Świata stan psychiczny
poniedziałek, 31 maja 2010
Homesick

Albo: Europa, Europa


Dzisiejsza rozmowa, kolejna juz z serii Where do you come from? przeksztalcona w dyskusje o poczuciu tozsamosci narodowej sklonila mnie do napisania notki o przypadlosci zwanej homesickness.

Ci, ktorzy mnie znaja moze pamietaja, ze nigdy nie tesknilam za Polska, czy to mieszkajac w UK, pracujac we Francji, czy podrozujac po Europie.
Jak dzis pamietam moment, kiedy po przeczytaniu Kalevala zapragnelam zamieszkac w Skandynawii. Mialam wtedy 14 lat i uwazam to za moment narodzin siebie jako obywatela Europy. Wejscie Polski do UE przypieczetowalo to poczucie.

Nigdy jednak nie traktowalam tego bardzo powaznie. Zdziwila mnie zyczenie mojego niemieckiego kolegi, by jego Kiwilandzkim superwizorem byl 'a European doctor'.
Kilka tygodni, reklam i ogloszen o sprzedazy przedmiotow uwazanych za luksusowe z powodu ich europejskiego pochodzenia i prawno-kulturowych nieporozumien pozniej wiedzialam, co kolega mial na mysli.

Tesknie za malymi, kolorowymi domkami, za kolorowo ubranymi ludzmi na ulicach, za samochodami innymi niz biale i stare; za wystawami sklepowymi z ladnie zaaranzowanymi ladnymi przedmiotami (nie musze ich kupowac!), za poczuciem anonimowosci w tlumie, za tlumem, za centralnym ogrzewaniem i oknami podwojnie szklonymi, za pociagami i tramwajami, za latem w lecie a zima w grudniu, za gazetami, ktore nie musza wychodzic co dwa dni, zeby bylo o czym w nich pisac (nie musze ich czytac). Za takim rozumieniem praw czlowieka i wolnosci obywatelskich,w  jakim wyroslam. Za europejska demokracja, a nawet za socjalizmem.

Tesknie za swiatem, ktory mimo roznic jezykowych rozumiem.


I po raz pierwszy w zyciu jestem homesick, bo po raz pierwszy w zyciu jestem poza moim domem-  Europa.




[Moja kwintesencja Europy: Francuzka z holenderskim nazwiskiem spiewa piosenke o tesknocie za Niemcami]

czwartek, 11 lutego 2010
The world upside down

Albo: Pokrecilo mi sie w glowie

Zebralo mi sie na Lady Pank, hehe - a ja nigdy nie bylam ich fanka.
No, moze poza hiciorami z Dwoch takich.


To nie tylko, ze u was teraz wieczor a tutaj poranek.
U was jeszcze czwartek, tu juz piatek.
U was zima hula, tutaj skwierczy lato. Jak tu wierzyc kalendarzowi, ze to luty?
Niby goraco a pranie schlo prawie dwa dni! Taras po 10-minutowym deszczu o 5pm, byl nadal mokry o 9pm.


Ranyjulek! Swiat na glowie stanal!





Rosnę sobie - dołem głowa, górą nać
- Kto mi powie: co się jeszcze może stać ?



niedziela, 07 lutego 2010
Enjoy your new life!

Powiedziala do nas pani w check-in Air New Zealand na Heathrow.

Dolecielismy cali, zdrowi i radosnie smierdzacy. Kot zieje jak wielki bernardyn - to ten szok termiczny miedzy ciezka zima w Uk i tutejszym latem. Dziekujemy za trzymanie kciukow

Auckland przywital nas pieknym sloncem, temperatura okolo 25C i wysoka wilgotnoscia.
Z powodu duzych zaleglosci w kwestii snu jeszcze nie odczuwamy jet-lagu.

Dom jest duzy i wygodny, z widokiem na miejski park i cykadami posuwajacymi od wschodu do zachodu slonca. Nie bede was draznic opisami wielkiej sypialni, lazienki z  lustrem na cala sciane i oknem od sufitu do podlogi i wyjsciem na balkon. ;-) Zreszta, wyjscie na balkon i taras chwilowo niemozliwe, zeby nie draznic biednej Kociuni, ktora ma ban na wychodzenie na dwor, zeby nie uciekla do Uk.

Ide sie wyszykowac na rozmowe w izbie lekarskiej.


Niezupelnie w temacie, ale refren mi sie podoba:


czwartek, 04 lutego 2010
Jutro poplyniemy daleko...

To the grrener pastures (on the other side of the fence?)


'Strach wasci?'
A pewnie, ze strach.

Odliczamy godziny. |Resztki naszych ziemskich posieadlosci rozdane przyjaciolom. Scene 'rozbierania domu' umieszcze w krotejS ze swoich przyszlych ksiazek. to bedzie smutna scena.
Trudno wyjezdzac z miejsca, w ktorym bylo sie szczesliwym.
Nawet ejsli jedzie sie na bardziej zielona trawe po drugiej stronie globu.


See you then and there.
Trzymac kciuki za podroz.

środa, 03 lutego 2010
2

Czyli: 'Do lata, do lata... do lata'


Dom spakowany w pudelka wyglada dziwnie.
Panowie z firmy przeprowadzkarskiej litosciwie zostawili nam wczoraj materac, dwa krzesla i telewizor- coby zlagodzic  bol przeprowadzki.
Dzis spakowalismy reszte a oni zaladowali wszystko na dwie ciezarowki i powiezli w sina dal (do portu).

Kociunia z ulga wrocila z mroznego dworu i patrzy na nas z wyrzutem. A my, jak moja psiolka- dentystka co to ledwie wiertarke odpali a juz mowi 'juz prawie skonczylam', glaszczemy ja, mowiac, ze juz po wszystkim. Ha!


Pomiedzy bolem nog i zawrotami glowy czuje jak ogarnia mnie panika.
NA pocieszenie, popatrzy sobie na prognoze pogody:

Today
19°
2:00 NZDT
Thu
Unknown

Unknown
High 23°
Low 17°
Humidity: 83%
Wind: ESE/11 km/h
Visibility: 9.99 km
Dewpoint: 16°
Barometer: Unknown
Sunrise: 6:40
Sunset 20:30
<-10 -10 -5 0 5 10 15 20 25 30 35+
Fri
Sat
Sun
Mon
Unknown
Unknown
Unknown
Unknown
Unknown
Unknown
Unknown
Unknown
High 22
Low 18
High 22
Low 17
High 23
Low 17
High 22
Low 18
niedziela, 31 stycznia 2010
5

czyli: rozkrecanie mebli i proba generalna pakowania sie w limit bagazu.


Dotarlismy do typowego dla przeprowadzek momentu, kiedy to okazuje sie, ze posiadane przez nas przedmioty zajmuja wiecej przestrzeni niz dlugosc x szerokosc x wysokosc naszego domu. przy trzecim razie to juz nie przeraza.

Odnajdujemy tez sporo przedmiotow, o ktorych istnieniu zapomnielismy, jak coffee percolator, toster czy zelazko i deska do prasowania. W ramach swietowania tego ostatniego wykopaliska TP urzadzil Wielka Sesje Prasownicza dla zakupionych w ilosciach hurtowych koszul i spodni. Straciwszy nadzieje, ze z rozmachu wyprasuje moja piekna lniana bluzke postanowilam pojsc za ciosem i sprobowac przywrocic jej chocby odrobine zycia straconego w pierwszym praniu.
Nie oczekujcie zdjec - sumienie zabrania mi propagowania w jakikolwiek sposob czynnosci, ktorych istnienia nie popieram.

Zastanawiam sie, ile bluzek i spodni bede musiala wywalic z torby, zeby mi sie zmiescila moja wierna Sony Alpha 100 z ulubionym obiektywem Sigma 17-70mm. Poleciec do NZ bez aparatu?? Przegapic koniec lata i poczatek jesieni?? Nah, to juz raczej pojade w jednej parze butow (hehe, 'sandalkowate' Martensy, wiec powinny i zima dac rade) - nie takie rzeczy sie przezylo.

Jutro wylaczaja nam Internet. Kolejne sprawozdzanie pewnie juz z lokalnej biblioteki.

środa, 27 stycznia 2010
The Final Countdown

Albo: Blisko, coraz blizej...


Zostalo nam 9 dni. Wskazowka stresometru ostro idzie w gore. Niestety, konstruktywne sposoby radzenia sobie juz nie wystarczaja, a wiec probuje stres 'zajadac', dzis - drozdzowkami (dziekuje Dorotus75 za przepis).  Ciuchy zaczynaja sie robic ciasne, wiec zyje nadzieja, ze w przyszlym tygodniu osiagne ostatni poziom zestresowania i wtedy stres zacznie zjadac mnie.
TP ma glupawke i rzuca zartami rodem z podstawowki.
Kocica znow sie obzera i chyba regresuje, bo wlazi pod stolowa lampe, pod ktora wygrzewala sie razem z braciszkiem we wczesnych latach kociecych.

Wszystkim znajomym dopytujacym jak radzimy sobie z pakowaniem beztrosko odpowiadamy, ze pakowaniem sie nie przejmujemy, bo pakowac nas bedzie firma przeprowadzkarska na dwa dni przed wylotem.
Co z kolei oznacza, ze przez dwa dni bedziemy musieli sobie radzic bez garnkow, naczyn, sztuccow, poscieli, mebli, mikrofalowki i lodowki.
Kablowke, telefon i (o, zgrozo!) Internet odcinaja nam 1 lutego.
Oba samochody sprzedane. Ze srodkow transportu pozostaly nam rowery, ktore trzeba odpucowac na blysk (bo inaczej nie wpuszcza do NZ) i sprzedany na eBay'u i wciaz nieodebrany kajak.

Najwiekszym moim zmartwieniem, poza tym jak przetrwac 25 godzinny lot, jest dom. Ale nadzieja wciaz jest, bo sa zainteresowani kupnem. Wciaz licze na moje niesamowite szczescie, ktore sprawi, ze agent zadzwoni jutro z sensowan oferta.

Wbrew pozorom, ta przeprowadzka, choc 10x dalej, jest o niebo latwiejsza niz ta z Polski do UK. Jezyk ten sam, kultura 'dominujaca' podobna bo wyrosla z brytyjskiej, brytoli wielu. Mamy juz zaproszenia na barbeque do kilku (hehe) 'znajomych z internetu' kolegow po fachu oraz kontakty do znajomych znajomych (serdecznie dziekujemy). Nie wspominajac o czekajacym na nas wynajetym domu i samochodzie, kontach bankowych otwartych przez telefon i temuz podobniez.
Bulka z maslem.
Hm, ktory to bedzie przepis u Dorotus? Moze ten.

To teraz zaspiewajmy:




środa, 23 grudnia 2009
No to lecimy!

czyli: cutting it very fine


Przyznaje, ze obok Najdrozszej Immigracyjnej Informacji Telefonicznej Swiata NZ posiada najbardziej sprawny Dzial wizowy.
Nasze aplikacje wreszcie uzupelnione o brakujace przedluzone paszporty (wyrazy uznania dla polskiego konsulatu), listy z banku i kopie kontraktu wyslane do NZ Immigration Office w poniedzialek popoludniu, trafily na biurko wczoraj rano (courtesy of Royal Mail Next Day Recorded Delivery), a zostaly zatwierdzone dzis popoludniu.

'No to jedziemy' - powiedzial TP jak zadzwonilam do niego z radosna informacja.
Jedziemy, a wlasciwie lecimy.

Wbrew tutaniu i potrzasaniu glowa pewnych niedowiarkow ('You've cut it really fine, I hope it will work...') udalo nam sie zalatwic wszystkie formalnosci w wyznaczonym czasie 3 miesiecy.

Jeszcze tylko zostal nam dom do sprzedania.
Szanse w obliczu obecnego rynku nie sa zbyt wielie, ale ja wciaz licze na moje zwariowane szczescie.

A jak nie to sie znajdzie plan B!

wtorek, 08 grudnia 2009
udowodnij, ze nie jestes wielbladem

albo: Slightly exposing


wypelnianie wnioskow wizowych wykonczylo mnie psychicznie i fizycznie. Wypelnianie papierow, zalatwianie badan medycznych (ech ten przeklety Heathrow Fat Injection Syndrome, trzeba bylo przyjezdzac jeszcze raz na badanie cukru w cukrze), wypelnianie papierow, gromadzenie dowodow, wykopywanie dowodow, kombinowanie dowodow (serdecznie dziekujemy Szanownej Pani za zdjecia), kopiowanie dowodow (wylacznie kopie potwierdzone notarialnie), wypelnianie papierow, miliardy telefonow, w tym najdrozszy na sex telefon NZ immigration Office w cenie £1/minute z najdluzsza automatyczna informacja i zapowiedziamy, ze 'zaraz uslyszysz opcje' jakie kiedykolwiek slyszalam. Wyskakiwanie z kolejnych funciaszkow.... Ufff...
Zaraz, czy ja wspomnialam wypelnianie papierow?

Wszystko to jednak wysiada przy udowadnianiu, ze nie jestesmy wielbladami, czyli ze jestesmy w 'exclusive and dedicated relationship' i ze mamy tak od lat. Dowody na zycie pod jednym dachem (podac daty i adres i keidy sie to zaczelo), zycie we wspolzaleznosci finansowej (na czym polega i kiedy sie zaczelo), dzielenie sie radosciami i klopotami (z wyszczegolnienie, kiedy to dzielenie sie to zaczelo), jak dzielicie sie pracami domowymi (z wyszczegolnieniem kto co robi), jak placicie rachunki, czy posiadacie wspolne konto a jesli nie to dlaczego, dowody na to,z e zwiazek wasz jest uznawany przez authorities, rodziny i przyjaciol, dowody na wspolne spedzanie czasu, wspolne hobby, odwiedzanie znajomych, rachunki za prad i wode, kartki urodzinowe, listy milosne (ewentualnie moga byc emaile), czy zamierzacie sie pobrac a jesli nie to dlaczego.....

Jeysuss, Green Card odpada!

Kolega po fachu, ktory leci na North Island tuz przed swietami powiedzial, ze proces ten wydal mu sie 'slightly exposing'.

Slightly?
No, ba! O seks nie pytali...



;-)

czwartek, 19 listopada 2009
Kozuch do kwiatka

Czyli: update


Hurra! Mam General Provisional Registration(dziekuje za trzymanie kciukow), czyli moge pracowac, czyli jedziemy!

Wynajeli nam dom w super-posh dzielnicy Auckland, takiej z porzadnym centrum handlowym i supermodna kafejka obok hipermodnej kafejki, gdzie 'yummy mummies' sacza skinny latte (nie pytajcie - cytuje z przewodnika) zerkajac na dzieciecia ubrane w desajnerskie ciuchy (hm, chyba nie chodzi tu o dresik najki czy adidasika?).

W ciuchach kupionych na eBay'u, z twarzami naznaczonymi bloga ignoracja dla wyznawanych lokalnie zasad i celebrytow, bedziemy pasowac tam jak kozuch do kwiatka, ale niewazne  - grunt, ze kota mozna miec (na specjalne nasze zyczenie) a i wszedzie blisko (ponoc). To i tak tylko na pierwsze kilka tygodni, zebysmy mogli sie z miastem oswoic i znalezc cos bardziej nam odpowiadajacego, lokalizacja i, ekhm, cena.


No to teraz wio, wypelniac papiery do wizy.

 
1 , 2