Świata stan psychiczny
piątek, 07 sierpnia 2009
Nie badz taki szybki Bil

albo: Slower doctors, safer patients


Najnowszy absurd GMC to przypomnienie kolegom, by donosili Wielkiemu Bratu o kazdym popelnionym i ukaranym mandatem wykroczeniu drogowym, podobnie jak o karach za ASBO, posiadaniu kanabinoli, i innych grzeszkach.

W UK mandaty i punkty karne za przekroczenie predkosci czy przejazd na czerwonym swietle sa najczesciej wystawiane na podstawie zdjecia z kamery drogowej.

Jane O’Brien, Head of Standards at the GMC, said: “In the interest of patient safety, it is important for us to be informed about all matters which may bring a doctor’s fitness to practise into question.”

Koledzy zastanawiaja sie, czy o seksie bez zabezpieczenia trzeba takze GCM informowac.

Fju-fju, alez to GMC sie o nasza zdolnosc do wykonywania zawodu troszczy!
I to wszystko za jedyne £410 rocznie.
Polowa ceny biletu lotniczego do Nowej Zelandii.
W jedna strone, oczywiscie.


:P

21:40, formaprzetrwalnikowa , Brać lekarska, brać!
Link Komentarze (6) »
wtorek, 20 stycznia 2009
(Nie)oczekiwana zmiana miejsc
Czyli: Being (a) patient.


Przyznaję szczerze, nienajlepiej radzę sobie z sytuacjami, kiedy to znajduję się po drugiej stronie biurka/łóżka. Jak już zawiedzie moja ulubiona technika zaprzeczania chorobie ('Chora? Ja?? Jak nie umieram, znaczy się chora nie jestem', oraz z nieco innej beczki: 'Nie wierzę w wirusy, więc się nie przeziębiam') i trzeba stawić czoła systemowi opieki zdrowotnej, szamoczę się między dwoma skrajnościami: 'lekarzeniem'  (sprawdzanie objawów i sposobów leczenia w książkach i internecie, upieranie się przy konkretnej interwencji, dyskutowanie z lekarzem prowadzącym, ignorowaniem jego/jej porad i leczenia oraz stosowaniem tego, co ja uważam za słuszne) a rozklejaniem się w kompletnej bezradności. W obu przypadkach cała cierpliwość, którą mam dla moich pacjentów idzie sobie w las pogwizdać a ja oczekuję poprawy objawów w najgorszym wypadku jutro rano.

Nieustannie zadziwia mnie fakt, że przejście z jednej fazy do drugiej odbywa się w ułamku sekundy, bez żadnych faz pośrednich ani 'aury' zapowiadającej. Zwykle poprzedzone jest wenętrznym zaakceptowaniem (?) faktu, ze jednak jestem chora, a następuje po nim zadzwiające wzmożenie odczuwania wszelkich objawów: ból staje się naprawdę nie do zniesienia, temperatura - wyższa, ciśnienie leci na łeb na szyję a ja mdleję z niedocukrzenia.
No dobra, czasem wygląda to jak histeria.

Obawiam się że przez moje ostatnie perypetie z zapaleniem zatok, zespołem ciesni nadgarstka, chorym stawem krzyżowo-biodrowym i urazami, które TP wpędzały nieustannie w dobry humor (on myśli, że ja tak specjalnie zacinam się nożem w kolejne palce, przyciągam z kątów przedmioty, by się o nie przewracać i uderzam głową o wyimaginowane kanty) stałam się rozpoznawalna w lokalnym szpitalu i u mojego rodzinnego.
Na szczęście z przedostatniego urazu kciuka lewego pod postacią głębokiego cięcia obficie krwawiącego przez prawie godzinę zostałam cudem uratowana ZANIM doczekałam się swojej kolejki w A&E. Przestało krwawić, więc mogłam zobaczyć, że rana nie była aż tak głęboka jak myślałam. Świadoma żałosności sytuacji, zdecydowałam, że jedziemy do domu. TP miał ze mnie ubaw przez następny tydzień, wdzięczna jestem Losowi, że tylko on a nie cały personel pogotowia.


Właśnie wróciłam z kolejnej wizytu w poradnii chirurgii ręki. Po długich tygodniach męki wreszcie doczekałam się tak wytęsknionego sterydowego ostrzykiwania mojego biednego, sciśniętego w kanale nadgarstka nerwu pośrodkowego. Poszłam, chociaż w sumie poprawiło mi się, ale przecież uparłam się że pomoże mi tylko ostrzykiwanie sterydami, ostrzykiwanie sterydami więc mieć będę.
Geeeeeeeesus! Bolało bardziej niz ten napad, który sprawił, że się zdecydowałam na domaganie się owego zabiegu.
Oczywiście, zawyłam. Oczywiście, się rozpłakałam. I oczywiście poprosiłam pana doktora, żeby przestał.
Po wstrzyknięciu zaledwie 1/4 objętości ampułki.
Żałosne.
Teraz boli mnie nadgarstek po zastrzyku, nie mogę ruszać lewą ręką, mam traumę postortopedyczną i nadal te same objawy, co przedtem. Ale jakby mi cierpliwości do nich przybyło...
;-)


A wy, koledzy po fachu, jak wy radzicie sobie w roli pacjenta?
17:43, formaprzetrwalnikowa , Brać lekarska, brać!
Link Komentarze (20) »
niedziela, 07 grudnia 2008
Operacja się udała, pacjent przeżył
Albo: Zawołajcie lekarza!


Wiadomością nr 1 w medycznych kręgach była w tym tygodniu była historia chirurga, który amputował rękę, korzystajac z instrukcji otrzymanych SMSem.

Dr. David Nott, pracujący w Kongo jako wolontariusz z Medecins Sans Frontiers (Lekarze Bez Granic) amputował rękę 16-latkowi umierającemu z powodu sepsy. Ramię było zakażone po bliskim spotkaniu trzeciego stopnia z głodnym hipopotamem i jedynym ratunkiem było usunięcie 15 cm zaropiałego kikuta. Problem polegał na tym, że chirurg, choć prawdziwy chirurg, nigdy takiej operacji sam nie wykonał. Ba, zabieg ten jest rzadko wykonywany w UK i podobno tylko nieliczni potrafią go wykonac prawdłowo.

Dziarski doktor nie przestraszył się jednak, tylko zadzwonił do znajomego profesora -fachowca od podobych operacji. Z powodu słebej jakości połączenia, profesor zdecydował się wklepać instrukcje w telefon i przesłać SMSem. Dr. Nott ściśle zastosował się do poleceń i mimo braku doświadczenia i skromnego wyposazenia sali operacyjnej uratował życie chłopcu.

Wiadomość tę podano w głównych wydaniach wiadomości, okraszajac ją wywiadem z bohaterskim doktorem.
TP skomentował to peanami na cześć nowoczesnych technologii. 'E tam, technologia' - powiedziałam z lekką pogardą. 'Technologia tutaj pomniejszą rolę odegrała. Tu ludzi podziwiać trzeba! Ich odwagę, by zrobić coś, czego się nigdy nie zrobiło i determinację, by ocalić życie czy zdrowie, nawet narażajac własną reputację zawodową na szwank.'
W czasach, kiedy każdy z nas trzęsie portkami przed GMC i dba starannie, by kompetencji własnych nie przekroczyc takie historie dzialają jak balsam na zbolałe dusze medycznych romantyków .

Starzy lekarze mówią, że kiedyś to się nagminnie takie rzeczy robiło: see one - do one, mawiają tutejsi. Jestem pewna, ze i wam zdarzyło się kiedyś wykonać jakis zabieg, czytając instrukcje z podręcznika lub rozpoznac chorobę, której objawy znaliście tylko z książki.

Żałuję, że koledzy Zaprzyjaźnionym Forum zignorowali dyskusję pod linkiem do artykułu o odważnym chirurgu. Cóż, złe wiadomości się lepiej sprzedają. Szkoda! Ja lubie historie z lekarzami w rolach pozytywnych bohaterów. Medycyna jest zawodem, w którym ważne jest opanowanie i teorii i praktyki, ale przecież nie da rady się wszystkiego 'w terminie' nauczyć. A życie czasem stawia nas w sytuacji, w której chce się zakrzyknąć jak John Carter w mojej ulubionej scence z ER: 'Zawołajcie lekarza!' Tylko, że jak w tej scence, jedynym lekarzem w okolicy jest wołający.

Moja przygoda jest krótka, skromna i nie powala z nóg komplikacją przypadku, ale ją opowiem:
Miejsce akcji: Dyżur. Udział biorą: Pielęgniarka, Młodszy Asystent FP.
Pielęgniarka (przez telefon): Pani doktor, panu A wypadła ręka z barku.
FP (mając przed oczami scenkę wybuchającego barku z 'Wszystko czerwone' J. Chmielewskiej): Jakiego barku? W szpitalu?
P: Z prawego barku, W szpitalu. Mówi, ze ma nawykowe zwichnięcie, czy jak tam się to nazywa.
FP (oświeconym tonem): Aa! Z barku!
P: Przyjdzie pani zobaczyć?
A pewnie, że poszłam zobaczyć. Po drodze przeczytałam odpowiedni fragment w Poradniku Lekarza Praktyka i ... nastawiłam pacjentowi zwichnięcie wprawnym ruchem własnej ręki, dokładnie jak opisano w poradniku.
[kurtyna]



Teraz wasza kolej.
21:05, formaprzetrwalnikowa , Brać lekarska, brać!
Link Komentarze (13) »
czwartek, 30 października 2008
Jeśli przyśni ci się władza...


Dzisiejsza sesja szkoleniowa poświęcona była nowemu Mental Health Act (Ustawa o Ochronie Zdrowia Psychicznego), który wchodzi w życie 3. listopada. Miało być szkolenie zorganizowane odgórnie przez menagerstwo, ale prowadzący nie dojechał, więc omówiliśmy najważniejsze zmiany własnymi siłami.
Na moje szczęście spotkanie to było pozbawione gorących emocji, jakie zwykle towarzyszą kolegom po fachu dyskutującym na ten temat. Bo dla tutajszych lekarzy nowy MHA jest kolejnym dowodem na to, że NuLabour ich nie lubi i za wszelką cenę stara się ich poniżyć i odebrać im...
No własnie, co odebrać?
Prawdę mówiąc, to nie bardzo rozumiem te spory, bo zwykle porzucam czytanie kolejnego artykykułu lub posta, jak tylko zorientuję się, że to znów TE narzekania. 

Najpierw był New Ways Of Working - program mający na celu na celu zlikwidowanie psychiatrów (w towarzystwie kolegów po fachu wolę się nie przyznawać, ze jestem zwolenniczką NWW, bo to jak przyznanie się, że się człowiek kąpie raz w miesiącu).  Pożniej 'choroba' przejmowania leczenia przez pielęgniarki i innych 'noctors' (od: nocere = szkodzić + doctor) rozpowszechniła się na pozostałe specjalizacje. Mój stażysta mówi, że teraz jeśli człowiek chory trafi do A&E (oddział ratunkowy) to musi mieć niebywałe szczęscie (lub raczej nieszczęście), żeby być przyjętym przez lekarza. Większośc zadań jest wykonywana przez pielęgniarki.

Rwetest o ustawę zezwalającą pielęgniarkom i farmaceutom po szkoleniu (kilkutygodniowy kurs) na przepisywanie pewnej grupy leków trwa do dzisiaj, a koledzy uwielbiają się przerzucac błędami i idiotyzmami popełnionymi przez owych 'supplementary prescribers'.
 Pielęgniarki odbierają lekarzom nie tylko pracę, ale także i tytuły! Nurse consultant, nurse specialist, senior practitioner - czy jak tam siebie zwą. A że lekarzom niedawno zabroniono nosić fartuchy i zegarki to teraz lekarza od pielęgniarki nawet po ubiorze się nie odróżni. 

Ja się generalnie zgadzam z tezą, że jakby się zasad diagnozowania i leczenia można było nauczyć na kilkutygodniowym kursie, to studia medyczne nie trwałyby tyle lat a lekarze nie musieliby się do końca życia uczyć. A jak ktoś chciał zostać lekarzem, to mógł iść na medycynę a  nie na pielęgniarstwo.
Ale myśle sobie, że tutaj nie tylko o jakość opieki medycznej chodzi...

Jedena z najgorętszych dyskusji w kwestii nowego Mental Health Act kręci się wokół statusu Approved Clinician, który ma zastąpić Responsible Medical Officer. Problem w tym, ze AC może zostać 'any registered medical practitioner' po odpowiednim przeszkoleniu: pielęgniarka psychiatryczna, psycholog, terapeuta zajęciowy. A rola AC wiąże się z przedłużaniem/odnawianiem leczenia wbrew woli osób poddanych takiemu leczeniu w myśl niektórych artykułów ustawy.
Nadal jednak pierwsza decyzja o przyjęciu i leczeniu wbrew woli ma należeć do odpowiednio doświadczonego, przeszkolonego i zaakceptowanego w spacjelnym procesie lekarza psychaitry (Section 12 approved doctor).

Koledzy pokrzykują coś o tym, ze pielęgniarka czy psycholog będą sobie szastać artykułami lub też ignorować konieczność leczenia wbrew woli, bo przecież nigdy nie bedą w stanie dorównać lekarzom doswiadczeniem klinicznym itepe, a odpowiedzialność za ich szkodliwe decyzje i tak zostanie na barkach biednego lekarza.
Ziarko prawdy, jak w każdej plotce, pewnie tu jest, ale mnie się wdaje, ze to znów chodzi o starą dobrą władzę.

Kiedyś napisałam notkę o teście, który zrobilam na kursie z leadership (ale chyba ją wywaliłam, bo nie mogę znaleźć) - 'What makes you tick?', czyli co cię 'kręci' w pracy. Na 100 możliwych punktów 85 ulokowałam w kolumnie z 'achievements'. zdziwiłam się bardzo, bo nie podejrzewałam,zebym AŻ TAK. Zrobiłam wiec test jeszcze raz, uczciwiej. wyszło mi 91/100 w achievements, reszta w afiliation. w kolumnie władzy - zero absolutne.
Władza mnie nie interesuje, wole się od niej trzymac z daleka. Dla mnie władza = odpowiedzialność, a ja odpowiedzialna to mogę być za siebie. Z drugiej jednak strony cieszę się, że są ludzie, którym chce się rzadzić i porządkować swiat, bo gdyby ludzkość składała się z jednostek tak leseferskich jak ja, to nadal byśmy na drzewach siedzieli.

Ale wiem też jak władza może pociagać. Wiele takich przypadków widziałam, zwłaszcza w tym fachu. Znam takich, co to wybrali tę specjalizację dlatego, że daje możliwośc pozbawiania ludzi wolności, godności, intymności. A do tego ta władza nad życiem i śmiercią. Tacy ludzie mnie przerażają.
Grupa studencka, z którą ostatnio miałam zajęcia jest interesującą mieszanką podstawowych 'drivers', które motywują ludzi do obrania tej ścieżki kariery: potrzeby afiliacji, głodu osiągnięć i fascynacji wladzą. Jesli się człowiek dobrze przyjrzy, to widac, kto jest tu dlaczego - ciekawe doświadczenie.
Martwi mnie jednak dziewczyna, która w czasie case studies wszystkich chciała pakować do szpitala, najlepiej wbrew woli. Mam nadzieję, że nie zostanie psychiatrą.
Miałam wielką ochotę zacytować jej moją ulubioną poetkę:

'Jeśli przyśni ci się władza
nie wychodź przez tydzień
z ust'
[e. lipska: z sennika]

.
22:17, formaprzetrwalnikowa , Brać lekarska, brać!
Link Komentarze (4) »
wtorek, 21 października 2008
Klątwa

Czyli: było źle a będzie jeszcze gorzej?


Kiedy byłam młodszą nastolatką, na pytanie, kim chę zostać jak będę duża (wersja bardziej 'dorosła': na jakie studia chcę iść), odpowiadałam rezolutnie: 'Wszystko, tylko nie medycyna', argumentując swą niechęć to pięknego zawodu lekarza niechęcią do nadmiaru nauki. Wieść gminna natenczas nosiła wiele opowieści o biednych studentach medycyny i książkach telefonicznych.

Po latach, już jako studentka medycyny, przekonałam się, że choć w każdej plotce jest ziarko prawdy, w tej był worek ziarna. Przyznać się, kto na pierwszych dwóch latach zaprotestowałby przed zakuwaniem 50 stron z książki telefonicznej, gdyby tego zażądali, bo ja chyba nie. Wątpię, czy zauważyłabym różnicę, gdyby ktoś podmienił strony z topografią nerwu twarzowego na listę nazwisk na B.
Tego twarzowego nauczyłam się dopiero jak wymyśliłam o nim piosenkę. Do dziś mogę spiewająco: 'włokna czuciowe nerwu twarzowego rozpoczynają się w zwoju kolanka...'
A inna sprawa, ze jako studneci starsznie zastraszeni byliśmy, zwłaszcza w czasie dwóch pierwszych lat.
Potem było lepiej.

Ale niekoniecznie lepiej w kwestii zakuwania, bo jak już nie musielismy nic zakuwać na pamięć, to się okazało, ze medycyna to taki zawód, w którym się ciagle trzeba uczyć. Powtarzano nam to przynajmniej raz w tygodniu przez następnych kilka lat, argumentując to badaniami, które szacowały, ze wiedza w medycyny wymienia się co 7 lat (ach, ta magiczna 'siódemka'!). Nie wiem, przez ile lat nam to powtarzano, bo trudno mi się w tym połapac, ale wychodzi mi, że skończyło się, jak sama zaczęłam swoim stażystom mówić, że medycyna to taki fach, w którym uczyć się trzeba przez całe życie.

Oczywiście, każdy szanujący się profesjonalista powinien być na bieżąco z ciagle zmieniającą się wiedzą w swojej dziedzinie. Czy jednak nie powinien mnie martwić fakt, że wobec wyrażanej tak otwarcie za młodu niechęci do nadmiaru nauki, do klątwy zakuwania do końca zawodowego życia własnie dorzuciłam jeszcze jedną?

Kurs z Clinical Education w toku, pierwsze zajęcia teoretyczne za mną. Teraz pora na wdrażanie teorii w życie. Zainspirowana entuzjazmem prowadzących kurs i kolegów, którzy 'bawią' się w nauczanie młodziezy medycznej od jakiegoś czasu, rzuciłam się i ja, by kaganek oświaty nieść. Mało mi męczenia mojego biednego stażysty, mało sporadycznych wystąpien na cotygodniowych Case Conference, rzuciłam się na studentów. Ba! Dziś zgłosiłam się na ochotnika do przygotowania krótkiego szkolenia z zaburzeń osobowości dla mojego zespołu.

Jutro mam moje drugie zajecia ze studentami (5 rok) - seminarium będzie obserwowane, w roli obserwatora wystapi kolega z kursu. Następne zajęcia będą obserwowane przez przydzielonego mi przez Uniwerek Tutora.
Muszę zrobić próbę generalną jutrzejszych zajęć, żeby sprawdzić, czy zmieszczę sie w przesłanym obserwatorowi planie. Muszę nanieść kilka poprawek na 'case studies' do zadań praktycznych. Muszę sprawdzić, czy mam wszystkie pomoce naukowe (Power Point twoim worgiem!). A, i jeszcze trzeba wymyślec i 'wyklepać' kwestionariusz feedbacku dla studentów. No bo przecież chcę się rozwijać jako nauczyciel!

Powieść lezy odłogiem, nowa seria Poirota wciąż czeka na rozpakowanie, czasu an blogaska brak, chleba znów dziś nie upiekę. Jutro na obiad będą pierożki z pudełka.
Myślicie, ze to TA klątwa?
Obyś cudze dzieci uczył!
?


;-)

20:38, formaprzetrwalnikowa , Brać lekarska, brać!
Link Komentarze (16) »
niedziela, 03 sierpnia 2008
Gospodarka, głupcze
Czyli: Niewidzialna ręka rynku


Zmorą i niewyczerpalnym źródłem mniej lub bardziej zdesperowanych komentarzy dla tutejszych lekarzy, głównie rodzinnych, są prośby/żądania wystawienia 'zaświadczenia o'.
Rodzajów zaświadczeń są gazyliony, tyle ile potencjalnych możliwości wykorzystania ich. Od niezbędnych i uzasadnionych, przez biurokratyczne, do absolutnie absurdalnych.
A to czy starsza pani z osteorporozą, cukrzycą i nadciśnieniem może wykonać skok spadochronowy ('it's for charity, you know'), a to zaświadczenie dla przedszkola, że dziecko miało dwudniową sraczkę i musiało zostać w domu (żeby rodzice nie musieli płacić za dni nieobecności malucha w przedszkolu), a to znów, że nowy partner mamy dziewiątki dzieci w rodzinach zastępczych został uzdrowiony z mordeczych skłonności mamy owej miłością (żeby dzieci mogły przyjeżdżac do mamy na weekendy). A do tego setki 'sick notes' (L4), zaświadczeń uprawniajacych do odbioru zasiłków i anulowania 'gym membership' i innych bzdur.

Rodzinni maja mnóstwo roboty bez wypisywania głupawych zaświadczeń. Zapotrzebowanie jest ogromne, moce przerobowe lekarzy nieporównywalnie mniejsze, nie wpominając o niechęci do tego typu zadań. Trudno się więc dziwić, że niewidzialna ręka rynku poruszyła machinę, z której wyskoczył taki oto serwis internetowy:
http://www.doctorsnotestore.com/uk_doctor_fake_sick_note.html

Za jedyne £24,99 można zamówić 'autentycznie wyglądajacą replikę zwolnienia' albo listu anulującego tak trudny do anulowania abonament za siłownię. Wszystko ładnie napisania na 'oficjalnym papierze', z prawdziwą pieczątką. Wzory zaświadczenia do obejrzenia w galerii. Puste lub wypełnione. Dostarczone w ciągu 48 godzin, bez dodatkowych kosztów.
Oferta specjalna: buy one, get one free - nie do pogardzenia, jako że wypadki chodzą po ludziach, a lekarze już nie. 'You never know when you'll have to explain your absence again'.

I na nic protesty, pomstowania, grożenie sądem. Jest popyt, jest podaż.
Adam Smith rulez!


It's the economy, stupid!



;-)
09:06, formaprzetrwalnikowa , Brać lekarska, brać!
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 28 lipca 2008
Gangsterzy i filantropi

Czyli: O ciemnych i strasznych stronach bycia lekarzem


Nasz zawód jako zawód tzw. społecznego zaufania zawsze i (mniej więcej) wszędzie był na świeczniku i pod lupą. Trzeba więc się liczyć z tym, że ludzie będą się nam przyglądać bardziej uwaznie niż innym, ze szczególnym uwzglednieniem tzw patrzenia na ręce.
I trzeba się także liczyć z tym, że jeśli zdarzy się nam naruszyć prawo w młodości durnej i chmurnej, to może mieć to reperkusje w życiu zawodowym. Zwłaszcza w krajach, gdzie proces aplikacji o pracę czy miejsce na studiach jest związany ze sprawdzaniem rejestrów kryminalnych potencjalnego kandydata, jak np w UK.

Tutejsza naczelna rada lekarska (GMC) staje sie coraz bardziej skrupulatna, a nawet czepliwa w coraz liczniejszych sprawach przeciwko lekarzom i wiadomo, że bedzie coraz gorzej. Dlatego nie rozumiem zamieszania wokół pewnego maturzysty, któremu odmówiono przyjęcia na wydzial medyczny w Imperial College w Londynie - a to dlatego, że rok wcześniej zadajac się się z 'niewłaściwym towarzystwem' brał udział we włamaniu.
Chłopiec się oburzył, że jakżesz można tak surowo karać za błędy młodości, w dodatku błędy juz 'odsłużone' (community service) i że przecież "They can't just look at this one offence. We're only human and we've made mistakes." Oczywiście, że lekarze są tylko ludzmi, którzy także popełniają błędy, ale chciałabym usłyszeć, jak zareagowałaby GMC, gdyby taki np, skreślony z rejestru za nie do końca udowodnioną 'winę' prof. Southhall albo zawieszony na 3 miesiące za plagiaty psychiatra Raj Persaud powiedziedzieli na przesłuchaniu: 'You have to look at the whole bigger picture as well'. Podejrzewam, że szanowna rada wybuchnęłaby śmiechem.
Niestety, młodszy, być może przyszły kolego tak to już w tym zawodzie jest: musisz być czysty jak kryształ i łzy tu nie pomogą. To twierdzenie nalezy przyjąc na wiarę i się z nim pogodzić.

'Niewiedza i infantylizm lekarzy są przerażające' powiedziała Aleksandra Gielewska, redaktor naczelna "Służby zdrowia" wyjaśniając w Gazecie Wyborczej, dlaczego jej pismo opublikowało żywo komentowany w lekarskim świecie artykuł 'Niezbędnik medyka' z poradami, jak zachować się w razie 'nalotu' policji, służb antykorupcyjnych czy prokuratury na lekarski dom lub gabinet. Słynna porada, by połknąć kartę SIM wywołała oburzenie w środowisku, podobnie jak podejrzenia, że lekarze nie mają zbyt dobrego pojęcia o tym, jak działa prawo.

Ja tam na połykaniu kart SIM się nie znam, ale myślę, że faktycznie świadomośc prawna polskich lekarzy jest dość nikła. Nikt nam na studiach o tym nie mówi, więc błądzimy w ciemnościach, często 'inicjację' przechodząc dopiero w pracy, ucząc się na własnych lub cudzych błędach; szczęściarzami mogą się nazywac ci, którzy mają przyjaciół/partnerów prawników lub trafili na chętnie dzielącego się swoją wiedzą bardziej świadomego legislacyjnie kolegę.

Tutaj jest trochę inaczej, bo i kraj z wielosetletnimi tradycjami prawnymi zwłaszcza w kwestii praw i wolności obywatelskich, i młodzież lekarska od wcześnie uświadamiana w kwestii rozwijającej się w kierunku amerykańskiej tzw. 'litigation (compensation) culture'. Prasa medyczna pełna jest porad w kwestiach prawnych, medical protection unions zarabiają ciężkie pieniądze na lekarzach potrzebujących opieki i reprezentacji prawnej w razie bliskich spotkań trzeciego stopnia z prawnikami, a wirtualne i realne fora dyskusyjne aż wrą od coraz mrożących krew w lekarskich żyłach historii o tym, jak łatwo można w tym kraju stracić prawo wykonywania zawodu czy dobra reputację a z nimi wszystko, co się w życiu osiągnęło.

Świadoma, ze nieznajomość prawa nie zwalnia z odpowiedzialności, chłonę tę wiedzę zmieszaną z 'opowieściami o wampirach' i trzęsąc portkami błagam mój dobry los, by udało mi sie wyjść z tego bez szwanku. I co jakiś czas, z drżącym sercem sprawdzam, czy mego nazwiska nie ma na stronie iWantGreatCare gdzie pacjenci, ich rodziny i opiekunowie mogą się anonimowo podzielić przemysleniami na temat jakości usług lekarza i ocenić  jego umiejętność słuchania, zaufanie, jakie wzbudza i generalnie zarekomendować lub też nie.

Pomysłodawca i właścicel strony nawiązał już współpracę z GMC i Department of Health oraz szumnie ogłosił dobrodziejstwa, jakie jego projekt przyniesie jakości opieki zdrowotnej w tym kraju. Trudno się nie zgodzić z ideą, że pacjenci i ich opiekunowie powinni mieć głos w pewnych kwestiach dotyczących opieki zdrowotnej i powinni mieć prawo podzielenia się swoimi doświadczeniami w kontakcie z danym medykiem. Nie wszyscy lekarze są doskonali, niektorzy bywają nawet kiepscy, ciągle jeszcze są tacy, którzy pacjentów traktują jak zło konieczne i jestem za tym, by tępić zachowania niewłaściwe. Ale nie zawsze to, co ludziom wydaje się dobre, jest tak naprawdę korzystne dla ich zdrowia.
Nie będe się wdawać w szczegóły: koledzy lekarze doskonale wiedzą, o czym mówię, prawda?

Wygląda na to, że Dr Neil Bacon, pomysłodawca strony, zupełnie zapomniał, jak to łatwo w internecie, anonimowo obrzucić kogoś błotem a jak trudno potem to błoto oczyścić. I że dobra reputacja i społeczne zaufanie to podstawowe narzędzia pracy lekarza, na równi z jego wiedzą i doświadczeniem. My tym zarabiamy na zycie! I my wiemy, jak delikatne są te rzeczy, jak trudno je odzyskać, jeśli się je straci. A tymczasem władze planują włączenie wyników z iWantGreatCare do corocznej rewalidacji wszystkich lekarzy.

Pierwsze jaskółki miażdżących, bluzgających błotem ocen już się pojawiły. Anonimowe, a jakże - po to, by komentujacy czuli sie swobodnie w wyrażaniu swoich opinii o swoich doktorach. W razie niesłusznego oczernienia, pokrzywdzony lekarz nie może więc wytoczyć szlakującemu procesu o zniesławienie, nawet gdyby domyślał się, kto jest autorem komentarza - tajemnica zawodowa.

Na moim ulubionym doktorskim forum zawrzało. Oburzeni stekiem bzdur głoszonych w mediach przez kolegę Bekona lekarze odpowiedzieli więc grupowymi kontraatakami. Zaczęli od listów do pomysłodawcy, domagajac się usunięcia własnych danych osobowych ze strony, grożąc konsekwencjami Data Protection Act (Ustawy o Ochronie Danych Osobowych). Potem pojawiły się sprostowania pod artykułami i wywiadami z uśmiechniętym Neilem: a to, ze wcale nie jest specjalistą jak to opowiada, a to, że z badań wynika, że większośc lekarzy jest przeciwko jego pomysłowi, albo że na jego stronie jest zaledwie ułamek praktykujących w Uk lekarzy, z czego część to medycy zmarli lub emerytowani.

A kiedy okazało się, że Dr Bacon nic sobie z tego nie robi i dostał 'błogosławieństwo' GMC, do akcji wkroczył związek zawodowy BMA i grupa prawników.


Trzymam kciuki za powodzenie tych akcji, tak jak trzymałam za doktora G i jego walkę o oczyszczenie z zarzutów i powrót do zycia publicznego. Bo chocby nie wiadomo jak szczytna była idea, to w demokratycznym kraju wszyscy ludzie powinni mieć prawo do sprawiedliwego traktowania i obrony swego dobrego imienia.
Wszyscy.
I gangsterzy, i filantropi.

19:07, formaprzetrwalnikowa , Brać lekarska, brać!
Link Komentarze (2) »
piątek, 25 kwietnia 2008
Między ustami a brzegiem pucharu...
Z ulgą powitałam środowy werdykt Trybunału Konstytucyjnego dotyczący jednego z paragrafów Kodeksu Etyki Lekarskiej.

W obliczu sytuacji, w których koledzy ewedentnie narażali zdrowie i życie pacjentów, trudno mi było uwierzyć w sens zapisu Art.52. p.2: Lekarz powinien zachować szczególną ostrożność w formułowaniu opinii o działalności zawodowej innego lekarza, w szczególności nie powinien publicznie dyskredytować go w jakikolwiek sposób.
Ale rozumiem obawy o oczernianie. Wiem, że dobra reputacja w naszym zawodzie jest ważnym narzędziem pracy, tak samo jak wiedza kliniczna i umiejętności techniczne. Ba, jest trudna do zdobycia, kapryśna i łatwa do utracenia.

Pani dr. Szychowska podjęła heroiczną walkę z zastanym, miejscami cuchnącym potworem i już za to wystawianie głowy przed szereg zapłaciła. Podobnie jak kilka lat temu Marcin Murmyło, który napisał o korupcji w środowisku lekarskim. Obojgu zarzucono naruszenie w/w paragrafu Kodeksu Etyki.
I chociaz, jak dr. Szychowska wątpię, że to orzeczenie otworzy usta milczącym kolegom, mam nadzieję, ze werdykt TK stwierdzający niezgodność tego zapisu z konsytucją rozpocznie proces tak potrzebnych zmian w środowisku. Nie oczekuję rewolucji, ale marzy mi się możliwość otwarcia tychże ust i rozpoczęcia uczciwej rozmowy o lekarzach praktykujących na bakier z obowiązującymi standardami.

Tak się dziwnie złożyło, że w ostatnim tygodniu doświadczylam, jak trudno jest taką rozmowę rozpocząć. Bo może nie jest aż tak źle? A może mi się tylko tak wydawało? W sumie nie stało się (jeszcze?) nic złego... Może wystarczy kolejna rozmowa? Z jednej strony martwię się, że coś jest nie tak i czuję się odpowiedzialna, a z drugiej - jeśli cokolwiek zacznie się formalnie, ślad w papierach młodego człowieka na progu kariery pozostaje. A jeśli się mylę?

Wyobrażam sobie, że pewnie jeszcze trudniej zacząć oficjalną procedurę, zalecaną przez GMC. Zwłaszcza jeśli się ma, jak ja, 'wdrukowaną' polską interpretacją następnego paragrafu Good Medical Practice o respektowaniu i uczciwym traktowaniu kolegów. Pocieszam się myślą, że tutaj postrzega się to raczej przez pryzmat bezpieczeństwa pacjentów i troski o to, by koledzy, zwłaszcza młodsi, uczyli się dobrej medycyny.


Między prawdomównymi ustami a brzegiem pucharu goryczy wiele może się zdarzyć.
Trzymam kciuki za to, by był to zdrowy proces.
09:09, formaprzetrwalnikowa , Brać lekarska, brać!
Link Komentarze (8) »
czwartek, 17 kwietnia 2008
Proszę zamykać drzwi
Juz nawet nie pamiętam, kto mi powiedział, że w lekarskim fachu jedną z najwazniejszych rzeczy jest umiejętność oddzielenia pracy od własnego życia.
Tak się również składa, że jest to jedna z najtrudniejszych umiejętności.

Zdolność lekarza do empatii jest potrzebna pacjentowi, by czuł się słuchany i rozumiany, ale także lekarzowi, by pod koniec cieżkiego dnia jeszcze być w stanie wysłuchać tej ostatniej babinki. 
Z jednej strony trudno nie zaangażowac się w historie, których codziennie wysłuchujemy, a z drugiej - trudno o nich czasem zapomnieć.
I gdzie pomieścić wszystkie nieszczęścia świata?
Jak przyjmować życie i śmierć tego samego dnia?
Jak być zawsze logicznym, rozważnym i nie poddawać się emocjom?
I pozostać zdrowym, normalnym człowiekiem.


Pamiętam dokładnie dzień, w którym bolesnie zrozumiałam, jak ważne jest, by 'pracę zostawić w pracy'. 
To był mój pierwszy tydzień pracy na psychiatrii. Przez całe popołudnie rozmawiałam z młodą dziewczyną dręczoną przez koszmarne, psychotyczne lęki. Myślałam o niej przez całą drogę do domu a w nocy budziły mnie koszmary z jej opowieści.
Następnego dnia zaczęłam pytać kolegów, jak oni sobie z tym radzą. Odkryłam, że nie ja jedna mam ten problem. I dowiedziałam się, jak ważne jest, by chronić siebie i swoje życie. Nie lapac przeziebień pacjentow, nie śnić ich koszmarów, nie umierać z nimi.
Tego dnia wróciłam do domu pieszo, 5 km, żeby 'wywietrzyć głowę'. Pomogło.

Od kiedy jeżdzę samochodem jest trudniej.
Od kiedy mam więcej odpowiedzialności jest trudniej.
Od kiedy zdałam sobie sprawę z ciężaru tej odpowiedzialności jest trudniej.
Wyjść z pracy, za zamkniętymi drzwiami gabinetu zostawiając więdnący na stoliku bukiet kwiatów. Największy bukiet kwiatów, jaki kiedykolwiek dostałam. Przeprosiny 'za głupie zachowanie' i dowód wdzięczności za 'wyciągnięcie z samobójczego dołka' kilka tygodni wcześniej.
Bukiet kwiatów, który przeżył ofiarodawcę, do ostatniego oddechu walczącego z lekarzami o prawo do śmierci na własne życzenie.

To pierwsze w mojej karierze samobójstwo pacjenta pod moją bezpośrednią opieką.
Razem z jedną z pielęgniarek wyciągnęłyśmy go za uszy z wielu tarapatów. Tym razem też zrobiłyśmy, co mogłyśmy.
Lubiłam go.


Te drzwi próbuję zamknąć od tygodnia.

[']
23:22, formaprzetrwalnikowa , Brać lekarska, brać!
Link Komentarze (19) »
niedziela, 03 lutego 2008
Poles apart

czyli: Internet zbliża.


Kolega anglik, znany z internetu, porozmawiał (przez internet?) z kilkoma innymi kolegami, polakami (większość z nich znana mi z internetu) o polskich lekarzach szukających na wyspach rzek mlekiem i miodem płynących i napisał o tym artykuł.
O artykule w British Medical Journal poinformowała mnie (przez internet) znajoma z internetu koleżanka narodowości południowoeuropejskiej.

Artykuł ilustruje tabelka czarno na białym pokazująca, że jesteśmy najliczniej w rejestrach GMC reprezentowaną nacją UE; w rekordowym roku 2005 zarejestrowało się nas 744 (743 + niżej podpisana ;-)).
Kolega autor nie wgłębiał się za bardzo w przyczyny tegoż exodusu, streszczając je wyraziście w pierwszym paragrafie, cytującym średnią miesięczną pensję (przeliczoną na funty, euro i dolary, żeby nie było wątpliwości, ze nikt się nie pomylił ze stawieniem przecinków) oraz godzin przepracowanych w miesiącu, by 'związać koniec z końcem'.

Dalej artykuł rozprawia sie z popularnym mitem, ze lekarze z EEA kradną i tak nieliczne miejsca specjalizacyjne lekarzom z wysp i dawnego mocarstwa. Tymczasem zaledwie 10% wszystkich aplikacji na miejsca specjalizacyjne pochodziło z EEA, a sukces i tak odnieśli nieliczni, zagarniając niewiele ponad 5,6% wszystkich miejsc specjalizacyjnych.
Inną ciekawostką jest fakt, że od lat w GMC rejestruje się więcej lekarzy wykształconych poza granicami tego kraju niż tych z wysp (w cytowanym już 2005 np liczby te były w proporcji: 9934 i 5164, a rok wcześniej: 10407 i 4333).
Tendencja ta zmieniła się po raz pierwszy od wielu lat dopiero w ubiegłym roku (5055 i 6133) i zapewne jest odzwierciedleniem wiloletnich starań rzadu zjednoczonego królestwa o własne siły medyczne.

A zatem jest gorzej z pracą, o czym już wszyscy wiemy. Agencje rekrutujące personel medyczny znikają jak grzyby po suszy, a polscy lekarze wracają do kraju.
Wracają, bo tęsknią za rodziną, przyjaciółmi i znajomym środowiskiem. Wracają, bo ich dusi NHSowski system.
Wracają, bo w rzekach znaleźli tylko wodę i to nie zawsze czystą.
Wracają, a ich powrót może być korzystny dla Polski, bo 'większość z nas wracać będzie do miejsca, które jest tak dziwaczne, że tylko my jesteśmy w stanie zrozumieć, co się tam dzieje'.

Nie wszyscy jednak, bo niektórzy uparcie stoją na drugim biegunie. Zahartowani w polskich bojach, śmieją się z jęków nad 'sypiącym się' NHSem, który w tej konkurencji NFZetowi do pięt nie dorasta. Odkrywają zalety tanich linii lotniczych i internetu, który zbliża. I zostają.


Wpis ten miał być tylko pretekstem, by napisać o tym, jak internet zmniejsza świat i pozdrowić ze sceny Znajomych z Internetu.
Pozdrawiam więc niniejszym serdecznie polskich lekarzy z obu biegunów oraz Innych Znajomych wymienionych w artykule.
Ze szczególnym uwzględnieniem Znajomych Lekarzy ze Zdjęcia.


:)

23:37, formaprzetrwalnikowa , Brać lekarska, brać!
Link Komentarze (17) »
 
1 , 2