poniedzialku do piatku zycie ciezkie bywa.


A zatem when life sucks


Idz na spacer:

[Shakespear Regional Park; pod chmurka z lewej stozek Rangitoto, pod chmurka z prawej Auckland]



albo na ryby:

[Mahurangi Regional Park, Mita Bay]



Albo na spacer:



[Mahuranki regional PArk, Lookout Track, Te Hauri Bay]


Z pozdrowieniami dla tych wszystkich, co czekali na zdjecia.
Niestety, moj ulubiony program do obrobki zdjec wciaz gdzies na oceanie, wiec fotki nadal 'prosto z aparatu' z kolorami chamsko podciagnietymi na bardzo podstawowym programie.


A, i Wesolych Swiat!

01:19, formaprzetrwalnikowa , Podróże małe i duże
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 04 maja 2009
When pigs fly

czyli: dlaczego jadac na wycieczke lepiej nie zabierac misia w teczke.


I znowu przyszedl maj i czas majowek. To znaczy czas swiat majowych zwanych tutaj swietami Banka Holideja. Pierwsze, dzisiejsze, konczy pierwszy dlugi weekend - czas drogowo-kolejowego horroru.


Z powodu credit crunch i 5 stopnia zagrozenia epidemia swine flu wiekszosc brytyjczykow postanowila wolny czas spedzic na swojej pieknej wyspie. Wszyscy wylegli na okoliczne plaze, sciezki rowerowe i laweczki.
Pojechalibysmy do lasu, ale raz ze za daleko, a dwa - nie wiadomo, kogo tam mozna spotkac... W czasach kiedy nawet swinie moga latac, lepiej nie ryzykowac....





;-)

10:21, formaprzetrwalnikowa , Podróże małe i duże
Link Komentarze (4) »
czwartek, 18 września 2008
Ósma noga Louise czyli ziewając z podekscytowania
Wrócilismy z wakacji. Tym razem znów nie pojechaliśmy do Francji, z tym ze zamiast do Szkocji, na wakacje 'zamiast do Francji" pojechaliśmy do Walii.
A w Walii, jak to w Walii, padało.
Nie to jednak było najgorsze, bo po trzech latach to ja się do deszczu przyzwyczaiłam. Najgorszy dla mnie był brak zajęcia. W trzecim dniu naszej podrózy narrow boat po Langollen i Ellesmere Canals miałam już przeczytane wszystkie zabrane książki i gazety, łódka była wysprzątana, monotonne i niefotogeniczne krajobrazy obejrzane, opowiadania na konkursy wymyślone a ja zaczęłam żałować, że nie zabrałam drutów. TP natomiast wniebowzięty nicnierobieniem kwitł u steru i wyśmiewał się ze mnie.

Bo ja, proszę państwa, jestem Mironowa 'Kicia-Kocia, odwrotność bezrobocia' i nie potrafię siedzieć bezczynnie w jednym miejscu dłużej niż 20-30 minut.

Męczyłam się zatem przez następnych kilka dni, dozując sobie Timesa zakupionego w jedynym kiosku w okolicy i porządkowanie łódki. Nieco rozrywki przynosiły mi także obserwacje mijających nas i mijanych przez nas innych łódek.
Wychodzi mi na to, że narrowboats to nie tylko rodzaj wypoczynku, to sposób na życie i a nawet subkultura.

Narrowboats, to jak nazwa wskazuje, wąskie łodzie, oryginalnie specjalnie zaprojektowane, by przewozić towary po kanałach Anglii i Walii. Transport wodny był zawsze najtańszym rodzajem transportu dla większych ilości dóbr wszelakich, więc Mr Thomas Telford (ten od Ironbridge i Industrial Revolution), słynny brytyjski architekt i inżynier wpadł na pomysł wybudowania w brytanii sieci kanałów łączących naturalne akweny wodne, by dobra wszelakie wydobywane w okolicznych kopalniach i produkowane w pobliskich warsztatach mogły trafiać we własciwe miejsca. Kanały były wąskie i dość płytkie, bo wykopanie ich wcale nie było takie łatwe, więc musiano wymyślić specjalnie przystosowane do poruszania się po nich wąskie, siłą rzeczy długie, drewniane łodzie.
Początkowo ciągnięte były przez konie, które z kolei poruszały się po wytyczonych wzdłuż kanałów ścieżkach. Konie na początku XX w zastąpiły silniki parowe i dieslowskie, ale zapotrzebowanie na przewóz towarów ta drogą zmalało znacznie a po wojnie zaniknęlo zupełnie, przejęte przez transport kolejowy i drogowy.
To jednak nie oznaczało końca wąskich łodzi.

Konie zastąpiono silnikami dieslowskimi, część ładunkową dostosowano do życia, na drzwiczkach do kabin zaczeto malować kwiaty i zamki - cargo wyparli ludzie, którzy zakochali się w narrowboats jako sposobie na życie.
Obecnie po kanałach Wielkiej Brytanii pływa ok. 30,000 takich łodek, większość z nich jest współcześnie budowana i zaopatrzona we wszelkie zdobycze cywilizacji, od światła w kabinach, ciepłej wody w prysznicu po wygodne fotele i telewizję satelitarną. Większość z tych łodzi jest stylizowana, ale można także spotkać wiele autentycznych, starych, tradycyjnych łodzi, odnowionych i 'odpicowanych' tak, że urodą i komfortem nie ustępują tym współczesnym. Nic dziwnego, że wiele osób decyduje się porzucić tradycyjny tryb życia i osiedlić się na takiej łódce na stałe, w sezonie niezimowym lub spędza nań każdą wolną chwilę.

Jako że 'top speed' takiej łodzi to zaledwie 7km/h, kanały, o przeciętnej szerokości dwóch łodek są miejscami tak wąskie, że płynie się niemalże burtą dotykając do brzegu, niekiedy natykając na 'przeszkody' pod postacią śluz, mostków zwodzonych i tuneli, a na dodatek jest w nich płytko, możecie sobie wyobrazić, w jakim tempie płynie życie na takich łodziach.
Ano w spacerowym. Emerytalnym spacerowym. W trakcie naszej wycieczki niejednokronie byliśmy wyprzedzani przez maszerujących brzegiem spacerowiczów z psami, a raz próbę ścigania się na wodzie podjęła grupa kaczek (miłosiernie pominę rezultat tych zawodów).

Nic też dziwnego, że spotykani po drodze miłosnicy narrowboats w przerażajacej większości byli w wieku emerytalnym, acz wciąż dość żywotnym. Miara tej żywotności jest perfekcja do jakiej doprowadzili sztukę ozdabiania swoich łódek. 
Jedną z moich niewielu rozrywek w czasie tej 6 dniowej podróży stało się więc czytanie nazw narrowboats, zaglądanie do ich wnętrzy i fotografowanie cudów, które wlasciciele umieścili na ich dachach.
Oto kilka perełek z mojej kolekcji:

Dachy łódek generalnie służą jako ogórdki. Najczęściej więc stawia się na nich donice z kwiatami oraz specjalne 'kultowe' malowane dzbanki i konewki. Często właściciele używają tej przestrzeni w bardziej praktyczny sposób, zamieniając dachy w warzywniaki; co zdolniejsi ogrodnicy nawet sprzedają swoje plony (jak podejrzewam) sąsiadom:




Wiele osób na dachu 'sadza' swoich pluszowych ulubieńców - niech się wietrzą:
wietrzenie pluszaków



Ci, którzy zdecydowali się przenieść na narrowboat całe swoje życie czesto przeznaczają cześc przestrzeni na warsztat. Produkują głównie gadżety związane z narrowboaciarstwem: pokazane powyżej malowane dzbanki, obrazki wieszane na okiennicach łodki, linowe obijacze, czy takie oto ozdobne talerzyki (również wieszane na otwieranych na zewnątrz okiennicach) i figurki zwierząt umieszczane na sterze:
talerzyki


Podróżowanie taką łódką po wąskim kanale nie jest jednak tak zupełnie pozbawione wrażeń: a to z tunelu się trzeba wycować pośpiesznie, bo ktoś nim już płynie, a to się dachem w mostek zwodzony przywali, a to się przygruntuje raz czy drugi... A jeśli komuś tego mało, zawsze pozostają lokalne festiwale łodkowe (narrow boats rally), na które, jak podejrzewaliśmy z TP wyczekuje się cały rok, szczegółowo obmyślając dekorację, którą chce się olśnić widownię.
Mnie np olśniły

Miejsce 3.: Pełna gala flagowa:
gala falgowa


Miejsce 2: Wallace and Gromitt:
wallace and gromitt


Miejsce 1: Pierwszy człowiek na Księżycu lub (dla wtajemniczonych) Doctor Who:
dr who 


W kategorii nazw egzotycznych natomiast wygrała 'Noga Louise no 8' (pisownia oryginalna) przed 'Mesothelioma' (wisielczy humor właściciela?).



I tak, pękając ze śmiechu i  dopłynęliśmy do naszej mariny, mijając po drodze zwiewających z podekscytowania dziarskich staruszków.
Następny taki rejs to ja na emeryturze.

Jutro popłyniemy daleko


;-)
00:44, formaprzetrwalnikowa , Podróże małe i duże
Link Komentarze (63) »
czwartek, 20 marca 2008
Koniec świata
czyli: O magii nazw.


Pisałam już o tym, jak urzekła mnie nazwa Snowdonia .

W ramach wykorzystywania resztek urlopu wybraliśmy sie, by sprawdzić, czy inne miejsca z mapy zjednoczonego królestwa dorastają magii nazw. 
Kierunek tym razem wybrał TP - północno-zachodni, cel: sprawdzenie, czy Hebrydy Zewnętrzne naprawdę wyglądają tak, jakby za nimi była już tylko krawędź Ziemi...

A zatem stawiliśmy czoła obiegowemu twierdzeniu, że Sky(e) is the limit i wsiedliśmy na prom z Uig do Lochmaddy. Skye'owi tubylcy wieszczyli, że poznamy nowe znaczenie słowa 'remote' a owieczki na wzgórzach przyglądały się nam z niedowierzaniem:


[Skye]


I faktycznie, chyba poznaliśmy. Hebrydy Zewnętrzne są zdecydowanie 'remote' i wyglądają jak koniec świata: brak zasięgu sieci komórkowych i stacji radiowych, bank obwoźny w ciężarówce, wąskie drogi, małe chatki z mocno zaniedbanymi ogródkami, rozsiane po krajobrazie jak z księzyca, więcej owiec niż ludzi. Duużo, duuuużo wody i kamieni. I czasem takie dziwne labirynty:


[Lewis]


Widzieliśmy ślady po wybieranym torfie, który na wyspach służy jako opał i do wędzenia ryb (pyszne!), odpowiadaliśmy na życzliwe pozdrowienia mijających nas mieszkanców i zastanawialiśmy się, czy surowość domowych 'obejść' wynika z biedy czy kultury i czy ma cos wspólnego z kalwinizmem - dominującą na wyspach religią (w niedzielę północne wyspy archipelagu zamierają: zamknięte jest wszystko poza, licznymi zresztą, kościołami: restauracje, bary (jesli istnieją, bo nie zauważylismy), nawet stacje benzynowe!). Zastanawialiśmy się, czy na tych pięknych plażach można się latem opalać.


[Lewis]

I jakie znaczenie ma tam lato, w świetle powiedzenia, ze na Hebrydach pada tylko dwa razy do roku: od października do maja i potem od maja do pażdziernika.


[Lewis, Loch a Siar]



Znaleźliśmy też chyba koniec świata. Na Lewisie:




Dalej to już ponoć tylko Ameryka.


:)
23:30, formaprzetrwalnikowa , Podróże małe i duże
Link Komentarze (18) »
niedziela, 10 lutego 2008
Lost in translation
Myslę, że to moja wina.
Jakiś czas temu uparłam się, żeby - kiedy się tylko da - używać poprawnej polszczyzny i ćwiczyć pamięć, odkopując polskie odpowiedniki angielskich słów i wyrażeń.
No więc zadzwoniłam do znajomych polaków, pytając ich, czy nie chcieliby wybrać się z nami na spacer.
Dodałam co prawda, ze to będzie 'country walking' i że trasa ma długość 14 km i raczej należy się spodziewać błota niż nie.
Niemniej jednak miejska natura naszych sympatycznych znajomych wzięła górę i pojawili się ubrani pół na pół. Tzn jak już mieli odpowiednie buty, to były one nowe, kurtki puchowe lub jeśli odzienie było odpowiednie, to głowa wczorajsza.
Skróciłam więc trasę, co by towarzyszy naszych nie przestraszyć. A że narzekali na błoto, przeniosłam szanowną wycieczkę na asfalt.
A potem wynalazłam im ładny, asfaltowy skrót.
A my z TP poszliśmy dalej polami północnego Yorkshire.




Pogoda była cudna, jak widac, mimo mgły.
A nawet utrzymała się do wieczora:




A ciepło było tak, że całą niemal trasę przeszłam w krótkim rękawie - zjawisko podwójnie dziwne, bo nie dość, że początek lutego, to na dodatek jeszcze w ubiegłym tygodniu te okolice wyglądały mniej więcej tak:





Ogólnie wyprawa się udała. Nasi znajomi dotarli do wsi cali i zdrowi.
A ja nauczyłam się, by słowa 'walk' w znaczeniu powyższym nie tłumaczyć jako 'spacer'.
Myślę, że 'szlak' będzie odpowiedniejszy.

Macie inne pomysły?
22:46, formaprzetrwalnikowa , Podróże małe i duże
Link Komentarze (8) »
środa, 31 października 2007
In search of snow in Snowdonia
- Powinnaś się wreszcie wybrać na jakieś porządne wakacje - powiedziała matczynym tonem Moja Sekretarka.
- Właśnie zamówiłam noclegi w Walii. Jedziemy do Snowdonii.
- Snowdonia? i Co wy tam będziecie robić? - popatrzyła na mnie troskliwie - Chodzić? Zwiedzać? A wypoczywać to gdzie? Nie mogłabyś pojechać sobie wreszcie na jakieś leniwe wakacje w Hiszpanii albo innym ciepłym kraju... poleżeć na plaży albo nad basenem, sącząc drinka?

Ano nie mogłabym.
Jestem stworzeniem, które z natury swej nie znosi bezczynności. Leżenie w łóżku z zamkniętymi oczami dłużej niż pół godziny przyprawia mnie o ból głowy. Nie wspominając już o leżeniu na plaży. Mam nawet takie powiedzonko, że żebym leżała na plaży dłużej niż 5 minut, musiano by mnie przybić do piasku gwoździami.

A z tą Snowdonią to było tak:
Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam tę nazwę w jakimś magazynie, myślałam, że to nazwa 'krainy z bajki', czegoś jak Narnia czy ZaGóramiZaLasami.
Wydawało mi się niemożliwe, by naród tak praktyczny i pragmatyczny, śnieg oglądający głównie na obrazach i w reklamach, nadał taką nazwę realnemu miejscu.
Ale wkrótce przekonałam się, że się myliłam i Snowdonia jest jak najprawdziwszą krainą w Walii, w dodatku krainą piękną.
I jedyne, co między bajki mozna włożyć to śnieg:


[Snowdonia National Park]


[Widok ze Snowdona, najwyższego szczytu Walii]


[już nie Snowdonia, a Powys, jeden z zbiorników wody pitnej dla wielkich aglomeracji Midlands]

Jak widać, pogoda nam dopisała.
Walia spodobała nam się, chociaż w większości przypadków nie mieliśmy bladego pojęcia, jak wymawiać nazy odwiedzanych miejsc.
A ja kolejny raz dowiedziałam się, że moja niechęć do chodzenia po górach jest głęboko zakorzeniona, wielowarstwowa i niezmienna od 20 lat.
I że nie powinnam, NAPRAWDĘ nie powinnam, dla psychicznego i fizycznego zdrowia własnego i osób mi towarzyszących, wybierać się w góry. Jakiekolwiek góry.
Poprzednie doświadczenie pt. Górwica_w_Pirenejach wystarczyło mi na 12 lat.
Ciekawe, jak długo będe pamiętać Panikę_Nad_Rwącym_Wodospadem...


;-)
19:51, formaprzetrwalnikowa , Podróże małe i duże
Link Komentarze (7) »
niedziela, 23 września 2007
I lodowiec stworzył...

Dawno, dawno temu, jakieś 16 milionów lat temu, klimat naszej planety bardzo się ochłodził, a okolice równika stały się suche. To sprawiło, że zaczęły wymierać lasy, a ich miejsce zaczęła zajmować sawanna.
Później pokrywa lodowa Antarktyki zaczęła się rozrastać, blokując w śniegu i lodzie ogromne ilości słodkiej wody.
Jakieś 2.7 mln. lat temu rozpoczęło się zlodowacenie półkuli północnej. Lądolody Arktyki dotarły do wysokości, na których dziś leżą Nowy Jork, Birmingham czy Kopenhaga, ale wieczna zmarzlina skuwała ziemię aż po Morze Śródziemne i Morze Czarne.
Po zlodowaceniu nastąpiło ocieplenie. Później znów nadeszła epoka lodu, po niej ocieplenie - i tak w kółko jeszcze kilka razy. Ostatni z chłodnych okresów, tzn Mała Epoka Lodowa, miała miejsce jeszcze nie tak dawno temu - między XV a XX w. i to ona jest odpowiedzialna za opowieści o podróżach saniami przez zamarznięty Bałtyk.

Jedną z pozostałości epok lodowych są lodowce. Te ogromne masy śniegu i lodu nie tylko są największym magazynem słodkiej wody. Ich wędrówki po naszej planecie wgryzły się w jej krajobraz: rozprzestrzenianie się i wycofywanie, podmywanie i wymywanie, topnienie i zamarzanie...

Wędrujący doliną lodowiec zmienia jej kształ z ostrego V na łagodne U:




Zalane doliny polodowcowe zamieniają się w fiordy:



W tych niezalanych często tworzą się jeziora: rynnowe - długie, wąskie, głębokie, układajace się w dawnej rynnie lodowca:



lub morenowe: duże, płytkie, o rozwiniętej linni brzegowej:



Lodowce są także odpowiedzialne za powstawanie oczek jeziorkowych, wzgórz morenowych, wodospadów i jeszcze mnóstwa, mnóstwa innych cudów natury, 
których nie wymienię, bo czasu i miejsca by zabrakło.
Jedno wiem: gdyby nie lodowiec, nie byłoby tak pięknych miejsc jak Norwegia.

Chyba zostałam czcicielką lodowca

;-)

11:16, formaprzetrwalnikowa , Podróże małe i duże
Link Komentarze (8) »
środa, 29 sierpnia 2007
National Trails

z cyklu: Jedziemy na wycieczkę, bierzemy misia w teczkę...


Nie będzie o pracy, bo mam przesyt i jestem zmęczona a tu jeszcze tyle spraw do załatwienia przed urlopem.
Będzie o urlopie, a własciwie o urlopowaniu się krótkimi odcinkami.

Dzięki poniedziałkowemu świętu Banka Holideja udało mi się wreszcie namówić TP na przejście kawałkiem jednej z najpiękniejszych tras w UK: Pennine Way.
Pennine Way jest jedną z 15 National Trails, czyli długodystansowych tras pieszych (i częściowo rowerowych lub konnych) poprowadzonych przez najpiękniejsze rejony Anglii i Walii (w Szkocji trasy te nazywają się Long Distance Routes). Trasy te powstały na początku XX wieku, keidy to wśród wyspiarzy modne stały się piesze wycieczki w dzikie i piękne rejony kraju.
Z dzikości niewiele dziś pozostało, ale ustanowione po II Wojnie Swiatowej parki narodowe i Areas of Outstanding Natural Beauty nadal zachwycają rozmaitością fauny i flory, choć czasem trudno to dojrzeć przez strugi deszczu i tłumy turystów.

Pennine Way jest jednym z najdłuższych i najtrudniejszych szlaków: liczy 429km poprowadzonych wzdłuż Gór Penninskich; od Peak District, przez doliny Yorkshire, Murem Hadriana, do Cheviot Hills i kończy się w Scottish Borders.
Od chwili, kiedy zobaczyłam przepiękne zdjęcia zrobione na szlaku Pennine Way i przeczytałam relacje tych_którzy_przeszli, wiedziałam, że też chcę tego doświadczyć: ciszy, zapomnienia o cywilizacji, piękna surowych krajobrazów, trudów pokonywania własnych słabości.
Niestety, na przejście całej Pennine Way potrzeba około 16 dni. Troche za dużo jak na urlopowy wypadzik, kiedy każdy dzień z 26 przysługujących annual leave skrupulatnie liczony i oszczędzany jak sie tylko da, pogoda kapryśna, kondycja biurkowo-samochodowa a skłonność do wygody rośnie z wiekiem w postępie kwardatowym.

W czasie poprzednich krótkich wypadów weekendowych udało nam się zobaczyć/przejść fragmentami Hadrian Way i Cheviot Way.
Tym razem udaliśmy się 'na lewo i w dół' od krainy Wallace'a i Grommita, czyli do doliny Ribbersdale, w Yorkshire.
Było przepięknie. Pogoda dopisała. Turysci, neistety, też :( Niektóre z maleńkich miasteczek były tak zawalone turystami, że nie można było przejść chodnikiem z powodu tłoczących się na nim ludzi a ulicą z powodu sznurów samochodów.
Na szczęście na szlaku zawsze pozostawała opcja przyspieszenia pod górkę i zostawienia 'onych' w tyle.
Tym razem przeszliśmy jakieś 15 km Pennine Way. Stopy pobolewają mnie do dziś, ale było warto.
Lece przygotowywać następny wypad!

:)









19:43, formaprzetrwalnikowa , Podróże małe i duże
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2