Świata stan psychiczny
poniedziałek, 01 listopada 2010
NaNoWriMo

czyli NaNoDziny nowej nadziei.


Wszystkich Swietych i Halloween przebiegly zupelnie niepostrzezenie - kto by sie tym przejmowal, jak na dworze swieci slonce a niebo blekitne bez chmurki.

Odetchnelam z ulga po dyzurze, ktory rozpoczal sie sprawozdzaniem z tego, jak pacjent pobil pielegniarke tak ze trzeba bylo ja na neurochirurgie wiezc, a przebiegl pod znakiem poczucia, ze cokolwiek nie zrobie, to i tak to nie ma sensu, bo ci ludzie beda wracali, bo przestana brac leki, albo sie ich najedza naraz, albo znow beda pic/palic/unikac terapii. Bo zycie jest do dupy. I ja mam ich 'naprawic'? A jak, ja sie uprzejmie pytam?

Zasluzonego urlopu dzien pierwszy - NaNoWriMo i SoYouThinkYouCAnWrite dzien pierwszy. Na liczniku 2286 slow. I to mimo zalatwiania jakichs zaleglych pierdolow.
Nienajgorzej.

Ide spac z nadzieja, ze moze mi sie uda z tego klinicznego blednego kola wyrwac, ku nowym, pogodniejszym brzegom.

12:23, formaprzetrwalnikowa , Gone writing
Link Komentarze (3) »
wtorek, 07 września 2010
Ironia losu

About the importance of switching off your inner editor and ignoring the spellchecker


Rozdzial 5 mojej ksiazki prawie skonczony. Wyglada na to, ze pomysl z braniem jednego dnia w tygodniu wolnego na pisanie zdaje egzamin. Swiadomosc, ze ma sie tylko okreslona liczbe godzin do dyspozycji motywuje do tego, by wykorzystac ten czas jak najbardziej efektywnie.
Jeden dzien/tydzien - jeden rozdzial (tzn zarys rozdzialu w jeden dzien, 'polerowanie' przez reszte tygodnia).

Odwlekanie i marnowanie czasu (Procrastination) to tylko jedna z wielu pulapek czyhajacych na  aspirujacego pisarza. Innym wielkim wyzwaniem jest Wewnetrzny Edytor - taki maly czlowieczek, ktory siedzi w glowie lub na ramieniu i krytykuje (stad inna nazwa: Wewnetrzny Krytyk).
Krytyka, w tym wypadku dotyczy jakosci przerzuconych na e-paper slow, a jej efektem jest znaczne zwolnienie szybkosci pisania, a co gorsze - potrzeba poprawiania, przepisywania, ulepszania tego, co sie juz napisalo. Z niekoniecznie dobrym skutkiem.

Bo w pisaniu najwazniejsze jest, zeby wreszcie To z siebie wyrzucic, najlepiej na papier lub e-papier. Potem dac pierwszemu szkicowi odpoczac.
Edyt sie zrobi pozniej, jak czlowiek dystanu do swego dziela nabierze.

Jako osobnik posiadajacy Wewnetrznego Krytyka -Perfekcjoniste, na dodatek dotknietego OCD jestem skazana na wieczne meki poprawiania, przepisywania, ulepszania, wyszukiwania jeszcze-lepiej-oddajacego-to slowa w kolejnym slowniku, googlowania a-czy-tak-sie-w-ogole-po-angielsku-mowi i czy-aby-na-pewno-to-zdanie-jest-poprawne.
A jak juz przebrne przez te pulapki, zawsze zostaje przekleta cienka czerwona (falujaca) linia spellchecker'a. Czy jeszcze ktos z was nie potrafi sie oprzec przymusowi klikniecia na podswietlone slowo i poprawienie bledu?
Brrr!


Ironia losu - OCD przeszkadza mi w pisaniu ksiazki o OCD.
Hehe, to moze ja juz wroce do pisania
Ee, chcialam powiedziec: poprawiania.


;-)

13:03, formaprzetrwalnikowa , Gone writing
Link Komentarze (1) »
niedziela, 29 sierpnia 2010
Unhappily ever after

czyli: Dlaczego nie potrafie napisac romansu


Na dowod tego, ze pewne elementy warsztatu pisarskiego sa wspolne dla wszystkich gatunkow i typow literackich wybralam sie na konferencje Romance Writers of New Zealand - An Affair to Remember.

Konferencja juz zapadla mi w pamiec i w gesto zapisany notes. Torba pelna ksiazek, trzy dlugopisy i dwie zakladki to namacalne prezenty. Praktyczne porady, rynkowe trendy i ludzie chetni, by dzielic sie swoimi doswiadczeniami to nabytki, do ktorych kiedys, mam nadzieje, da sie przyczepic karteczke z cena.

Jak zwykle, najbardziej inspirujace okazaly sie jednak rozmowy w kuluarach, kolejce po lunch i przy stole (zupelnym przypadkiem zdominowanym przez Polki).
Od jakiegos czasu juz podejrzewalam, ze znalezienie wlasnego stylu ('voice') moze zajac mi troche czasu, ale zupelnie zaskoczylo mnie odkrycie, dlaczego, mimo wielkich wysilkow nie do tej pory nie bylam w stanie napisac niczego, co a jakimkolwiek stopniu przypomina romans.

Bo co jak co, prosze panstwa, ale Romance is not dead, Mills & Boon (Harlequin) szuka nowych talentow, ksiazki i eBooki w tonacji czerwono-rozowo-mietowej wciaz sprzedaja sie dobrze i przynosza zysk nawet ich autorom, a i sam gatunek sie rozwija, rozszerza, mistyfikuje, uduchawia a nawet kryminalizuje. Dla kazdego cos dobrego. Az zal nie sprobowac uszczknac choc kawalka tego tortu dla siebie.
Dlaczego wiec, ach, dlaczego ja nie moge?

I znow sie okazalo, ze wszystko przez te cholerna robote. Jak ja mam pisac o tym, ze zyli dlugo i szczesliwie, jak zdecydowana wiekszosc milosnych historii, ktore slysze konczy sie zle, a jak uslysze, ze ktos jest szczesliwy, to mu sie podejrzliwie przygladam, czy aby nie w manii?
Blimming hell, pora na zmiane dekoracji!

Karinie dziekuje za inspiracje.
A teraz - do roboty! Zaczynam od czytania ksiazek ze szczesliwym zakonczeniem.
Gdzie ja te torbe z ksiazkami polozylam?



;-)

00:46, formaprzetrwalnikowa , Gone writing
Link Komentarze (7) »